Strungovy Prislop
    Ach cóż to był za dzień! Przemyślany i zaplanowany ze wszystkimi drobiazgami! Misternie układany przez dwa tygodnie plan dnia nie wypalił (z czego w ostatecznym rozrachunku bardzo się cieszymy).
Budzik się zbuntował. Miał dzwonić i nie zadzwonił. Zamiast o trzeciej w nocy obudziliśmy się pięć godzin później. Właściwie to niespecjalnie dziwię się gdy zawodzą rzeczy martwe, więc niesprawny budzik nie wywołał we mnie żadnych emocji. Ale to, że nie obudził się Marek? To nie do wiary! Spał 12 godzin! Dwa razy więcej niż zwykle! Dobrze, że spakowałam nasze klamoty wieczorem bo pewnie gdybyśmy mieli pakować się rano, to nigdzie byśmy się nie wybrali.

A miało być tak pięknie…

Marek szykuje śniadanie a ja śmigam po internetowych prognozach pogody. U nas za oknem szarawo-mgliście. TOPR za HZS podaje, że w Małej i Wielkiej Fatrze ma być "slnečno"! Ale u nas za oknem do bólu "oblačno"... W linii prostej nie będzie więcej jak 100 km do celu naszych dwutygodniowych marzeń. Marek nie wierzy, że tam jest słonecznie. Ja wierzę w synoptyka Horskiej Záchrannej Služby.
Całkiem zdezorientowani informacjami o pogodzie i widokiem za oknem postanowiliśmy po prostu wyruszyć przed siebie w kierunku Suchej Beskidzkiej... Po drodze rozważaliśmy dokąd pojechać bo... do Wielkiej Fatry to już było za późno.
    Pojechaliśmy do Małej Fatry nie mając ani konkretnych planów ani mapy. I tak jadąc rozglądaliśmy się wokół rozbawieni sytuacją. Nagle naszą uwagę przyciągnął jeden, jedyny rozświetlony słońcem szczyt.  Postanowiliśmy wdrapać się nań. Marek prowadził auto a moim (łatwym tym razem) zadaniem było śledzenie owego szczytu. W końcu zatrzymaliśmy się obok przystanku SAD "Pred Lucivnou" i kierując się żółtymi znakami ruszyliśmy na Strungovy Prislop.
Początkowo droga wiodła szeroką szutrową drogą. Potem niespodziewanie znaki znikły. Zauważyliśmy to dopiero przy pierwszym rozstaju dróg na ostrym zakręcie. I zaczęło się!
Szukaliśmy znaków ze trzy kwadranse!
Wreszcie udało mi się wypatrzeć głęboko w lesie namalowany na pniu buka ledwo widoczny ślad po żółtym szlaku. Od tej pory szlak poprowadzony był w lesie i albo zmuszał nas do stromego wspinania się po śliskim zboczu albo trawersowania go szerokim zakosami. Aż do pierwszej polany szliśmy wyłącznie lasem więc widoków nie było żadnych a, co gorsza, pomiędzy drzewami snuły się nisko zimne mgiełki. Nieco powyżej 1000 m n.p.m. pojawił się śnieg luźno związany z bukowymi liśćmi co sprawiało, że od tej pory bardzo ostrożnie musieliśmy stąpać po tym niepewnym gruncie.

