Relacje z podróży

perforacja

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

w drodze do Chaty Terry'ego

perforacja
Śniadanie u Terry'ego

Jest piękny czwartkowy "poranek", gdy pełni energii i sił wyruszamy na podbój tatrzańskich szlaków. Piszę "poranek" bo kiedy przekraczamy "granicę" w Łysej Polanie, słońce zbliża się już do zenitu. Opustoszałe budynki przejścia granicznego trochę straszą, ale za to podróż przebiega teraz o wiele sprawniej i przyjemniej niż przed kilku laty. Plan trzydniowej wyprawy, na dzień dzisiejszy, przewiduje dotarcie do Chaty Terry'ego, skąd nazajutrz mamy zamiar pokonać osławioną Czerwoną Ławkę i zanocować w Zbójnickiej Chacie, a kolejnego dnia zejść z gór do miasta. Dojeżdżamy do Starego Smokowca gdzie za 5E (za dobę) możemy zaparkować nasze auto. Przebieramy buty, a potem piekielnie ciężkie plecaki z prowiantem na trzy dni wędrują na nasze ramiona. Przed nami kilkuminutowy spacer do kolejki linowej na Hrebienok (1285m npm). Wyjeżdzając na górę co prawda pozbywamy się z kieszeni 4,9E (od osoby), ale za to bez wysiłku pokonujemy 300 metrowe przewyższenie. Ma to spore znaczenie bo zielony szlak na Hrebienok przebiega na otwartej przestrzeni i to głównie asfaltowo-szutrową szosą, więc wędrowanie nim w palącym słońcu nie jest szczególną przyjemnością.

Wysiadamy z wagonika i bezzwłocznie kontynuujemy naszą wędrówkę zielonym szlakiem w stronę Chaty Zamkowskiego. Teraz ścieżka wiedzie lasem, więc upał nie jest już tak dokuczliwy. Otacza nas rzadki, umierający, świerkowy las. Dzięcioły dwoją się i troją, jednak kornik powoli zabija kolejne wiekowe drzewa. W prześwitach na tle ciemnej zieleni widzimy kilkudziesięciometrowe, koliste, szare plamy uschłych drzew. Jest południe kiedy mijając Wodospady Zimnej Wody przekraczamy Staroleśny Potok i zaczynamy ostro piąć się w górę. Jak na słowackie warunki, turystów jest sporo ale idzie się w miarę dobrze bo prawie wszyscy zmierzają w górę a szlak jest dosyć szeroki. Kilkanaście minut później nad Obrowskim Wodospadem spotykamy ducha. Wszyscy wkoło powtarzają "duch, duch, duch...", ale my nigdzie ducha nie możemy dostrzec. Potem okazuje się, że "dúha" w słowackim języku oznacza tęczę.

Niedaleko za wodospadem ścieżka skręca nagle w lewo, drzewa rzedną i kiedy wychodzimy na zalaną palącym słońcem ścieżkę, ukazują się nam pierwsze rozległe widoki na Dolinę Staroleśną i królującego po jej lewej stronie Sławkowskiego olbrzyma. Mamy nadzieję, że tędy właśnie cali, zdrowi i spełnieni, będziemy pojutrze wracali. Odpoczywamy na skraju szlaku podziwiając ogrom Staroleśnej, a potem znów zanurzamy się gęstwinę kosodrzewiny. O trzynastej szlak wychodzi na niewielką polankę. Przed nami, położona na 1475m npm, Chata Zamkowskiego. Z leżącego na stoliku folderu poznajemy kilka faktów z życia twórcy tego schroniska. Zostało ono wybudowane podczas drugiej wojny światowej, przez przewodnika górskiego i taternika, Stefana Zamkowskiego (1908-1961). W latach wojny służyło ono za schronienie partyzantom i rodzinom żydowskim, a po wojnie przejęte zostało na własność przez komunistyczną władzę. Samego Zamkowskiego, jako byłego kapitalistę, wyrzucono ze stanowiska i nakazano mu opuszczenie Tatr. W roku 1992 schronisko w ramach reprywatyzacji zostało zwrócone jego potomkom. Wokół stojących przed schroniskiem licznych stołów, siedzi mnóstwo odpoczywających wędrowców. My też przysiadamy przy jednym z nich i spożywamy posiłek.

Po godzinnym odpoczynku Doliną Małej Zimnej Wody ruszamy w górę, zielonym szlakiem do Chaty Terry'ego: przed nami jeszcze ponad 500 metrów przewyższenia, które teoretycznie powinniśmy pokonać w dwie godziny. "Terinka", jak pieszczotliwie nazywają to maleńkie schronisko, posiada zaledwie 25 miejsc noclegowych, więc pewnie będziemy spać na glebie, bo nie mamy zrobionej żadnej rezerwacji. Na wijącym się wsród kosodrzewiny szlaku, teraz już spotykamy tylko ludzi schodzących w dół (notabene: co najmniej połowa z nich mówi po polsku) - dziwi nas to niezmiernie, bo przecież do zmroku zostało jeszcze sporo czasu. Pół godziny później po raz pierwszy naszym oczom ukazuje się płaska bryła schroniska. Parę minut po piętnastej pokonując niewielki próg, stajemy u wylotu Wielkiego Łomnickiego Ogrodu. Mała Zimna Woda meandruje tutaj uroczo między wielkimi kępami trawy i rdestu wężownika, a potem spływa kaskadami po wielkich, pokrytych porostami głazach. W powietrzu unosi się gęsta woń żywicy, ziół i kwiatów. Decydujemy się na kilkunastominutowy odpoczynek, podczas którego odchudzamy nasze zapasy jadła i napitku, bo już niebawem skończy się sielanka, a zacznie się mozolne wdrapywanie po szerokim piargu Pośredniej Grani. W przejrzystej wodzie spływającego z Łomnickiej Grani strumienia, chłodzimy ostatnią przywiezioną z Polski puszkę Okocimia; zimne piwo znakomicie gasi pragnienie. Tymczasem słońce chowa się za prawie pionową grań Żółtej Ściany (2182m npm).

Kwadrans po szesnastej (według mapy już powinniśmy być w schronisku) z tylko odrobinę lżejszymi plecakami rozpoczynamy ostatni, lecz najtrudniejszy etap podejścia; ścieżka kluczy między wielkimi głazami ale na szczęście szlak jest w tym miejscu znakomicie oznakowany. Ogladając się za siebie dostrzegamy majaczące w oddali słowackie miasteczka. Tymczasem nad grupą Lodowych Szczytów w błyskawicznym tempie rozbudowują się chmury. Czyżby koniec sprzyjającej aury? Robi się chłodno, więc zakładammy cieplejszą odzież i przyśpieszamy kroku.

U progu Kotliny Pięciu Stawów Spiskich stajemy kwadrans po siedemnastej. Jest nam zimno, ale w ostatnich promieniach chowajacego się za granią Lodowego Szczytu słońca robimy jeszcze kilka zdjęć, po czym po kilku betonowych schodach wkraczamy do Terinki. Długie i strome wewnętrzne schody prowadzą nas do jadalni. Wewnątrz przy kilkunastu ciężkich drewnianych stołach siedzą liczni turyści. W powietrzu unosi się wielojęzyczny gwar, w którym nasze uszy oprócz słowackich, wychwytują też niemieckie, węgierskie, angielskie i polskie słowa. Zamieniamy kilka zdań z trzema siedzącymi nieopodal kuchni Polkami, a potem z drżącym sercem pytamy o możliwość noclegu. Śliczna Słowaczka znika na moment i po paru minutach przyprowadza ze sobą chatara. Ten ze smutkiem w głosie oświadcza nam:
- Niestety nie mogę was przyjąć!
- Rozumiem, że może nie być już miejsc,ale może chociaż na podłodze...
- robię szeroki ruch ręką za swoimi plecami.
- Przykro mi ale naprawdę nie mogę - rozkłada ręce Miro - wszystko już zajęte, a ponadto mamy problemy z wodą.
- No to może chociaż na korytarzu
- próbuję łapać ostatnią deskę ratunku.
- Na korytarzu nie mogę. Naprawdę nie mogę. Musicie zejść do Zamkowskiego, to tyko półtorej godziny drogi, zdążycie - zapewnia.
W tym momencie daję za wygraną. Trudno, cały misterny plan diabli wezmą, na nic nasz wysiłek, dźwiganie jedzenia itd. Po krótkiej naradzie postanawiamy nie zatrzymując się na posiłek, zacząć schodzić po własnych śladach do Smokowca i wracać do Polski. Gorycz przepełnia moje serce. A tak się pięknie zapowiadało, ech!

