Fotorelacja

strona głównaprzez drogi i bezdrożarelacjeRohatka i Polski Grzebień



ROHATKA (Prielom)
(2290m n.p.m.)
Tatry
49°10'40"N    20°8'38"E


POLSKI GRZEBIEŃ
(2200m n.p.m.)
Tatry
49°10'25"N    20°8'23"E






Otwarcie sezonu 2012
w Tatrach Słowackich
czyli rzecz o tym
jak niemożliwe stało się możliwym

(15-16 czerwca 2012)


Pomysł przejścia przez Rohatkę i/lub Polski Grzebień zakiełkował w nas już w ubiegłym roku. Wtedy to udało się nam zdobyć więcej niż połowę z pięciu najważniejszych słowacko - tatrzańskich przełęczy czyli Bystrą Ławkę, Lodową Przełęcz i Czerwoną Ławkę. Pomysł zakiełkował dawno, a w lutym wypuścił dwa pierwsze wschodowe liście w postaci rezerwacji noclegu w Zbójnickiej Chacie. Po miesiącu czy dwóch, choć w Tatrach jeszcze było lodowato - biało, pojawiały się kolejne, coraz większe liście. Wejście na Rohatkę zaplanowaliśmy na otwarcie tatrzańskiego sezonu na Słowacji czyli 15-16 czerwca.

Kiedy nastał czerwiec z bijącym sercem zaczęliśmy obserwować pogodę, która od połowy maja przypominała listopadowo - marcowy przekładaniec. To, że pójdziemy nie podlegało dyskusji, ale czy wejdziemy, to już zupełnie inna sprawa. Na wszelki wypadek zaczęliśmy planować bo przecież czymś (prócz Wielkiej i Małej Fatry) trzeba było się zająć :-)

Plan pierwszy zakładał zostawienie auta w Łysej Polanie, przejście Doliną Białej Wody przez Rohatkę do Zbójnickiej Chaty pierwszego dnia i powrót prawie tą samą drogą nazajutrz. Prawie, bo podczas powrotu mieliśmy jeszcze zahaczyć o Małą Wysoką i oczywiście Polski Grzebień. Plan B był bardziej ostrożny i przewidywał dojście do schroniska Doliną Staroleśną, nocleg, baaardzo wczesną pobudkę i przejście przez obie Przełęcze, oraz Małą Wysoką a następnie powrót do Starego Smokowca przez Dolinę Wielicką. Ja, na wypadek bardzo złej pogody, miałem jeszcze plan C, ale do jego posiadania się nie przyznawałem (dojście do Zbójnickiej, piwo, nocleg i powrót po śladach).

Plany były, chęci też a pogoda pojawiła się trzynastego! Kiedyś, kiedyś "Trzynastego nawet w czerwcu była zima" a w tym roku całkiem na odwrót. I o to właśnie chodziło! Skoro więc zrobiła się pogoda to w piątkowy wieczór Dorotka spakowała większość naszych rzeczy i z zamiarem wczesnego wyjazdu zasnęliśmy. Niestety nad samym ranem do łóżka wlazł Leń. Stworzenie kudłate i miłe, więc kiedy się do mnie przytuliło to zbojkotowałem pierwszy potem drugi i trzeci budzik... Nie pomogły też namowy Dorotki, że szkoda spać skoro taki piękny poranek. Leń trzymał mnie w swoich szponach i za skarby świata nie mogłem znaleźć w sobie siły by się od niego oderwać. Poprzedniego wieczora zdecydowaliśmy się na plan A wiec czasu dużo. Trzeba tylko przed nocą dotrzeć do schroniska. Dzień przecież teraz długi więc do czego się spieszyć?

Lenia udało mi się zmóc dopiero o siódmej trzydzieści. Śniadanie i dopakowanie plecaków zajęło nam godzinę, potem jeszcze przyszła niespodziewana ochota na kawę i zerknięcie do netu na newsy i koniec końców z domu wyjechaliśmy parę minut przed dziewiątą. O zgrozo! Dojazd zabrał nam nieco więcej niż przewidywaliśmy, i na Łysej nie zdążyliśmy na autobus. Następny za godzinę więc bez sensu było czekać. Zdecydowaliśmy się zatem na plan B i pomknęliśmy w stronę Smokowca.

