Krótki odpoczynek
na Czerwonej Ławce

Mój kawałek podłogi! Mój! Wcale nie wydaje mi się twardy ani zimny. Chłód sączący się od otwartych na korytarz drzwi (śpimy tuż obok wejścia) też mi nie doskwiera. Choć w nocy kilkakrotnie ktoś mnie potrąca wychodząc do toalety to sen jest udany. Wyspałem się jak rzadko kiedy!

Jest 5.50 kiedy budzą mnie szelesty pakowanych po sąsiedzku śpiworów. Wyłączam budzik, który nie zdążył jeszcze zadzwonić i szybko wyskakuję z ciepłej czeluści śpiwora. Poranna toaleta jest raczej symboliczna, ale dzięki lodowatej wodzie szybko nabieram chęci do życia. Kiedy wracam na jadalnię widzę, że wszyscy już wstali. W pośpiechu pakuję rzeczy do plecaka, bo oto w drzwiach pojawił się Miro i sprawnie przemienia sypialnię w jadalnię. Po pięciu minutach nic już nie wskazuje, że przed chwilą ktoś tu spał. Plecaki wynieśliśmy na korytarz by nie zagracały przestrzeni, a tymczasem w jadalni krzątają się pracownice kuchni, sprawnie niczym kelnerki z Wierzynka roznosząc pachnącą jajecznicę. Śniadanie jest pyszne! Biorąc pod uwagę wszystkie odwiedzone dotąd słowackie schroniska, oceniam ten obiekt na czwórkę z plusem (jedyna poważna niedogodność to mizerna wentylacja w ubikacjach, która skutkuje smrodkiem panoszącym się prawie na każdym kroku).

Po śniadaniu pozostawiamy jeszcze plecaki w schronisku, i udajemy się na fotograficzne bliskie spotkania ze Spiskimi Stawami: Małym i Pośrednim. Próbujemy też wypatrzeć nasz dzisiejszy cel: Czeroną Ławkę. Niestety bezskutecznie, bo nie wiemy jak wygląda.

Tuż przed ósmą w towarzystwie poznanej wczoraj krakowianki, Justyny, ruszamy żółtym szlakiem w głąb Kotliny Stawów Spiskich. Szlak szybko nabiera wysokości więc nasze w dniu wczorajszym trochę wyeksploatowane nogi próbują się buntować. Odnoszę wrażenie, że kolana wypełnia mi jakiś cholernie gęsty smar, który paraliżuje ruch i sprawia, że każdy krok jest okupiony sporym wysiłkiem. Justyna już po kilkunastu minutach nie może wytrzymać naszego tempa i lekko się od nas dystansuje, więc uznajemy, że nie potrzebuje już naszego towarzystwa i zmieniamy tempo z żółwiowego na ślimacze. Teraz człapiemy jak dwa mocno objuczone muły, i zastanawiamy się po jaką cholerę niesiemy takie ciężkie plecaki? Głośno rozważamy ile z tych zabranych rzeczy jest zupełnie lub prawie zbędnych? Chętnie zostawilibyśmy przynajmniej jeden plecak w schronisku, ale wtedy musielibyśmy wracać tą samą drogą. To jednak nie jest możliwe bo szlak ten jest jednokierunkowy, więc nawet nie ma o czym marzyć.

Wychodzimy zza grzbietu Pięciostawiańskiej Kopy i oczom naszym w całej krasie ukazuje się Czerwona Ławka (2352m npm). Jeśli mnie oczy nie mylą to w połowie ściany dostrzegam brązową sylwetkę Justyny. Zoomuję aparatem i już nie mam wątpliwości: to ona! No cóż? Młodość ma swoje przywileje. Teraz ścieżka nieco opada w dół więc jest szansa odpocząć w marszu. Na rozstaje szlaków gdzie w prawo odchodzi zielony wiodący na Lodową Przełęcz docieramy dopiero o dziewiątej. Po drodze minęło nas sporo ludzi, ale wcale nas to nie martwi. Wręcz przeciwnie, niech idą pierwsi i stoją w kolejce do łacuchów. Kiedy my tam dotrzemy za jakieś pół godziny, będzie swobodniej. Niedługi w zamierzeniu odpoczynek na rozstajach, zamienia się nieoczekiwanie w drugie śniadanie. Tym razem odchudzamy plecak z czerwonych, twardych i soczystych jabłek. W tym dzikim i prawie zupełnie pozbawionym życia zakątku, nabierają one wprost rajskiego posmaku. Sok tryska spod zębów i ścieka po brodzie. Jabłka nawet o tej porze roku warto zabierać ze sobą w góry. Dorównać im smakiem mogą jedynie małosolne ogórki, lecz tym razem ich nie zabraliśmy.

Półgodzinna przerwa bardzo nas zregenerowała i kwadrans po dziewiątej ruszamy w dalszą drogę. Szlak wspina się teraz ku górze stromym kamienistym zboczem. Wzrok szuka wśród wielkich głazów najlepszego oparcia dla stóp. "Raz, dwa, lewa, raz, dwa, lewa, idzie sobie Marek i piosenkę śpiewa"- powtarzam w myśli chcąc zachować optymalny jednostajny rytm. Zakręt w prawo, zakręt w lewo i dochodzimy do płata śniegu, który tak nas przerażał gdy patrzyliśmy na niego z Pięciostawiańskiej Kopy. Wydawało się nam wtedy, że szlak wiedzie w górę właśnie tym płatem. Teraz okazuje się, że widoczne z daleka ślady na śniegu są pozostałością po skiturowcach niedawno tędy zjeżdzających. Znakowany szlak znajduje się na prawo od tego płata i chyba cały jest suchy. Uff!

Oto Skała! Przed nami długa niknąca gdzieś daleko w górze żelazna nić łańcucha. Zarządzamy ostatni parominutowy odpoczynek. Łyk wody, poprawiamy mocowanie plecaków, zakładamy rękawice i wchodzimy w ścianę. Żegnaj ceprostrado - witaj wspinaczko!

Ja idę pierwszy a Dorota wspina się za mną w bezpiecznej odległości. Ten łańcuch doprowadzić ma nas aż na samą przełęcz. Ekspozycja jest naprawdę spora więc idziemy powoli, starannie wybierając chwyty i podparcia, które w niektórych miejscach są prawie symboliczne. Możemy sobie pozwolić na taki luksus bo nikogo za nami nie widać. Uznajemy że to idealna pora: ci którzy spali w Terince, już są przed nami, a ci którzy wchodzą z Zamkowskiej lub Bilikowej Chaty jeszcze tutaj nie dotarli. Skała jest mocno nasłoneczniona, więc sucha a łańcuchy nawet ciepłe - jest to bardzo duże ułatwienie. Wspinam się głównie za pomocą rąk, nóg używając raczej do asekuracji. Jakoś już tak mam, że bardziej ufam tym pierwszym. Wykorzystuję jednak każde miejsce gdzie mogę stanąć obiema stopami naraz, jako okazję do fotografowania. Dorota idzie za mną więc siłą rzeczy pojawia się na prawie każdym zdjęciu. Migawka trzaska raz po raz, bo chcę wykorzystać fakt, że nikt za nami nie idzie i nas nie popędza. Mam zatem czas na w miarę dokładne udokumentowanie przebiegu trasy. Wspaniale prezentuje się z tej perspektywy Lodowa Przełęcz i Łomnica.

Oceniam, że jesteśmy gdzieś w połowie łańcuchowego odcinka, kiedy natrafiamy na dość obszerną skalną półkę. Ma chyba ze dwa metry długości i pół szerokości, więc decydujemy się na zatrzymanie dla złapania oddechu. Kiedy zdejmując plecak odwaracam głowę, kątem oka dostrzegam na końcu półki podłużny kształt w czarnym foliowym worku - skóra mi cierpnie na grzbiecie - czyżby ciało? Nie, to przecież niemożliwe, ratownicy nie zostawiliby ciała. Po bliższych oględzinach okazuje się, że są to czyjeś plecaki. Kilkanaście metrów w lewo w zacienionej części żlebu dostrzegamy świeży śnieg, który może pochodzić sprzed najdalej kilku dni. Leży na występach skalnych, do których słońce nie ma dostępu, więc albo stopi go dopiero ciepły deszcz albo pozostanie już do zimy.

