Zaklinania, czarowania... dzień drugi
Sen był dobry (choć nie dla wszystkich) i długi. Poranne słońce nie było w stanie nas obudzić bo okno naszego pokoju wychodziło na północ więc pospaliśmy do ósmej jak niedźwiedzie. Po śniadaniu i przepakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy do jednego plecaka wyszliśmy przed schronisko gdzie przywitało nas cudne słońce i prawie bezchmurne niebo. Tu muszę wspomnieć, że według danych statystycznych Obserwatorium Meteorologicznego zamglenie na Śnieżce występuje przez ponad 300 dni w roku i wieją tu wiatry dochodzące do 250 km/h. Klimat tutejszy zbliżony jest do panującego za kołem podbiegunowym (średnia roczna temperatura nieznacznie przekracza zero, w najcieplejszym miesiącu osiąga plus 11 stopni a temperaturowy rekord z lipca 2005 roku to 24,5 st.) więc pomimo niewielkiej wysokości wykształciła się tutaj roślinność alpejska. Szczyt Śnieżki (1602m npm) jest tłumnie odwiedzany w lecie a w okresie zimowym często świeci pustkami ze względu na skrajnie trudne warunki atmosferyczne. Dziś było inaczej - oceniam, że tego dnia mogło wejść na szczyt kilkuset turystów.
Stanęliśmy przed wejściem jak wryci: zobaczyliśmy Śnieżkę wystrojoną w śliczną białą suknię ze śnieżno-lodowych koronek. Nad nią błękitne niebo i ostre rażące słońce. Ciepło, bezwietrznie, jak w lecie... Po założeniu raków ruszyliśmy ku górze czerwonym szlakiem wraz z dziesiątkami innych turystów. Raki bardzo się przydały - o ile wyjście w samych butach byłoby możliwe to zejścia nie chcę sobie nawet wyobrażać. Widzieliśmy ludzi którzy zjeżdżali z góry "na bele cym" czyli głównie na d... gdyż na lodowej pokrywie nie było się szans utrzymać. Wejście na szczyt odbyło się zatem sprawnie i tak jak głosi mapa w 30 minut stanęliśmy obok kościółka św.Wawrzyńca oniemieli i urzeczeni niesamowitym widokiem.
Zarówno kościółek jak i Obserwatorium pokrywała gruba na kilkanaście centymetrów warstwa szronu i lodu a rozpościerające się wokół panoramy zapierały dech w piersiach. Czegoś takiego nie widziałem nigdy w życiu. Tego nie da się opisać - to trzeba przeżyć. Zwykle na szczytach nie pozostaję długo i po zrobieniu zdjęć idę dalej ale tym razem wcale nie chciałem odchodzić. Spędziliśmy na górze ponad półtorej godziny! Od wschodu rozpościerał się widok na Czarny Grzbiet, na południu otwierała się czeluść Upskiej Jamy a na zachodzie pyszniła się w słońcu Równia pod Śnieżką i Biała Łąka z czeskim schroniskiem Luczni Bouda. W dali na zachodzie można było dostrzec Małego i Wielkiego Szyszaka i skrzący się w słońcu zarys Śnieżnych Kotłów pod Łabskim Szczytem (mogę się mylić). Natomiast od północnej strony zobaczyliśmy Pogórze Izerskie, Kotlinę Jeleniogórską, Góry Sokole i Rudawy Janowickie. Wszystko skąpane w prawie letnim słońcu. Było tak ciepło, że spotkaliśmy kilka osób w koszulkach z krótkim rękawem.