A miało być tak pięknie…

Na Strungową Przełęcz gnała mnie jedynie ciekawość dokąd dalej można pójść. Absolutnie żadne z nas nie wiedziało w której części Fatry się znajdujemy a mapy (patrz wyżej) nie zabraliśmy. Intrygujące było również to, że przed nami ktoś już szedł. A fakt ten utwierdzał mnie w przekonaniu, że iść tam warto.
    Gdy niespodziewanie wyszliśmy z lasu oczom naszym ukazał się rozległy widok na okoliczne szczyty a przede wszystkim polanę. Marek szybko dostrzega na ośnieżonej łące ślady buchtowania dzików. Niespokojnie rozglądam się wokół w poszukiwaniu sprawców owego rozgardiaszu. Są ślady, są tropy*** ale dzików nie ma.
-Ładnie tu! - zachwycał się Marek, podczas gdy ja fotografowałam okolicę.
-No ładnie, ładnie ale szkoda, że nie wiemy gdzie jesteśmy!
Widząc nadciągającą nad przełęcz chmurę postanowiliśmy szybko zdobyć cel naszej wędrówki i wracać jeszcze „za widoka”.
    Marek chcąc mnie zmobilizować żwawo ruszył przed siebie i kiedy równym krokiem zmierzał na szczyt ja zobaczyłam coś dziwnego na samym czubku pobliskiego świerka. Nie od razu wiedziałam co to jest bo było dość daleko ode mnie. Ponadto wyglądało dziwnie, czym wzbudziło moje podejrzenia. Początkowo myślałam, że to ptak siedzący do mnie tyłem i chciałam go obejść. Nie chcąc go spłoszyć zbliżałam się doń ostrożnie i powoli starając się poruszać bezszelestnie.
    Tymczasem Marek zauważył moje zniknięcie i zaniepokojony nawoływał mnie z coraz większą determinacją. W obawie, że ptak odfrunie bez dalszych ceregieli zaczęłam go fotografować. Marek teraz już z desperacją wraca się po mnie. Wychyliłam się zatem zza świerka i naśladując rozpostartymi ramionami lot ptaka dawałam mu, tak sądziłam, znaki, że właśnie mam przed sobą ptaka. Moja pantomima znaczyła dla Marka to, że „nie jestem ptakiem żeby do Ciebie lecieć” :-) Ptak odebrał to wprost przeciwnie, prawdopodobnie wziął mnie za wielkie czarne ptaszysko bo natychmiast odleciał na sąsiednie drzewo.
    Trudno, nie zrażona jego ucieczką znów podjęłam wysiłek zdobycia jego zaufania. Sóweczka siedziała nieruchomo, a nawet kiedy kręciła na boki głową nie widać było żadnego ruchu, bo wciąż jej ciało tworzyło zwartą, jednolicie obłą bryłę. A z daleka w ogóle nie przypominała ptaka.
-Chcesz kawy?- zawołał Marek.
-Tak! - szybko odpowiedziałam - Ale nie zejdę, bo mam tu „cudnistą sóweczkę”.
Marek bez entuzjazmu spojrzał w kierunku domniemanej sóweczki i sceptycznie zamruczał: „Taaaaaaaaaaaaa… sóweczka...” Zaś ona znów odfrunęła. Tak jak i poprzednim razem niedaleko, za to na wyższe drzewo. Znów poszłam do niej. Tym razem sóweczka pozwoliła się fotografować nieco dłużej.
    Dzień wcześniej odebraliśmy z naprawy nie naprawiony obiektyw i doskonale wiedziałam, że on nie ostrzy jak należy niemniej jednak fotografowałam sóweczkę z zapałem. Marek odpoczął, uraczył się kawą i lekko zaintrygowany wreszcie podszedł do mnie. -No sóweczka! - zawołał jakby moje wcześniejsze zapewnienia uszły jego uwadze. Sóweczka posiedziała jeszcze chwilkę w gąszczu drobnych gałązek a następnie odfrunęła bezpowrotnie. I co ciekawe, kiedy byliśmy oddaleni od niej zaledwie o kilka metrów to nie wydawała z siebie żadnych dźwięków. Lecz kiedy odleciała na kilkadziesiąt metrów w górę stoku wyraźnie słyszeliśmy wznoszącą się melodię jej krótkich, przyspieszających pogwizdywań.
Zdjęcia, które jej zrobiłam, dalekie są od ideału nie mniej jednak cieszą mnie niezmiernie. Rozregulowany obiektyw musimy wysłać do serwisu w Warszawie zatem kilka tygodni nie będziemy mogli dokumentować naszych spotkań ze zwierzętami. Myśl ta sprawia mi wielką przykrość. Bo tu właśnie spadł śnieg i znakomicie widać teraz najrozmaitsze ptaki, wkrótce przylecą ze Skandynawii gile, jemiołuszki, czeczotki i raniuszki. Na wszystkich zimowych wędrówkach po górach spotykamy coraz liczniejsze ptaki drapieżne. No i jak tu żyć bez długoogniskowego obiektywu?
    Kiedy pogrążona w smutnych rozmyślaniach dreptałam we mgle po stromym i śliskim zboczu spostrzegłam na przełęczy sylwetkę lisa. Z odległości co najmniej 200 metrów ledwo widać było jak siedzi. Jednak na białym tle pomimo wszechogarniającej chmury, która właśnie spadała w dół, dało się zauważyć jego charakterystyczną sylwetkę. Przyłożyłam aparat do oka, naciągnęłam maksymalnie zoom, uważnie przyjrzałam się i opuściły mnie wątpliwości. Lis! Rudy lis! Wprawdzie słabo ale jednak widzę jego charakterystyczne spiczaste uszy i białą, rozległą plamę na szyi. Lisek szybko znikł z horyzontu, przegonił go być może zimny, ostry wiatr.
    Kiedy wreszcie stanęliśmy na przełęczy zobaczyliśmy tropy jego drobnych nóg. Ale po lisie ani śladu.*** Powiększająca się mgła całkowicie zasłoniła widoczność a dojmujące zimno i przenikliwy wiatr przepędziły także mnie.
Na przełęczy okazało się, że za 35 minut mamy okazję stanąć na szczycie…Ośnicy!!! Aż podskoczyłam z radości. Ośnica!!! Toż to jeden z bardziej widokowych szczytów w Małej Fatrze! Cóż… świat powlekła gęsta jak śmietana mgła. Nie ma po co tam iść…Nie chcieliśmy ponadto wracać po zmierzchu lasem stromą i śliską ścieżką więc zdecydowaliśmy się na powrót. Marek wytargował jeszcze kwadrans na zdjęcia bo jak twierdził, takie mgielne klimaty mają w sobie niepowtarzalny urok. Ja we mgle czuję się okropnie więc umówiliśmy się, że poczekam na niego przy sóweczkowym świerku.
    Prawdę mówiąc miałam nadzieję spotkać ponownie moją pupilkę. Sóweczki nie było. Na pocieszenie wsłuchuję się w jej gwizdania. Chyba ma towarzystwo, bo melodyjne gwizdy dochodzą wyraźnie z dwu stron.
    Marek roześmiany schodzi wreszcie z przełęczy i mając trochę czasu w zapasie zbaczamy ze szlaku w kierunku pasterskich zabudowań. Zagroda świeci pustkami. Frapujące są ujęte w drewniane korytka strumyki - zlewisko Wagu. Na skraju strumyczka zauważam kwiat mniszka lekarskiego tuż obok jaskra. Przecież jest grudzień!!! Schodzimy po własnych śladach znajomą ścieżką. Zanim zapadnie zmrok dochodzimy do auta.
Było szaro… było mgliście... Tak pięknie było!

*** Tropami zwierząt są odciski kończyn pozostawione na podłożu, natomiast ślady to nory, żerowiska, miejsca walk, odchody itp.
Podziel się z innymi swoją opinią...

  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter