Pożegnanie zimy w Tatrach
14 kwiecień 2009

Na Podbeskidziu wiosna w pełni, świat tonie w soczystej zieleni, drzewa jak pachnące bukiety roztaczają wokół słodką woń. Po zimie ani śladu! W tym roku zima dostarczyła nam wielu wrażeń estetycznych, sprzyjała naszym narciarskim i snowbordowym pasjom oraz pieszym wędrówkom. Była słoneczna i mroźna, śnieżna, oszroniona i ubrana w koronkową szadź. Była taka jak lubię. Bo ja lubię zimę w ogóle i już


Właściwie to w połowie kwietnia zima była dla nas już wspomnieniem a jednak Nieoczekiwanie odnaleźliśmy ją w Tatrach, choć naszym zamiarem było sprawdzenie, czy już kwitną krokusy. Na tę wycieczkę wybrałam się w towarzystwie Mojej Córki Justynki, Mojej Przyjaciółki Kasi i Jej Córki Ilonki ;-)


Ośnieżone szczyty Tatr widziane z zielonej Nowotarskiej Doliny nasuwały skojarzenia z Alpami. Zimne, przejrzyste powietrze wyostrzało górskie obrazy i magia gór wdzierała się w nasze dusze wypełniając wszystkie jej zakamarki. Początkowo wcale nie miałyśmy zamiaru wyruszenia w wyższe partie gór, w naszych planach był zaledwie spacer pośród krokusowych kobierców w bliżej jeszcze nieokreślonym miejscu. Po szybkiej naradzie zdecydowałyśmy się wjechać kolejką linową na szczyt Kasprowego Wierchu i pożegnać zimowe krajobrazy z Beskidu a potem zjechać z powrotem i udać się na spacer na Polanę Kalatówki.


Na Kasprowym Wierchu niemal oślepiło nas słońce odbijające się w śnieżnobiałych zboczach okolicznych gór. Zimowe pejzaże zachęcały do kontemplacji więc natychmiast po dotarciu na Beskid rozsiadłyśmy się na ciepłych skałach. Ciepło słonecznych promieni zdawało się mieć większą moc niż na nizinach.


Pomiędzy szczytami Tatr Wysokich delikatnie snuły się puchate chmurki. Szczególnie Krywań ładnie prezentował się w ich miękkich objęciach.


Justyna z lekką zazdrością patrzyła w kierunku narciarzy szusujących po stokach, też by tak chciała czytałam w jej myślach Mnie w zupełności wystarczały rozciągające się wokół cuda. Z wielką przyjemnością oddawałam się fotografowaniu nie zauważając jak szybko mija czas.



Na Beskidzie niewiele było turystów, zdecydowana wiekszość poprzestała na spacerowaniu wokół Kasprowego Wierchu. Panująca tu cisza dodawała górom majestatu. śnieg skrzypiał nam pod nogami i wręcz niewiarygodnym stawało się marzenie o kwitnących w dolinach krokusach. Gdyby nie to, że doskonale widziałyśmy z okien wagonika kolejki linowej fioletowe plamy na polanach to pewnie teraz uznałabym, że to niemożliwe aby gdzieś coś mogło kwitnąć. Tu, na szczytach, zima królowała nadal.

Jednak odsłaniające się pośród zszarzałej trawy coraz większe połacie skał pokazywały, że i tu wkrótce zawita wiosna.


Ze szczytu Beskidu znakomicie wida zarówno Tatry Wysokie jak i Zachodnie. Szczególnie ciekawie widać stąd Dolinę Cichą.


Wielką radość daje mi fotografowanie Justynki w tej niecodziennej scenerii.Jej czarna kurtka stanowi nie lada wyzwanie.



Rześkie powietrze i ciepło słońca przyjemnie odpręża, wycisza i rozleniwia.
Rozmawiamy chwilę o zagrożeniach lawinowych o tej porze roku i po zjedzeniu pysznych kanapek wracamy do wiosny.


Wiosna w Tatrach zachwyca i zaskakuje mnie zawsze. Wiosna w Tatrach zdarza się jeszcze w lipcu. Kwitnące pierwiosnki lekarskie spotkałam w Tatrach Bialskich właśnie początkiem lipca. Zaś żółte łany kaczeńców i pełnika europejskiego kwitły wokół Wielkiego Hińczowego Stawu, na samym końcu Doliny Mięguszowieckiej, w połowie lipca. Wiosna to jest właśnie to, co najbardziej uwielbiam w Tatrach.



Bo wiosna w Tatrach zaczyna się wtedy, kiedy na nizinach przekwitają już wiosenne kwiaty. Nieskromna ta wiosna, wręcz zmysłowa! Najpierw z rozmachem rozściela ametystowe dywany krokusów w Dolinie Chochołowskiej a także Lejowej i na Polanie Kalatówki, potem fioletowe urdziki, pastelowe, pachnące miodem pierwiosnki i bieluchne zawilce porastają kępkami tatrzańskie hale. Szafirowe goryczki i błękitne dzwonki pojawiają się nieco później ale żadne z nich nie kwitną z takim rozmachem jak krokusy. Kobierce delikatnych jak jedwab, ametystowo fioletowych kwiatów od kilku już lat fascynują mnie i urzekają z jednakową siłą.

Na przyjemnej rozmowie mija nam droga powrotna na Kasprowy Wierch.


Z uczuciem spełnienia wracamy do wiosny.


Niewele osób zjeżdża z nami w wagoniku.Jest piękna słoneczna pogoda i gdyby nie potrzeba zobaczenia krokusów pewnie i my zostalibyśmy tu na resztę dnia.


Do Polany Kalatówki dochodzimy w pół godziny i ogarnia nas zdumienie. Poza nami nie ma tu nikogo! Mamy całą ukwieconą krokusami polanę dla siebie! Spacerujemy wydeptanymi ścieżkami podziwiając urodę delikatnych kwiatów.



Później dowiadujemy się, że w tym samym czasie Dolinę Chochołowską przemierzały tłumy turystów.



Tatry i tym razem obdarzyły nas niezapomnianymi wrażeniami.


Podziel się z innymi swoją opinią...