Korzystając z wolnych rąk fotografuję kwitnące w tych trudnych warunkach omiegi i skalnice. Na półce pozostajemy tylko kilka minut bo wbrew pozorom wcale nie jest tu bezpiecznie i chcemy mieć to przejście już za sobą. Teraz przed nami kilkumetrowa, gładka, prawie pionowa płyta, okuta dziesięcioma stalowymi klamrami. Jednocześnie po lewej stronie kończy się płat sniegu. Zatem już więcej niż pół drogi mamy poza sobą. Później z perspektywy całego przejścia oceniłem, że pierwsza połowa była o niebo łatwiejsza od tej drugiej. Jest teraz naprawdę trudno i są momenty, że zmuszony jestem zębami asekurować wiszący na mojej szyi prawie kilogramowy aparat fotograficzny. Na dodatek odkrywam, że łańcuch jest stary i miejscami nawet nieco przetarty. Staram się jak najmniej polegać na żelastwie przenosząc odpowiedzialność na własne palce i skałę. W dwóch miejscach brakuje też oczek mocujących łańcuch do skały.

Wejście jest coraz trudniejsze a ekspozycja z każdym krokiem rośnie. Nie mam lęku przestrzeni ale wolę nie patrzeć w dół. Patrzy za to aparat i co chwilę rejestruje kolejne ujęcia. W tym momencie dostrzegam w niedużej odległości pierwszego podążającego za nami człowieka. Jest kwadrans przed jedenastą kiedy zza krawędzi wyłania się przed nami widok na górną część Wielkiej Studenej Doliny. Za nami godzinna wspinaczka po najtrudniejszejszym szlaku Tatr Wysokich. Jesteśmy na Czerwonej Ławce!

No tak, jesteśmy na przełęczy ale jak tu na tej ławeczce usiąść? Miejsca jest co najwyżej dla dwóch - trzech osób. Tymczasem Słowak, który nas dogonił, przystanął na kilkanaście sekund, popatrzył w prawo i lewo, spojrzał za siebie i żwawo zaczął schodzić. Spojrzelismy po sobie i po sfotografowaniu panoram na obydwie Doliny też poszliśmy w jego ślady. W ostatniej chwili, na prawo od skalnego cypla Strzeleckiej Turni, zdążyliśmy jeszcze dostrzec Zbójnickę Chatę, która stamtąd wydawała się nam stosunkowo bliska. Nasz pobyt na Priečnym Sedle jak Słowacy nazywają Czerwoną Ławkę trwał około trzy minuty. Schodzimy.

Początkowo nasze zejście znów ubezpieczają łańcuchy ale ten stromy odcinek twardej skały już po chwili zamienia się w coś znacznie gorszego: osypujacy się pod butami kamienny miał przemieszany z ziemią. Idzie się źle, kamienie osuwają się spod stóp i co chwilę tracę równowagę. Ten fragment szlaku przypomina zejście z Trzydniowiańskiego do Jarząbczej Doliny. Niedogodności te rekompesują nam piękne krajobrazy wyłaniajace się po prawej stronie. Ostry Szczyt wznoszący się nad Jaworową Przełęcz na tle lekko zasmużonego chmurami nieba wyglądają bajkowo. O trzynastej docieramy do Wyżnich Strzeleckich Stawów. Płaska okolica, mnóstwo gładkich głazów i szumiące dookoła strumyczki sprawiają, że mnóstwo ludzi postanawia tu odpocząć. My również siadamy na jednej z takich kamiennych ław i posilamy się. Do schroniska pozostała jeszcze około godzina drogi więc mamy spory zapas czasu. To rzadki przypadek bo zwykle go brakuje.

Syci i szczęśliwi, choć mocno juz znużeni, idziemy dalej. Przed nami leżące w Kotle Siwego Mniszka Siwe Stawy, z których wypływa Siwa Woda dająca początek Staroleśnemu Potokowi. Ten ostatni już do końca dzisiejszego dnia będzie nam towarzyszył. Ścieżka trawersuje teraz południowe zbocza Jaworowego Szczytu coraz to badziej oddalając się od schroniska. Droga zaczyna się nam dłużyć i w tym kamiemistym krajobrazie powiewa nudą. Woda została w tyle, po prawej tylko szare skały Jaworowego a po lewej szare bryły Świstowego Szczytu i Małej Wysokiej lśniace w ostrym słońcu. Znużenie narasta więc pod pozorem fotografowania co kilka minut przystajemy. Potem przychodzi zniecierpliwienie: "a daleko jeszcze?" Dopiero nad Staroleśniańskim Stawem odzyskujemy nieco humoru bo oczom naszym ukazuje się z bliska Zbójnicka Chata. Mamy nadzieję, że nie jest to fatamorgana, bo cały czas podczas schodzenia widzieliśmy go tak blisko a potem okazywało się że jest zupełnie inaczej. Jest kwadrans przed piętnastą. Jeszcze tylko przejście obok otoczonego jakby skalnym murem Harnaskiego Stawu i już jesteśmy w schronisku.

Gwar i tłok, mnóstwo ludzi, kolejka do toalety, kolejka do kuchni. Zjadamy smaczny obiad i siedząc na tarasie widokowym delektujemy się chłodnym piwem. Obok nas przy sąsiednim stole słychać polski język. Rozkładamy mapę i identyfikujemy otaczające nas szczyty: Mały Lodowy, Jaworowy, Świstowy, Małą Wysoką, Staroleśną i przypominający opasłego piwosza Sławkowski Szczyt. Słońce dotyka grani nad Rohatką więc trudno jest ją podziwać, mimo to dostrzegamy odpoczywających tam ludzi. Prawdopodobnie będzie to cel naszej kolejnej wyprawy w słowackie Tatry. Czas płynie szybko i ani się nie obejrzeliśmy kiedy minęła godzina. Czas schodzić do Smokowca.

Powiedzieć łatwo ale wykonać znacznie trudniej. Nogi zmęczone są całodziennym marszem a piwo też zrobiło swoje: trudno nam iść nawet w dół! W dostojnym tempie mijamy jeden i drugi zakręt, ciągle wyprzedzani przez galopujących jakby w popłochu przed niedźwiedziem turystów. Dla przeciwwagi tym biegaczom ukazuje się smukła, objuczona ponad głowę sylwetka tragarza. Idzie w górę nieśpieszno ze wzrokiem tępo wbitym w skałę, starannie wybierając miejsca oparcia dla stóp. Za nim w odstępie kilkudziesięciu metrów podąża drugi. Ten prawie nie patrzy pod nogi, tak jakby znał każdy kamień na tej ścieżce. W uszach słuchawki, na brzuchu ręce splecione w jakby modlitewnym geście, głowa opuszczona a nogi przesuwają się na przemian, mechanicznie jak u robota. Na plecach dźwiga ładunek zorganizowany w drewnianych nosidłach: aluminiowe termosy (może mięso?), plastikowe skrzynki, beczka z piwem a na samym szczycie, wysoko ponad głową, jeden z najpotrzebniejszych przedmiotów w schronisku: toaletowy papier.

Zbliża się siedemnasta kiedy napotykamy mostek nad potokiem. Słońce nie operuje już teraz mocno, a w pobliżu mostka kuszą wystające z wody wielkie płaskie głazy. Zrzucamy plecaki oraz buty i odpoczywamy pół godziny. Dzień teraz jest długi, pogoda idealna, więc po co mamy się śpieszyć? Cicho szumi woda potoku a świergot baraszkujących w pobliskim zagajniku kosówki ptaków, miesza się z tupotem butów na mostku. Oprócz nas po drugiej stronie przysiadła jeszcze czteroosbowa rodzina; pozostali śpiesznie schodzą w dół. Leniwie i błogo płynie czas. Kilkadziesiąt metrów za mostkiem szlak zbliża się do szumiącego głośno, rwącego potoku. Przed nami ostatni już dziś trudniejszy odcinek: kilkanaście metrów łańcucha (moim zdaniem zupełnie zbytecznego), który przeprowadza nas przez wąską gardziel, nad kilkumetrowym urwiskiem wymytym przez wody Staroleśnego Potoku. Po przejściu tego przesmyku szlak stromo opada w dół krótkimi zakosami.

