Relacje z podróży



Trzynastego
nawet w czerwcu jest zima!

Na ten weekend czekałem od dawna. Początkowo mieliśmy iść we czwórkę, potem w szóstkę a ostatecznie zebrało się nas osiem osób. Plan zakładał przejście całej głównej grani polskich Tatr Zachodnich: od Ornaku przez Starorobociański, Kończysty, Jarząbczy, Łopatę, Wołowca, Rakonia do Grzesia. W piątkowy poranek kiedy pakowaliśmy się do autobusu nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw jaki nas czekał, no może poza faktem, że nie przyjechał nasz autobus którym mieliśmy dostać się do Krakowa. Musieliśmy zatem skorzystać z transportu awaryjnego, lecz potem wszystko już przebiegało w miłej atmosferze. Niestety, tylko do czasu.

Kiedy wchodziliśmy do Doliny Chochołowskiej świeciło słońce i tylko nad szczytami unosiły się niewielkie chmurki. Ruszyliśmy w stronę schroniska. Kiedy docieraliśmy do Polany Huciska już nie było tak pięknie, ale jeszcze pełni optymizmu usiedliśmy na chwilę by odpocząć. Tu Grażynka poczęstowała nas pysznymi małosolnymi ogórkami, które okazały się dla mnie bardzo pechowe. Złamałem zęba. Początkowo chciałem wracać do chaty, bo był to żywy ząb, więc od razu zaczął boleć. Jednak Grażyna mnie przekonała, że pod jej opieką nic mi nie grozi i zawsze znajdzie się w naszych apteczkach wystarczająco dużo prochów by ten ból pokonać.

Kiedy wszyscy zajęci byliśmy moją paskudną dziurą po jedynce, na niebo błyskawicznie wypełzła ciężka, czarna chmura. Popatrzyła przez moment i rzuciła w nas zawartość swojego czarnego brzuszyska: najpierw rzęsisty lodowaty deszcz a potem grad. Byliśmy w połowie doliny, więc nie było rady - trzeba iść dalej. Tymczasem zagniewane chmurzysko błysnęło raz i drugi, i grzmot przetoczył się szerokim echem po całej dolinie. Grażynka która bardzo boi się piorunów chciała natychmiast zawracać ale wytłumaczyliśmy jej, że nie ma to sensu, gdyż dokładnie taka sama droga jest do schroniska jak i do Kirów. W strugach deszczu i osypani ziarnami lodu, mimo wszystko brniemy naprzód. Buty już zaczynają przemakać, mimo że w deszczu idziemy dopiero niecałą godzinę. Plecak przemaka mi od strony pleców bo grad wsypuje się między szelki a kurtkę, i tam topnieje sobie spokojnie.

Kwadrans po szesnastej nieco przemoczeni docieramy do schroniska. Dobrze, że tam przynajmniej ciepło i sucho. Przebieramy się i idziemy na zasłużony posiłek. Drugą część naszej grupy (Dorota, Kasia, Leszek, Stefan i jego kolega których nie zdążyliśmy poznać bo wyjechali tuż przed naszym przybyciem) burza ta zastała pod szczytem Kończystego Wierchu, o godzinę drogi od kosówki. Musieli ją przeczekać na otwartej przestrzeni. Za to po burzy doczekali się tęczy. Wieczór skończylismy przy grupowym znieczulaniu mojego zęba za pomocą rumu i brandy.

W sobotę miała być "lampa" i temperatura około 10-15 st. więc postanowiliśmy wyruszyć o 6 rano. Wybraliśmy kierunek odwrotny od wcześniej planowanego, tak by słońce nie spaliło nam twarzy jak pójdziemy ku południowi. Wyszliśmy o 6.20; szlak okazał się bardzo mokry i trudny a zatem zmieniliśmy nieco plany. Omijając Ornak, przez Dolinę Starorobociańską skierowaliśmy się od razu ku Siwej Przełęczy. Koło ósmej w okolicach Banistego Żlebu na skąpanej w pięknym porannym słonku polance zjedliśmy śniadanie i przesuszyliśmy kurtki.

Grażynka z Robertem mieli zdecydowanie lepszą formę od innych, więc odłączyli się od nas i poszli przodem. Tymczasem zza Trzydniowiańskiego wypłynęły na niebo szare niskie chmury i zakryły słońce. Dwoje z nas było nieco kontuzjowanych, więc dobraliśmy sobie jeszcze do towarzystwa Kasię, która jest pielęgniarką i szlismy sobie wolniutko podziwiając widoki i przecudnej urody tatrzańskie roślinki. Zostaliśmy zatem ogonem peletonu, którego trzon tworzyli Bożena z Marcinem i Leszek, a szpicę Grażyna z Robertem. Po upływie pół godziny zrobiło się przeraźliwie zimno i zaczął wiać coraz mocniejszy zachodni wiatr. Wiał w plecy, więc pomagał we wchodzeniu, ale wraz z nim pojawiły się pierwsze, rzadkie płatki śniegu. Spadając na ziemię topniały, więc nie było bardzo zimno ani ślisko. Powoli doczłapalismy do Siwej Przełęczy, gdzie dramatycznie szczękając zębami, czekali na nas pozostali. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy się rozdzielić: najbardziej zziębnięta, bo już prawie fioletowa Grażynka, w towarzystwie Roberta ruszyła rączo w stronę Siwego Zwornika by się rozgrzać w marszu. My zrobiliśmy roszadę w odzieży, łykneliśmy po kropelce korzennego specyfiku i powoli poszliśmy za nimi. Oczywiście nawet w tych niekorzystnych warunkach udało mi się wytropić kilka pięknych kwiatów.

Za Siwym Zwornikiem widoczność spadła do kilku metrów a śnieżyca przybrała na sile. Na Gaborowej Przełęczy od północy powiało grozą. Kiedy wchodziliśmy stromym zboczem Starorobociańskiego, śnieg przerodził się w lodową kaszkę, która rozpędzona wiatrem (oceniałem go na jakieś 60-80km/h) wbijała się w policzki kłując niemiłosiernie niczym chińska akupunktura. Temperatura jeszcze spadła bo śnieg przestał topnieć i zatrzymywał się nawet na ubraniach. Rozstawiając szeroko nogi by nie dac się przewrócić wiatrowi, dobrnęliśmy do szczytu, lecz w takich warunkach o szczytowaniu nie mogło być mowy ;-)

Zbiliśmy się w ciasną kupkę ale nic to nie dawało, więc nie zdecydowaliśmy się na posiłek który mieliśmy nadzieję tu spożyć. Kilka szybkich fotek, spotkanie z poznanym poprzedniego dnia przy kolacji sympatycznym Grzesiem z Gliwic, i decydujemy się schodzić. Ba, ale którędy? Szlak zasypany dokładnie śniegiem, widoczność na dwa metry i wiatr który usiłuje nas zdmuchnąć na słowacka stronę. Słowackie Tatry jeszcze zamknięte, więc jest to i niebezpieczne i kosztowne :-) Łazimy w kółko do czasu aż pojawia się turysta idący z Kończystego. Ruszamy w tym kierunku skąd przyszedł i po chwili odnajdujemy ścieżkę. Przed nami ostre zejście na Raczkową Przełęcz i znów mozolne wdrapywanie się na Kończysty Wierch. Innej drogi nie ma, chyba że odwrót po własnych śladach...

Kiedy stajemy na Kończystym, śnieżyca ustaje lecz wiatr nadal targa nami bezlitośnie. Nie zatrzymujemy się ani na chwilę tylko zmykamy w stronę Trzydniowiańskiego. Dwie minuty później Dorota rozpoznaje miejsce skąd wczoraj musieli zawrócić. W tym miejscu obserwujemy też kolejny rów grzbietowy. Tuż przed szczytem Trzydniowiańskiego wiatr rozpędza chmury i w całej okazałości ukazują się nam doliny: Starorobociańska i Jarząbcza a niepozorny północny grzbiet Kończystego nabiera dramatycznego wyglądu. Przez kilka minut zza chmur przygląda się nam blade słońce. Przed nami przykryty czapką z chmur pręży się Wołowiec, a zza jego grzbietu wystaje Ostry Rohacz. Niestety zimno i wiatr nie zachęcają do pozostania na otwartej przestrzeni więc szybko rozpoczynamy zejście czerwonym szlakiem do Jarząbczej Doliny. Byle tylko znaleźć się w kosówce. Zejście tym szlakiem jest trochę karkołomne z uwagi na osuwajace się spod butów luźne kamienie. Kiedy docieramy w spokojniejsze rejony gdzie już nie wieje tak intensywnie, postanawiamy rozbić obóz, i posilić się smakołykami które przez cały dzień z mozołem dźwigaliśmy.