Tu czekała na nas kolejna niespodzianka. Kiedyś w ubiegłym roku obczailiśmy fajny, zacieniony, w miarę bezpieczny i darmowy parking niedaleko Smokowca więc postanowiłem i tym razem tam zostawić nasze auto. Niestety po długich poszukiwaniach okazało się, że parking jest ale dopiero siedem kilometrów za Smokowcem. Wróciliśmy z powrotem do miasta. Znowu kolejna godzina w plecy :-(

Jako zachowanie niesportowe, stanowczo odrzuciłem propozycję wyjazdu kolejką na Hrebienok. Zatem w upiornym słońcu zielonym szlakiem wśród rzadkich i niskich krzaków zmierzaliśmy do wylotu Wielkiej Studenej Doliny. Jedyną osłodą były ptaki, które o dziwo nawet w południe nie przestawały koncertować. Maleńki rudzik usiadł na kamieniu i z bliskiej odległości przypatruje mi się uparcie. To efekt synantropizacji środowiska. Plecaki mamy niemiłosiernie ciężkie, no bo przecież w górach trzeba być przygotowanym na wszystko. Najwięcej waży żywność i woda. Potem okazało się, że w moim plecaku było schowane jeszcze coś ciężkiego ale o tym na razie sza!

Kawałek za Bilikową Chatą zatrzymuję się by usunąć kamień z buta i tracę kontakt wzrokowy z Dorotką. Długi czas idę sam stopniowo przyśpieszając kroku. Kiedy zalany potem docieram do Rainerowej Chaty okazuje się, że jej tam nie ma! Biegnę zatem coraz szybciej w górę zastanawiając się skąd wykrzesała tyle siły, by tak szybko iść? I dlaczego ucieka przede mną? Myśli kłębią się głowie niczym kilometr sznurka w kieszeni... Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk telefonu. Okazuje się, że to ja jestem z przodu! Ale kiedy się minęliśmy? Jak to możliwe, że wysforowałem się do przodu nie zauważywszy Dorotki? Siadam na kamieniu i czekam. Uff! Jest duszno a nad moją głową wirują setki much. Po kilku minutach spotykamy się i od teraz idziemy już krok w krok. Gdy wyszliśmy ponad granice regla okazało się, że niebo szczelnie przykrywają chmury. Na szczęście nic nie zapowiadało burzy czy nawet deszczu.

Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że ten wielki szmat czasu, którym rzekomo dysponowaliśmy drastycznie się skurczył . Trzeba przyśpieszyć kroku. Ale jak tu biec pod górę z takimi plecakami? Z podziwem oglądamy mijających nas nosiczy, którzy powracają już na dół po dostarczeniu zaopatrzenia dla Zbójnickiej Chaty. Ci to mają kondycję!

Mapa siedzi sobie w plecaku przyłożona innymi rzeczami, więc idziemy z nadzieją, że to już niedaleko. Przecież kiedy schodziliśmy z Czerwonej Ławki to wcale nie było tak daleko. Gdy docieramy do kładki na Potoku przypominam sobie, że to już całkiem blisko. Jeszcze tylko wyjść na tę morenę a potem będzie staw i kawałek dalej schronisko. Wierzę w to co mówię, więc nie wyciągam mapy. Po godzinie okazuje się, że za moreną i stawem jest kolejna morena a schroniska 'niet'. A tu już kwadrans po szesnastej. Rezerwacja miała być do siedemnastej, więc jak nie zdążymy, to będziemy spać pod chmurką z niedźwiedziami. Brrr! Ta wizja mnie przeraża, więc spinam się w sobie i resztkami sił prawie biegnę pod górę. Dorotka zostaje w tyle, a ja dopadam drzwi schroniska na pięć minut przed siedemnastą.

Miejsce jest! Co prawda na poddaszu, na rozesłanych na podłodze materacach, ale jest. Zbójnicka Chata jest niewielkim schroniskiem, więc nocuje nas tu w dwóch salach zaledwie 23 osoby. Wszystko zajęte. Sala noclegowa okropnie niska, zatem nie da się chodzić wyprostowanym. Nasze materace są blisko wejścia więc pół biedy. Dorotka zabiera aparat i idzie na spacer a mnie opuszczają siły. Leżę z zamkniętymi oczami przysłuchując się rozmowom. Gdy po dwóch godzinach Dotka wraca z kartą pełną zdjęć kozic i świstaków jest mi trochę żal, że nie poszedłem. Ale za to wypocząłem całkiem przyzwoicie. No może z wyjątkiem stóp i łydek.

