Relacje z podróży

perforacja

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

Karkonosze

perforacja
Zaklinania,   czarowania...
dzień trzeci


       Dzień rozpoczął się przeraźliwym pianiem koguta. Wyskoczyłem z łóżka jak z procy nie mogąc zajarzyć skąd nagle w środku nocy kogut? Za oknem jeszcze ciemność, zima i mróz a ten wydziera się jak opętany... Zapiał po raz drugi i wtedy do mnie dotarło, że to pewnie komórka Bożenki. Skoczyłem w stronę koguta i zdecydowanym ruchem zamknąłem bestii dziób!

       Wstajemy i pośpiesznie pakujemy plecaki. Teraz to już mało istotne jak bedą spakowane bo przed nami tylko 2 godziny drogi do autobusu. Ważne by zebrać się szybko i jak najwcześniej zejść do Karpacza bo mamy jeszcze wielką ochotę na spacer po Wrocławiu. O siódmej stajemy w pełnym ekwipunku przed zamkniętymi na cztery spusty drzwiami wyjściowymi. Obok drzwi domofon i kartka: "DZWONIĆ W RAZIE NAGŁEJ POTRZEBY". Uznajemy, że to jest właśnie "nagła potrzeba" i dzwonimy: raz, drugi, trzeci... dziesiąty. Cisza jak makiem zasiał. Dochodzimy do wniosku, że obsługa pewnie smacznie śpi więc rozpoczynamy telefonowanie z komórki na numery schroniska. Słyszymy odzywające się na piętrze dzwonki telefonów ale dalej nikt do nas nie schodzi... Szuramy buciorami, stukamy kijkami i dalej nic. Czas mija nieubłagalnie. Grażynka w pewnym momencie znajduje niezakratowane okienko w umywalni i postanawia się tamtędy ewakuować. Trochę jest wysoko więc najpierw wyrzuca przez okno plastikowy kosz i próbuje sama sforsować okno. My tymczasem dzwonimy dalej na wszystkie sposoby. Jest kwadrans przed ósmą kiedy schodzi do nas gospodarz i oznajmia, że tak wczesne (!) wyjście trzeba zgłaszać osłudze w dniu poprzednim. No trudno - straciliśmy cenną godzinę ale mamy za to nauczkę na przyszłość.

       Wychodzimy na zewnątrz i dostajemy w twarz zimnym podmuchem wiatru. Brrr... naprawdę cholernie wieje. Zakładamy czapki, kaptury, no i oczywiście raczki. Skoro są to po co się ślizgać? Ostatnie spojrzenie na schronisko, przewalajace się przez szczyt Śnieżki ciężkie zwały burych chmur i ruszamy dokładnie tą samą drogą którą wchodziliśmy tu przedwczoraj. Z taką tylko różnicą, że dziś jest znacznie zminiej. Na szczęście szybki marsz trochę nas rozgrzewa. Od czasu do czasu spoglądamy za siebie: chmury nad Śnieżką przybierają wściekle pomarańczowy kolor - to wschodzące poranne słońce podświetla je od spodu. Kiedy chmura przekracza szczyt - zmienia kolor na szary i stacza się ku Kotłowi Łomniczki rzednąc stopniowo. Piękny spektakl i moglibyśmy patrzeć na niego długo ale stojąc nieruchomo zaczynamy marznąć. W pośpiechu robimy kilka zdjęć próbując zatrzymać w kadrze ulotne piękno tej chwili. Wokół pusto - jesteśmy jedynymi ludźmi w tej biało-różowej lodowej pustce. Idziemy pod wiatr więc marzną nosy i zamarza oddech na włosach i wąsach ale kiedy mijamy Strzechę Akademicką i wchodzimy w las od razu robi się ciepło. Na Wielkiej Polanie spotykamy pierwszych idących w górę turystów.

       Kwadrans po dziesiątej stajemy w Górnym Karpaczu, odpinamy raki i udajemy się w dół szukać autobusu. Okazuje się, że nie musimy jechać z przesiadką w Jeleniej Górze bo za kilka chwil będziemy mieć bezpośrednie połączenie z Wrockiem. Wsiadamy i jedziemy; przyklejamy nosy do szyb kierując ostatnie spojrzenie na lśniącą w przedpołudniowym słońcu Śnieżkę. O czternastej jesteśmy na miejscu.

       Wrocław wita nas pochmurną aurą i choć przyjechaliśmy tu z zamiarem zobaczenia miasta, to w tym momencie najbardziej nurtuje nas myśl o śniadanio-obiedzie. Wszak wyszliśmy tak "wcześnie", że kuchnia w schronisku jeszcze nie zaczęła działalności (zaczynają od ósmej) a w Krapaczu mieliśmy zbyt mało czasu by się gdzieś rozgościć. Szybko jak to tylko możliwe, kroczymy w stronę Rynku gdzie przy ulicy Igielnej Robert zna świetną restaurację MERCADO, serwująca kuchnię bogów i faraonów, orientalną, syryjską, indyjską, włoską i grecką a także sałatki, desery i napoje. Posiłek jest pyszny i obfity, choć nie tani, ale przecież cuda we współczesnym świecie już się nie zdarzają. Dobre nie może być jednocześnie tanie. Zasiedzieliśmy się dość długo i kiedy wyszliśmy na zewnątrz zaczynało już zmierzchać. Po drodze zrobiliśmy tylko kilka zdjęć wrocławskiego Rynku oraz Opery i pobiegliśmy do pociągu.

       Kraków przywitaliśmy bardzo późnym wieczorem. Byliśmy zmęczeni i szczęsliwi, pełni niezapomnianych wrażeń ale przecież o to właśnie chodziło.





W wyprawie uczestniczyli:

czarodziejki: Grażynka i Bożenka,
oraz szamani: Robert i Marek.




Marek & Robert,      2009-01-26


  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter