Sóweczka

Sóweczkę spotkaliśmy wędrując we mgle pewnego grudniowego dnia na stoku Ośnicy w Małej Fatrze. Marek akurat wyprzedził mnie i kiedy równym krokiem zmierzał na szczyt ja zobaczyłam ją. Nie od razu wiedziałam co to za ptak bo siedział na samym czubku świerka dość daleko ode mnie. Ponadto wyglądał dziwnie, czym wzbudził moje podejrzenia. Początkowo myślałam, że ptak siedzi do mnie tyłem i chciałam go obejść. Nie chcąc go spłoszyć zbliżałam się doń ostrożnie i powoli starając się poruszać bezszelestnie. Tymczasem Marek zauważył moje zniknięcie i zaniepokojony nawoływał mnie z coraz większą determinacją. W obawie, że ptak odfrunie bez dalszych ceregieli zaczęłam go fotografować.

Marek teraz już z desperacją wraca się po mnie. Wychyliłam się zatem zza świerka i naśladując rozpostartymi ramionami lot ptaka dawałam mu, tak sądziłam, znaki, że właśnie mam przed sobą ptaka. Moja pantomima znaczyła dla Marka to, że „nie jestem ptakiem żeby do Ciebie lecieć” ;-)
Ptak odebrał to wprost przeciwnie, prawdopodobnie wziął mnie za wielkie czarne ptaszysko bo natychmiast odleciał na sąsiednie drzewo. Trudno, nie zrażona jego ucieczką znów podjęłam trud zdobycia jego zaufania. Sóweczka siedziała nieruchomo a nawet kiedy kręciła na boki głową nie widać było żadnego ruchu bo wciąż jej ciało tworzyło zwartą, jednolicie obłą bryłę. A z daleka w ogóle nie przypominała ptaka.

- Chcesz kawy? - zawołał Marek
- Tak! - szybko odpowiedziałam - Ale nie zejdę, bo mam tu „cudnistą sóweczkę”.
Marek bez entuzjazmu spojrzał w kierunku domniemanej sóweczki i sceptycznie zamruczał:
„Taaaaaaaaaaaaa… sóweczka...”
Zaś ona znów odfrunęła. Tak jak i poprzednim razem niedaleko za to na wyższe drzewo. Znów poszłam do niej. Tym razem sóweczka pozwoliła się fotografować nieco dłużej. Dzień wcześniej odebraliśmy z naprawy nie naprawiony obiektyw i doskonale wiedziałam, że on nie ostrzy jak należy niemniej jednak fotografowałam sóweczkę z zapałem. Marek odpoczął, uraczył się kawą i lekko zaintrygowany wreszcie podszedł do mnie.
- No sóweczka! - zawołał jakby moje wcześniejsze zapewnienia uszły jego uwadze.

Sóweczka posiedziała jeszcze chwilkę w gąszczu drobnych gałązek a następnie odfrunęła bezpowrotnie. I co ciekawe, kiedy byliśmy oddaleni od niej zaledwie o kilka metrów to nie wydawała z siebie żadnych dźwięków. Lecz kiedy odleciała na kilkadziesiąt metrów w górę stoku wyraźnie słyszeliśmy wznoszącą się melodię jej krótkich, przyspieszających pogwizdywań.
Zdjęcia, które jej zrobiłam, dalekie są od ideału, nie mniej jednak cieszą mnie niezmiernie.