Po kolacji okazuje się, że w schronisku nie ma żadnej umywalni, nie mówiąc już o ciepłej wodzie. Desperaci mogą się umyć pod gołym niebem w sączącej się z drewnianego koryta krystalicznie czystej acz lodowatej wodzie. Ja mówię pas!

Sen nie przychodzi łatwo, bo co chwilę ktoś wchodzi i wychodzi, a my śpimy tuż obok wejścia. Wejście to po prostu dziura w ścianie o szerokości 2 metrów za którą stoją prawie pionowe drewniane schody. Dziura na dodatek jest nieco niższa od pomieszczenia, więc trzeba wchodzić na czworakach. Co chwilę ktoś wali czerepem o obramowanie dziury i słychać stłumiony jęk. Towarzystwo wieczorem posiedziało przy piwie, więc teraz nastał czas niekończących się pielgrzymek do położonej na zewnątrz schroniska toalety. Jakby tego było mało w korytarzu na dole grupka Polaków opowiada dowcipy kończone salwami śmiechu. Kontakt z rzeczywistością tracę dopiero między pierwszą a drugą w nocy.

Sen jest kiepski. Jedyne w sali okno zostało szczelnie zamknięte. Zresztą jest za daleko by się do niego doczołgać. W takim półśnie trwam aż do świtu, kiedy to kilka osób wychodzi i trochę powietrza dostaje się do sali. No to teraz można spać. Zasypiam mocno.

Wydaje mi się, że minęła chwila gdy czuję jak ktoś mnie budzi. To Dorotka wybiera się na poranny spacer w poszukiwaniu kozic. Mam szczere chęci by tym razem pójść, ale niepostrzeżenie z leżącego w nogach plecaka wyłazi kudłaty stworek (ach, to dlatego ten plecak był taki ciężki) i wślizguje się pod koc. To mój wczorajszy, znajomy Leń wpakował się do plecaka. Znów robi mi się błogo i rezygnuję z wyjścia. Przecież zdjęcia i tak zobaczę - tłumaczę sobie odpływając w niebyt.

Po mniej więcej godzinie do moich uszu dociera wołanie "raňajky, vstať". Próbuję otworzyć oczy i prawie po omacku lezę na zewnątrz do "umywalni", gdzie odzyskuję jasność widzenia, a potem idę na poszukiwania Dorotki. Mimo usilnych starań nie udaje mi się jej nigdzie wypatrzeć, więc wracam do "łóżka". Lecz i tym razem nie dane jest mi spokojnie poleżeć, bo znowu wołają na śniadanie. Masz ci los! Pakuję plecaki i znoszę na dół, a potem wyruszam na dalsze poszukiwania mojej Łowczej. Po kwadransie udaje mi się ją wypatrzeć jakieś dwieście metrów od schroniska, jak skulona w przedziwnej pozie poluje na świstaki. A było na co polować!

Po śniadaniu niezwłocznie ruszamy niebieskim szlakiem w stronę Rohatki. Słońce mimo wczesnej pory operuje już mocno. Plecaki jak zwykle ciężkie. Widoki jak zwykle cudne. Marsz jak zwykle majestatyczny. Tu też spotykam swojego pierwszego dziś świstaka. Siedzi na wielkim głazie kika metrów ode mnie. Jest wyjątkowo spokojny i choć przygląda mi się badawczo, to nie zdardza żadnych oznak niepokoju. Mam czas by zrobić mu wiele ładnych potretów.