Ostatnie spojrzenie na Czerwona Ławkę i idziemy dalej. Od wody ciagnie przyjemny chłód kojący nasze spalone (mimo filtrów) ciała, a my klucząc między zagonami kosodrzewiny i coraz częściej pojawiających się limb oraz świerków, schodzimy w kierunku Bilikowej Chaty. Szlak jest długi i nużący, więc kiedy docieramy w okolice Długich Wodospadów jesteśmy już tak zmęczeni, że nawet fotografowanie nie sprawia nam przyjemności. Wodospady imponują zarówno rozmiarami i ilością kaskad, jak też i pięknym otoczeniem. W wielu miejscach zadbano o turystów i wybudowano punkty widokowe, dzięki którym można zbliżyć się do nich w najpiękniejszych miejscach. Warto wybrać się tam kiedyś specjalnie po to, by pobyć tam dłużej. Szlaki słowackie są zamknięte w zimie, lecz tylko powyżej schronisk, zatem może zima byłaby najodpowiednieszą porą by je zobaczyć. Zapewne przybierają wtedy formę lodospadów a bliżej położone świerki pokrywają się grubą warstwą szadzi. Musimy to sprawdzić!

Tuż przed Bilikową Chatą dane jest nam z bardzo bliska obserwować pracowitego dzięcioła, który przez kilka minut pozwala się nam fotografować z każdej możliwej strony. Przeskakuje z drzewa na drzewo niczym modelka na wybiegu nic nie robiąc sobie z trzaskającej miogawki aparatu ani z bliskiej obecności ludzi. Niestety późna już pora i mroczne wnętrze świerkowego lasu powodują, że większość zdjęć nadaje się tylko do skasowania. Mimo wszystko dwa z nich można zaliczyć do udanych. Mijamy Bilikową Chatę, i wleczemy się na Hrebienok tym razem trochę pod górkę. Kolejka już nie kursuje (spóźniliśmy się piętnaście minut), więc nie pozostaje nam nic innego jak schodzenie na piechotę.

Teraz szlak biegnie asfaltową drogą wśród niedobitków lasu położonego pamiętną wichurą z 19 listopada 2004 roku. Z gęstego ciemnego lasu pozostały jedynie sterczące tu i ówdzie pojedyńcze modrzewie. Pod nimi kipią życiem bujne trawy, przetykane kępkami kolorowych ziół. Przed nami rozpościera się oświetlona zachodzącym słońcem rozległa panorama Tatr Niżnych. Asfaltem idzie się fatalnie, więc z ulgą odkrywamy, że tuż obok torów kolejki szynowo-linowej wije się kręta szutrowa ścieżka. Wsród gęstych krzaków kwitnacych dopiero malin i jeżyn docieramy do Smokowca. Jesteśmy potwornie zmęczeni, więc zanim udamy się w dalszą drogę do Polski, postanawiamy napić się jeszcze kawy.

Pyszny, aromatyczny czarny napój i owocowy torcik w smokowieckiej kawiarence, są ukoronowaniem dzisiejszego dnia. Na parkingu nie mamy problemów ze znalezieniem auta bo pozostało tylko nasze. Pare minut przed dwudziestą wyruszamy w drogę powrotną do Polski. Jest już zupełnie ciemno kiedy zatrzymujemy się na Głodówce, z nadzieją na znalezienie noclegu w tammtejszym schronisku. Niestety nie ma ani jednego miejsca, ale za namową pani z recepcji znajdujemy przytulny i niedrogi pokoik po drugiej stronie drogi, w pensjonacie pani Marii Łapka. Jakże cudowna to chwila kiedy można wreszcie wziąść prysznic!

Za oknem w lekkiej poświacie zmierzchu toną wysokie szczyty Tatr, a my toniemy w objęciach Morfeusza. W planach na jutro mamy Dolinę Zadnich Koperszadów, ale to już zupełnie inna historia.

Marek 2010-07-09


Podziel się z innymi swoją opinią...