Jeszcze nie ma szesnastej więc mamy jeszcze spory zapas czasu. Rozdzielamy się na trzy dwuosobowe grupy i nieśpiesznie schodzimy w zielony gąszcz Doliny Jarząbczej. Po drodze odnajdujemy przy szlaku wielki biały głaz który Dorota identyfikuje jako krzemień. Bożenka z Leszkiem i Marcinem ruszają do przodu (chyba są bardzo głodni), a my we trójkę zatrzymujemy się przy Jarząbczym Potoku i odddajemy się pasji fotografowania. Kaskady wody, kaczeńce i grzyby to nasze trofea. Kwadrans później korzystając ze ślicznego popołudniowego słońca, robimy sobie kolejną sesję foto na Wyżniej Jarząbczej Polanie. Do schroniska pozostało jeszcze tylko kilkanascie minut drogi, więc siadamy na pniach ściętych świerków i napawamy się ostatnimi słonecznymi chwilami dzisiejszego dnia. Kto by powiedział, że jeszcze przed dwoma godzinami walczyliśmy na grani z porywistym wiatrem i śnieżycą? O przebytej drodze świadczy tylko błoto na naszych butach i spodniach. Dzień rozpoczął się słonecznie i kończy w ten sam sposób, ale to co przeżyliśmy na długo wryje się w naszą pamięć. Nasze dzisiejsze niepowodzenia tłumaczyć może tylko fakt, że kalendarz pokazuje datę trzynastego. No tak, trzynastego nawet w czerwcu jest zima!

Dzień zbliża się do końca więc robię krótkie podsumowanie: z ambitnego planu wyszło w sumie niewiele, ale jeśli brać pod uwagę wszystko to czego doświadczyliśmy, to trekking można zaliczyć do bardzo udanych. Zresztą ja uwielbiam takie właśnie góry: z chmurami, mgłą, deszczem... dopiero w takich warunkach można poczuć ich potęgę i majestat. Owszem słoneczne landszafciki też lubię, ale góry są dla mnie synonimem walki, zmagania się z własnym lękiem i słabościami. Góry to nie tylko sprawdzian sił i własnego człowieczeństwa - góry to wyzwanie, stawianie sobie wyższych poprzeczek, mierzenie sił na zamiary...

Nasza trójka jako ostatnia z naszej grupy dociera do schroniska gdzie pozostali czekają już na nas przy suto zastawionym stole. Nie pozostaje nic innego jak troszke się wyszorować, przebrać i można zacząć wieczorną biesiadę. Szkoda tylko, że od 22 obowiązuje cisza nocna, bo atmosfera jest bardzo gorąca i moglibyśmy spędzić tę noc bez snu. Zwłaszcza, że jest to nasza ostatnia wspólna noc. Niestety śpimy w czternastoosobowym pokoju, zatem kilka minut po 22 rozlega się pstryk wyłącznika i w gęstej ciemności prawie natychmiast zasypiam.

Jest niedzielny poranek - dzień pożegnania i powrotu. Dorota, Kasia i Leszek muszą wyjechać już przed południem, zatem dziś już nigdzie się z nami nie wybiorą. Szkoda bo pogoda wspaniała a chęci też nie brakuje. Trudno, pójdziemy sami. Plan jest niezbyt ambitny, bo tylko na 4-5 godzin dreptania, a zatem prawie nikt nie śpieszy się z wstawaniem. Tylko ja nie mogąc spać już od piątej (jak można spać kiedy słońce zagląda przez okno?) wychodzę na krótki poranny spacer. Wokół Polany Chochołowskiej wytyczyno piękną widokowo ścieżkę, oznakowaną kolorem czarnym. Skrajem lasu wiedzie ona do kościółka św. Jana Chrzciciela, a potem przecinając przez pół Polanę Chochołowską schodzi w dół, dołączając do głównego szlaku prowadzącego do schroniska. Ten kilkunastominutowy czarny szlak jest jednym z najkrótszych w Tatrach, ale podczas tego porannego spaceru dostarczył mi wielu niezapomnianych wrażeń. Skąpana poranną rosą łąka w niskich promieniach słońca do tego stopnia wabiła ku sobie bogactwem zapachów i kolorów, że kusiło mnie by położyć się na niej. Na szczęście w porę zreflektowałem się gdzie jestem, poprzestając na zrobieniu zdjęć tatrzańskiej flory. Spotkałem tu kilka gatunków, których nigdy w życiu nie dane mi jeszcze było obserwować. Czas wracać do schroniska.

Kasia, Robert i Leszek są już na nogach a pozostali jeszcze smacznie chrapią. Pakujemy plecaki i schodzimy na śniadanie, podczas którego pochłaniamy resztki zapasów przywiezionych z domów. Potem następuje rozdzierająca scena pożegnania: wspólna fotografia, uściski i strzemienny na drogę (Kasiu, dziękujemy za "kaliber 45")!