Śnieżkę spotkaliśmy ale odczarować jej się nie udało - trudno - może następnym razem. Karkonosze mają w sobie tak wiele uroku, że zapewne wrócimy tu jeszcze nie raz, nie dwa... Tymczasem rozpoczęliśmy procedurę schodzenia która tym razem trwała ponadnormatywnie długo. I to nie ze względu na trudności techniczne bo tych nie było, tylko dlatego, że nie sposób było przejść obok niektórych miejsc obojętnie. Te zdjęcia trzeba było zrobić i nacieszyć oczy takim widokiem. No powiedzcie sami czy da się nie zatrzymać kiedy stoicie w obliczu takich krajobrazów? Jedyne czego brakuje mi w zimowych górach to ruch. Nie ma kołyszacych się traw, nie ma motyli, nie ma nawet much... jedyny ruch to wiatr i człowiek, ale ten ruch rzadko niesie w sobie grację i poezję. Niestety najczęściej nasza obecność w takich miejscach psuje harmonię przyrody. Rozkrzyczane barwy sportowych ubrań, pseudoturyści wykrzykujący swoje "ochy" i "achy" a nierzadko też szczekające psy burzą ten delikatny porządek. Rzadko kiedy pamiętamy, że my ludzie jesteśmy w górach tylko nieproszonymi gośćmi.
Mijamy nasze schronisko i korzystając z fantastycznej aury udajemy się czerwonym szlakiem do Słonecznika. Co prawda nad Polską pojawiają się chmury ale przecież ta trasa jest łatwa i prosta, więc nie ma obaw o powrót; nawet w zamieci. Tyczki wyznaczające szlak są ułożone bardzo gęsto więc zagubienie nam nie grozi. Przez Równię pod Snieżką udajemy się na zachód mijając po drodze fantastyczne bajkowe bryły uśpionych zimowym snem świerków. W okolicach Spalonej Strażnicy spotykamy dwoje staruszków trzymających się za ręce i zmierzających w stronę Śnieżki. Tutaj też kierujemy nasze spojrzenie w stronę Kotła Małego Stawu nad którym stoi Schronisko Samotnia. Tuż powyżej Samotni dostrzegamy Strzechę Akademicką gdzie wczoraj o tej porze posilaliśmy się podczas drogi. Dalej szlak czerwony zmienia nieco swój letni bieg i na okres zimowy prowadzi nas w bezpiecznej odległości od stromych i urwistych krawędzi Kotłów Małego a potem Wielkiego Stawu.
Tymczasem pogoda się psuje i i słońce chowa się za chmury. Mimo wczesnej godziny robi się szaro i nieprzyjemnie. Zrywa się wiatr a wilgotne powietrze zwiększa odczuwanie mrozu. Marzną nosy i nawet palce w rękawiczkach. Dobrze że mam kijki bo te zmuszają do intensywniejszych ruchów a zatem oprócz roli asekuracyjnej pełnią również funkcję rozgrzewającą. Około czternastej w zawiei docieramy do Słonecznika. Jest to samotna skała swoim wyglądem z jednej strony przypominająca posągi z Wyspy Wielkanocnej a z drugiej żaglowiec. Przy niej rozpoczyna się żółty szlak prowadzący w dół w stronę Pielgrzymów a potem Wielkiej Polany. Posilamy się toruńskimi piernikami które popijane resztkami chłodnej już kawy z termosa, w tym zimnie smakują wybornie. Potem jeszcze symboliczny łyk "Likieru Od Siedmiu Boleści" (prawie każdego coś bolało więc się sprawiedliwie należało) i zmykamy skąd przyszliśmy.
Droga powrotna to niemalże wyścig - w takich warunkach to nawet zdjęć się nie chciało robić. Dopiero w okolicach Spalonej Strażnicy wiatr się uspokoił i zaczęło nieśmiało przeglądać zachodzące słońce. Jest szesnasta kiedy docieramy do schroniska. Zupa pomidorowa i placki ziemniaczane z gulaszem są nagrodą po trudach wędrówki. Przed nami druga i niestety ostatnia już noc. Jutro schodzimy w dół i wracamy do Krakowa. Wieczór jest długi a poprzedniej nocy wyspaliśmy się setnie, zatem po rytuale mycia mamy nadzieję na wieczorne piwo. Niestety okazuje się, że z braku gości jadalnia została zamknięta wcześniej i kiedy przed godzina ósmą schodzimy na dół, udaje się nam tylko "pocałować klamkę". Pozostaje udać się do snu. Rano czeka nas wcześniejsza pobudka i wymarsz do Karpacza.
|