Nad Zbójnickimi Stawami bez większych starań z ich strony pozwalamy się wyprzedzić grupie Polaków a sami decydujemy się na krótki odpoczynek. Stawy w metrowej grubości śnieżnych kołnierzach prezentują się niebywale pięknie. Białe kryzy kontrastują ze szmaragdową głębią wody. Rohatki na razie nie widać. Przez pół godziny bawimy się na śniegu niczym dwie młodociane kozice :-)

Teraz szlak z lewej strony trawersuje Świstowy Grzbiet, i kiedy stajemy na progu kotliny Pod Rohatką ukazuje się nasz pierwszy cel. Skóra mi cierpnie na grzbiecie bo ostatni dość długi fragment szlaku przykryty jest rozległym płatem śniegu. W pamięci mam dwa ostatnie śmiertelne wypadki w polskich Tatrach, gdzie ludzie zginęli właśnie w takich okolicznościach. Zatrzymujemy się i przez teleobiektyw śledzimy zmagania owej grupki, która minęła nas przed Stawami. Oni już są w połowie płata i bardzo ostrożnie pną się w górę. W tym miejscu pojawia się wątpliwość: czy warto ryzykować? Nachylenie stoku oceniamy na około 35° , a nie dysponujemy ani rakami, ani czekanem. Jedna para kijków trekingowych to stanowczo za mało. Jestem za odwrotem. Dorotka jeszcze nie. Drogą kompromisu decydujemy by podejść pod brzeg płata czyli jeszcze jakieś 200-300 metrów i tam podjąć decyzję. Ok, idziemy.

Po drodze chłodno analizuję wszystkie za i przeciw. Po stronie "za" jest kondycja, brak zmęczenia, dobra koncentracja, idealna pogoda, wczesna pora. Na "przeciw" składa się brak sprzętu zimowego i ciężkie plecaki. A gdyby tak spróbować obejść ten płat? Robię zdjęcie i na zbliżeniu przyglądam się skale po prawej stronie śniegowego płata. Nie jest tak źle: widać wiele spękań i szczelin i przede wszystkim skała jest sucha. To daje mi przekonanie, że tamtędy jest BEZPIECZNIEJ, choć nie znaczy to wcale, że bezpiecznie. Dorotka nie chce iść ze mną po skale i upiera się przy ostrożnym przechodzeniu po śniegu. Argumentuje, że poprzednicy przeszli, a przecież dwa kijki ma. Kije po złożeniu doskonale wbijają się w śnieg, więc są niczym trzonek czekana. Ostatecznie decydujemy się na przejście oddzielnie w odległości kilkunastu metrów od siebie. Jest to naszym zdaniem najlepsze wyjście.

Ruszam jako pierwszy. Skała jest bardzo chropowata i najeżona wystającymi , ostrymi, więc dającymi pewny chwyt kamieniami. Nim użyję chwytu, sprawdzam każdy kamień pod kątem pewnośći zamocowania. W ten sposób pokonuję 70% dystansu dzielącego mnie od miejsca spotkania. Tu napotykam problem: podparcie dla nóg jest za daleko. Nie sięgnę. Na plecach ciąży ładunek, więc nie ma szans na takie wychylenie. Cofam się ze trzy metry i przechodzę bardzo ciasną, ale za to bezpieczną rynną. Trochę trudno mi przecisnąć się z plecakiem ale w końcu udaje się. Odpoczywam na kawałku trawiastej półki, a Dotka tymczasem zaczyna podejście. Idzie jej to nadzwyczaj zgrabnie i prosto. Gdy ja obserwuję i robię zdjęcia uwagę moją przykuwa... leżąca dwa metry ode mnie urwana i ogryziona noga kozicy.

Jeszcze tylko kilka metrów i znów jesteśmy razem. Patrzymy w górę w stronę przełęczy: szlak biegnący po ziemisto - głaziastym piargu "zabezpieczony" jest metalowymi żebrowanymi prętami. Prowizorka na całego. Upadek na czymś takim mógłby być o wiele gorszy w skutkach, niż osunięcie się po piargu. Kto i po co to wymyślił? I dlaczego nie poprowadzono szlaku prawą flanką po solidnej skale? Wystarczyłaby jedna lub dwie klamry. Najgorsze (tak się nam wydaje) mamy już za sobą. Robimy sobie kwadrans odpoczynku fotografując z wysokości 2200 metrów majestatyczne szczyty okalające Staroleśną Dolinę. Gdzieś daleko za wielkim garbem Sławkowskiego szczytu majaczą blokowiska Popradu. Szczególnie okazale przentuje się stąd Jaworowy Szczyt i Łomnica. Patrząc prosto na południe jak na dłoni widać cały szlak prowadzący na Rohatkę oraz płaską bryłę Zbójnickiej Chaty. Słońce praży okropnie a niezmąconym nawet najmniejszym powiewem wiatru powietrzem oddycha się z wielkim trudem. Zastanawiamy się jak jest po drugiej stronie? Czy leży śnieg? Czy da się bezpiecznie zejść do Zmarzłego Kotła i dalej na Polski Grzebień? A co będzie jak się nie da? Jak poradzimy sobie z zejściem po własnych śladach?