Po długich schodach powoli człapiemy w dół w stronę drzwi. Wychodzimy na zewnątrz i jeszcze przez chwilę patrzymy tęsknym wzrokiem w stronę skąpanej w przedwieczornych promieniach słońca Łomnicy. Wtem zamknięte przed momentem drzwi otwieraja się, i pojawia się w nich wielka postać chatara.
- Dobrze, zostańcie - powiada - ale musicie się liczyć z tym, że jak nie zmieścicie się w jadalni, to bedziecie spali tu - wskazuje ręką na położony w okolicach drzwi wejściowych skrawek korytarza.
- To super - odpowiadam, i od razu wstępuje we mnie inny duch.
Nieważne że zimno, nieważne że twardo, nieważne że wszyscy będą przechodzić nad naszymi głowami! Ważne że zostajemy. Hurrra!

Tymczasem Miro wraz ze swoim kolegą oddalają się w stronę Pośredniego Spiskiego Stawu, na brzegu którego spoczywa wielki zielony wąż. Wąż jest gumowy i służy do doprowadzenia wody do schroniska. To pierwsze - jeśli nie liczyć much i komarów - spotkane dziś na szlaku "zwierzę". Wracamy zatem na górę i zajmujemy ostatni jeszcze wolny stół w jadalni. Zaklepujemy sobie prawo noclegu (za jedyne 11E od osoby), a potem zamawiamy kapustową polewkę i houskový knedlík z gulaszem oraz piwo. Zawsze wysokie ceny (ze względu na ręczny, a właściwiwe nożny środek transportu), odkąd wprowadzono na Słowacji euro jeszcze wzrosły. Dobrze, że mamy ze sobą sporo własnego prowiantu, który i tak musimy zjeść przed wejściem na Czerwoną Ławkę. Biesiadujemy zatem prawie do dziesiatej. Za oknami gęstnieje mrok, rozświetlany dalekimi światłami Novej Lesnej i Popradu. Na chwilę dosiada się do nas jedna ze spotkanych przy wejściu Polek, z pytaniem czy może nam towarzyszyć w drodze na Czerwoną Ławkę, gdyż trochę obawia się sama wdrapywać po rzekomo zasypanych śniegiem pozrywanych łańcuchach. Ostrzegamy ją, że my chodzimy bardzo wolno, ale jeśli takie tempo jej odpowiada, to oczywiście będzie nam miło wchodzić we trójkę. Umawiamy się zatem na wyjście między siódmą a ósmą.

Jest już prawie dziesiąta kiedy wchodzi Miro i pyta wszystkich po kolei, co chcą zjeść na śniadanie. Nie mogę wyjść ze zdumienia: nocleg na podłodze ale ze śniadaniem! Śniadanie u Terry'ego! Cóż za miłe zaskoczenie? Okazuje się, że jest tutaj taka tradycja, że nigdy nikogo nie wypuszcza się stąd bez śniadnia. Decydujemy się na jajecznicę.

Tuż przed 23 Miro zarządza układanie się do snu. Wraz z kolegą błyskawicznie układają stoły i ławy tworząc "zatoczki" do spania dla poszczególnych grup. W takiej przestrzeni ograniczonej z trzech stron ławkami jest nawet trochę intymności. Wyznacza dla każdego miejsce do spania, a nam dostaje się całkiem przytulna "dwójka". Choć woda już płynie z kranu, to jest przeraźliwie zimna (w końcu przed dwoma godzinami krążyła jeszcze w stawie), zatem prysznica nawet nie szukamy. Poprzestawszy na symbolicznym umyciu, wskakujemy do śpiworów po czym zapada błoga cisza przerywana miarowym poświstywaniem kilkudziesięciu śpiących na kamiennej posadzce jadalni osób.


...tak nastała noc a po niej kolejny dzień


zobacz wszystkie zdjęcia





Marek 2010-07-08

Podziel się z innymi swoją opinią...