Dorota z Kasią i Leszkiem udają się do wylotu Doliny Chochołowskiej gdzie czeka na nich zaparkowany samochód, a ja z Grażynką, Bożenką, Marcinem i Robertem z zamiarem wejścia na Bobrowiec, ruszamy żółtym szlakiem w stronę Bobrowieckiej Przełęczy. Szlak żółty prowadzący na Grzesia w połowie swej długości łączy się ze ścieżką, oznakowaną niebieskimi drewnianymi słupkami choć nie zaznaczoną na mapach jako szlak turystyczny. Uznajemy, że skoro jest ona oznakowana to można nią chodzić, i idziemy nią w górę prosto do przełęczy. Ścieżka ma tylko kilkaset metrów długości więc szybko osiągamy Borowiecką Przełęcz. Tu spotyka nas rozczarowanie: szlak zielony prowadzący na Jamborowy Wierch a potem na szczyt Bobrowca, mimo że poprowadony jest wzdłuz granicy, jest szlakiem wyłącznie słowackim! Oznacza to, że w dniu dzisiejszym (14 czerwca) pozostaje jeszcze zamknięty, gdyż TANAP zamyka szlaki turystyczne w okresie od 31 października do 15 czerwca. Zatem przyszliśmy tutaj o dwa dni za wcześnie!

Stoimy przed szalbanem zamykającym nam drogę i naradzamy się co robić? Grażynka usiłuje przekonać nas, że dzień czy dwa to żadna różnica, ale powstrzymuje nas fakt, że w połowie stoku Jamborowego Wierchu widać dwóch bardzo wolno idących ludzi. Po namierzeniu ich i sfotografowaniu, przybliżamy obraz i na 90% rozpoznajemy w nich strażników. Jednakowe oliwkowe spodnie, białe koszule z kołnierzykami i maleńkie plecaki...

Robimy w lewo zwrot i zmieniamy plan: przed nami bardzo ostre podejście na Grzesia. Nie sądziłem, że ten fragment szlaku ma aż takie nachylenie! Dobrze, że idziemy lasem i wieje lekki wiatr, bo szlak ma naprawdę stromy przebieg; przypomina mi wejście na Karb od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego. Po okolo 30 minutach stajemy na rozwidleniu, gdzie dołącza żółty szlak którym dziś rozpoczęliśmy wedrówkę. Teraz jest juz lżej ale za to zaczyna przypiekać słońce. Parę minut po jedenastej stajemy na szczycie Grześka.

Panorama zapiera dech w piersiach. Przed nami Płaczliwy i Ostry Rohacz, Salatyn i Brestowa. Po lewej Wołowiec, Łopata, Jarząbczy, Kończysty i Starorobociański - nasza wczorajsza niedokończona trasa. Zza tego ostatniego dumnie wystaje Bystra z jej polskim bratem Błyszczem. U naszych stóp Dolina Chochołowska Wyżnia. Na szczyt przybywa coraz więcej turystów, którzy siadają na trawie wygrzewając się w słońcu. Mnie też udziela się ten nastrój i mimo tego, że Grażynka gorąco namawia mnie do szturmowania Rakonia i Wołowca, to jednak nie znajduję w sobie tyle sił by zrezygnować z błogiego odpoczynku.

Ostatecznie rozstajemy się: Grażyna wraz z Robertem ruszają na podbój Wołowca, a ja z Bożenką i Marcinem na szczycie Grzecha oddajemy się grzechowi lenistwa. Trwa to chyba z godzinę. Kiedy podnosimy się by ruszyć w dół, okazuje się, że słoneczko nas nieco przypiekło. Zejście do schroniska jest łatwe i szybkie. Po drodze jak zwykle najbardziej ociągam się ja, gdyż nie mogę przejść obojętnie obok takich ślicznotek.

W schronisku zjadamy obiad i o 14.30 ruszamy w stronę Kirów. Autobus powrotny do Krakowa mamy dopiero o 18.30, więc idziemy powoli żegnając się z widokami i wiosennym (?) klimatem Tatr. Tuż przed opuszczeniem Chochołowskiej Polany słyszymy za sobą wołanie - to zdobywcy Wołowca biegną w naszą stronę! Teraz już wspólnie przemierzamy ostatnie dwie godziny szlaku. Po drodze okazuje się, że zaczynają dogorywać buty Grażynki. To już drugie Salomony w tym sezonie, które kończą swój żywot w ten sam sposób. Coś w tym musi być! Na Siwej Polanie jeszcze przez kilka chwil podziwiamy sielskie krajobrazy pasących się krów i owiec a potem wsiadamy do busa. Przed nami Zakopane a potem Kraków...





Marek

Podziel się z innymi swoją opinią...