Pół godziny przed południem stajemy na Rohatce.
Jak tu pięknie!
Jak tu ciasno!
Jak tu stromo!

Dorotka nawet nie myśli o robieniu zdjęć tylko chce schodzić.
"Ja chcę to już mieć za sobą" - argumentuje.
Dziwne - w końcu nie po to się wychodzi żeby od razu złazić. To bez sensu. Ja natomiast chcę jeść! Jestem głodny i zmęczony. Na nic moje prośby i błagania - już po pięciu minutach moja Kozica przy pomocy łańcuchów opuszcza się do Zmarzłego Kotła, mojej osobie powierzając zrobienie fotograficznej dokumentacji. Zdjęcia robione naprędce nie dają dobrych efektów co zresztą widać po lewej. Całkiem niedaleko, ot prawie na wyciągnięcie ręki, widać Przełęcz Waga i Rysy. Na zoomie widać kilkanaście osób na szczycie. Przywołuję z pamięci moje pierwsze i jak dotąd jedyne wejście na Rysy w 2009 roku. Na Rysach byłem, ale poza chmurami widać było niewiele. Może w tym roku uda się to powtórzyć z Matim?
Kierując wzrok na zachód rozpoznaję charakteryczną sylwetkę Świnicy, która z tej strony wygląda jak lustrzane odbicie Świnicy widzianej z Małołączniaka. A jak Świnica to i Orla Perć, a jeden łańcuch bliżej to przecież Przełęcz Szpiglasowa. Ależ stąd wszędzie blisko :-)

Z rozmyślań wyrywa mnie głos dobiegający gdzieś z czarnej czeluści ziejącej pod moimi stopami. Tak, Dorotka już zeszła kilkadziesiąt metrów niżej i niepokoi się o mój los. Albo raczej nudzi się jej bez aparatu. Trudno. Złażę i ja. Ale szkoda mi okropnie, bo bardzo mi się tu podoba no i znalazłem sobie bardzo wygodną półeczkę skalną, na której spokojnie można usiąść nawet w kilka osób. Są dwie możliwości (co doskonale widać na zdjęciach po lewej) zejścia z Rohatki do Zmarzłego Kotła. Jedna gałąź szlaku ubezpieczona jest łańcuchami i trawersuje szerokim łukiem głęboki na kilka metrów komin, zaś druga przewiduje pionowe zejście tymże kominem po kilkunastu lekko przyrdzewiałych klamrach. Wybieram drugi wariant.

Gdy kończą się ubezpieczenia, zaczyna się droga przez mękę po ruchomym piargu. Kamienie osuwają się na dół raz po raz i gdyby nie asekuracja kijkiem to zapewne leżałbym nie jeden raz! Na dodatek pojawiają się kolejne płaty śniegu których z przełęczy zupełnie nie było widać. Może nie jest już tak stromo jak z tamtej strony, ale trzeba być nadal czujnym. Na dodatek spod śniegu wystają tu i ówdzie jakieś dziwne, sterczące, zardzewiałe druty. I jeszcze ten ciężki plecak!

Dość tego ! Na pierwszej jako-tako płaskiej kupie kamieni zarządzam przerwę obiadową. Trzeba odchudzić plecak przed wdrapywanien się na Grzebyk. Jest kwadrans po dwunastej więc czas mamy znakomity. Obiad jest pyszny i obfity. Przed nami rozpościerają się śliczne krajobrazy: w dole pokryty pękającym lodem Zmarzły Staw, a ponad nim szerokie ujście Doliny Białej Wody. To tędy mogliśmy wczoraj wchodzć na Rohatkę, gdyby udało się nam dopiąć plan A. Po lewej ciężki kształt Wielickiego Szczytu a po prawej Dzika Turnia. Między tym wszystkim niczym góra lodowa na arktycznym morzu, sterczy samotny kształt Hrubej Turni. Zaś na horyzoncie widać spory kawał polskiego Podtatrza.

Idziemy dalej. Na rozstaju szlaków spotykamy kilka osób zmierzających na Rohatkę. Zmarzły Staw z tej perspektywy wydaje się ogromny. Jest to jeden z najzimniejszych tatrzańskich stawów - temperatura jego wody w środku lata zwykle nie przekracza kilku stopni, a kra na części powierzchni utrzymuje się często przez cały rok. Gdy przygladam się dłużej, w pokrywającym go lodzie dostrzegam zarys kobiety trzymającej dziecko.

W tym miejscu zaczynamy podejście na drugą z dzisiejszych przełęczy czyli Polski Grzebień. Nazwa jej wzięła się stąd, że kiedyś biegła tędy granica polsko - węgierska. Przełęcz jest bardzo szeroka i najeżona licznymi, wznoszacymi się na kilka/kilkanaście metrów ostrymi turniczkami. Stąd podobieństwo do grzebienia. Szlak jest świeżo wyremontowany: piargi zostały ujęte w mocne drewniane ramy, po których biegną wygodne, niczym w Karkonoszach stopnie. Idzie się znakomicie. Jedynie w kilku miejscach (jak przed Rohatką) znów wystają z piargu stalowe, żebrowane druty.

Polski Grzebień położony jest na wysokości 2200 m. n.p.m czyli prawie sto metrów niżej niż Rohatka, a wejście od tej strony jest łatwe i krótkie, zatem już kwadrans po trzynastej meldujemy się na przełęczy. Tutaj spotykamy grupę Polaków, którzy minęli nas obok Zbójnickich Stawów. Okazuje się, że oni też nocowali w Zbójnickiej Chacie. Rozmawimy z nimi przez parę chwil, a potem fotografujemy południowe i północne panoramy, Masyw Gerlacha i Małą Wysoką. Początkowo mieliśmy zamiar wejść na Małą Wysoką, bo stąd to zaledwie półtorej godziny drogi w obie strony, ale chyba nie mamy już ani sił ani ochoty. Cieszymy zatem oczy tym co mamy tu i teraz, nie żałując tego co nas omija. Przecież co się odwlecze to nie uciecze, więc na Małą Wysoką możemy wejść według wariantu A za miesiąc czy dwa. Wszak lato dopiero się zaczyna!
Jak dobrze, że nie wróciliśmy się spod Rohatki!

Zejście z Polskiego Grzebienia w górnym odcinku ubezpieczone jest łańcuchami. I dobrze bo skała tu śliska nawet w słoneczna pogodę. Na dodatek w kilku miejscach jest mało podparć dla nóg. Po odcinku łańcuchowym przychodzi kolej na zsuwanie się po ruchomym piargu, a na koniec rarytas: spory płat śniegu. Ścieżka przez płat poprowadzona jest ukośnie, więc idzie się w miarę bezpiecznie. Do czasu. Na kilka metrów przed jego dolną krawędzią tracę równowagę i zjeżdżam w dół. Dobrze, że ten płat nie był zbyt stromy, bo mogłoby nie skończyć się na zdartej skórze przedramienia.

Szybko zapominam o bólu, gdyż spotykam tu drugiego dzisiaj świstaka. Jest chyba młody bo wyraźnie mniejszy od wszystkich widzianych do tej pory. Zwierzątko zwinnie przeskakuje między kamieniami kiedy bezskutecznie próbuję zrobić mu zdjęcie. W końcu daję za wygraną i już mam zamiar schować aparat, kiedy spostrzegam kolejnego. Ten jest nie dość że ogromny, to na dodatek leży dosłownie kilka metrów przede mną. Zdjęcia są wyjątkowo ładne.

Słońce dawno schowało się za olbrzymi masyw Gerlacha i w dolinie jest szaro i smutno. Teraz zmierzamy ku Wielickim Ogrodom. Podobno to jedno z ładniejszych miejsc w słowackich Tatrach. Przekonamy się o tym już za kilka minut. Tymczasen na mijanym właśnie Długim Stawie obserwujemy przypominającą wrak zatopionego statku lodową górę. Gdy stajemy na progu moreny roztacza się przed nami rzeczywiście bajkowy krajobraz Wyżniego Wielickiego Ogrodu. W głębokich cieniach meandruje potok, a na jego brzegach kwitną tysiące żółtych kwiatów. Omiegi? Pełniki? Kukliki? Stąd nie da się rozpoznać, ale przekonamy się o tym już niebawem. Zaś po naszej lewej stronie łąka usłana jest białymi łanami zawilców narcyzowych. Ze wszystkich stron dochodzą nas gwizdy świstaków. Poza nami szlakiem wędruje zaledwie parę osób. Niektórzy jeszcze idą w górę.

Spoza chmur zaczyna przeglądać przedwieczorne, niskie słońce. Sycimy wzrok ukwieconym na maksa Wielickim Ogrodem, przez Słowaków bez cienia przesady zwanym Wyżną Kvietnicą. W płytkich błyszczących rozlewiskach odbijają się obłoki tworząc surrealistyczne krajobrazy, gdzie niebo z wodą zdaje się dzielić zaledwie cieniutka nić. Tu nad piaszczystym brzegiem potoku rośnie bujna kępa rzadkiego w Tatrach maka alpejskiego. Zaś owe łany żółtego kwiecia, które widzieliśmy z góry, to głównie kaczeńce, ale po drugiej stronie potoku (jaka szkoda, że tam nie można podejść) widać zagon jaśniejszych pełników europejskich. Pełniki to wielka miłość Dorotki, więc wzdychaniom nie ma końca :-)

Trudno nam było stamtąd odejść, ale przecież zawsze możemy tu wrócić, może nawet w tym roku bo przecież sezon wegetacyjny dopiero się zaczyna. Ponadto zmęczone nogi żądają już odpoczynku. Obiecujemy sobie dłuższy postój przy Wielickim Stawie, który właśnie nam się pokazał. Stojąc obok Wielickiej Siklawy obserwujemy rozgrywający się w otoczeniu Śląskiego Domu spektakl cieni i świateł, tworzony przez gnane wiatrem po niebie chmury. Po drodze napotykamy ostatni dziś płat śniegu. W ciasnej szczelinie między nim a skałą robimy sobie zdjęcia, a potem stromymi stopniami schodzimy nad brzeg Wielickiego Stawu. Niestety tutaj ludzi jest już znacznie więcej, więc odpoczniemy gdzieś dalej na rozstaju szlaków.

Kiedy wchodzimy w kosówkę robi się duszno i gorąco. Widoków już nie ma, za to zewsząd dochodzą naszych uszu ptasie nawoływania. Uzbrajam się w teleobiektyw i próbuję coś w gąszczu wypatrzeć. Niestety ptaszki sprytnie ukrywają się w gęstwinie gałęzi. Kilka razy przelatuje mi coś przed nosem, nurkując w ciemności lasu. Dopiero pod sam koniec żółtego szlaku, na kilkanaście minut przed Smokowcem moje uparte starania zostają nagrodzone: na ścieżce stoi drozd. Ptak ten ma w zwyczaju chodzić w poszukiwaniu pożywienia, więc po prostu maszeruje przed nami, a ja pstrykam mu "ogonowe" zdjęcia. No może nie wszystkie są takie beznadziejne, bo ptak od czasu do czasu przystaje i ogląda się za siebie, co skwapliwie wykorzystuję.

Przedwieczorne słońce miękko i plastycznie oświetla Popradzką Kotlinę i nie tak odległe Niżne Tatry. Oj, kuszą one nas, kuszą, od dłuższego już czasu :-)

Do Smokowca docieramy o 19.30. Na parkingu raczymy się resztami wczorajszej kawy, która ostała się w termosie a potem... czeka nas pachnąca niespodzianka. Między parkingiem a torami kolejowymi rosną zagony różnokolorowych łubinów. Były niczyje, więc zostały nasze.



trasa:
    Stary Smokowiec - Hrebienok       Rainerowa Chata       Zbójnicka Chata - Rohatka - Rozstaje pod Polskim Grzebieniem          Polski Grzebień - Śląski Dom          Stary Smokowiec
Podziel się z innymi swoją opinią...