Krokusowa Polana

Dolina Chochołowska jest jednym z moich ulubionych miejsc w Tatrach. Nie pamiętam już ile razy dreptałam tą drogą za to pamiętam wszystko co ma z nią związek. Mati przeszedł ją pierwszy raz o własnych nóżkach gdy miał 6 lat. Teraz, w trzy lata później, nie stanowiła już dla niego żadnej trudności tym bardziej, że zdecydował przejechać ją na rowerze, czym zmusił nas do szybkiego marszu.

18 kwietnia pogoda była wymarzona do wędrówek. Krokusy kwitły i zakwitały, do przekwitania daleko jeszcze więc miało to swoje oczywiste konsekwencje- szlak w dolinie Chochołowskiej przypominał zakopiańskie Krupówki. Mati wykazał się nie lada sprytem unikając zderzeń z grupami turystów za nic mających dobre obyczaje. Z resztą swój przydział na wypadki wykorzystał wpadając do potoku Chochołowskiego przy polanie Huciskiej. Odetchnęłam wtedy z ulgą: „No to mamy TO już za sobą”. ZAWSZE coś TAKIEGO się nam przytrafia a tym razem zdarzyło się nam zaraz na początku naszej wędrówki zatem „mamy TO już za sobą” -zaklinam rzeczywistość. Chyba. No bo może być jeszcze KUMULACJA… I była. Natychmiast gdy dotarliśmy do Wielkiej Chochołowskiej Polany i zobaczyliśmy fioletowe łąki kwitnących krokusów zepsuł się osobisty aparat Mateuszka. Nie pozostało nic jak pogrążyć się w otchłani rozpaczy, spaść na samo jej dno. I pewnie by tak było gdyby nie inne uczucie, które zdominowało żal. Najpierw było to zadziwienie w najczystszej postaci a potem bezradność i złość. Kiedy tak siedzieliśmy sobie z pochylonymi głowami zauważyliśmy tabliczkę z napisem „zakaz wstępu” a tuż obok „przejścia nie ma” i tuż za nimi sielankowe pikniki rodzinne. Mamusie i Tatusiowe pełzają rozpromienieni pomiędzy kępkami kwitnących krokusów depcząc z wdziękiem te jeszcze nie kwitnące. Obok nich dziatwa skacze i podryguje bądź w inny, równie ekspresyjny sposób manifestuje swój zachwyt i umiłowanie przyrody. Widząc pytające spojrzenie mojego syna zwracam raz po raz komuś uwagę jednak szybko poddaję się i rezygnuję słysząc nieuprzejme lub/i wulgarne odpowiedzi. O wiele skuteczniejszym staje się gdy zaczynam fotografować krokusy razem z nimi. Mati szybko zapomina o stracie i roztrząsa bardziej palącą kwestię a mianowicie dylemat moralny pt:.” Oni nie umieją czytać? Czy te tabliczki są aktualne? …” Rośnie we mnie napięcie i paradoksalnie pocieszam się, że nie jest wcale tak źle bo ostatecznie nie jest to przebieganie na czerwonym świetle na oczach dziecka… A może przesadzam? W Morskim Oku obok tabliczki „ZAKAZ KĄPIELI” moczą nogi klapkowicze karmiąc szczodrze kaczki odjętym sobie od ust chlebem, no tacy wrażliwi są i już. Na Rysach przykryte głazami leżą puszki po „Tatrze”- żeby wiatr ich nie zwiał – szczyt przezorności!

Tak czy siak mam zepsuty humor. Marek odstępuje Matiemu swój aparat i chcąc odwrócić jego uwagę od ekologicznej degrengolady cierpliwie tłumaczy mu jak zrobić zdjęcie makro. Makro. Słuszny wybór. Z tej perspektywy nie widać ludzkiej próżności, wszechobecnej, zaraźliwej nie mniej niż głupota. Widząc zachwyt w oczach mojego dziecka zapominam na chwilę o dramatycznych obawach i porzucam rozważania w klimacie niedalekiej i dalekiej przyszłości pt.; „Czy wnukowi pokażę żywe krokusy czy już TYLKO ich zdjęcia”. Niemniej jednak gdy tuż przed schroniskiem zauważam PANA PROFESJONALISTĘ, który ze sprzętu za kilkanaście tysięcy dumnie postawionego na statywie niemal na samym środku polany fotografuje ten cud natury mam ochotę zasłonić dziecku oczy. Przyjechaliśmy tu aby Mati doświadczył potęgi natury, chcemy wpoić mu szacunek dla przyrody, uwrażliwić go na jej piękna tymczasem zderzamy się z prawie filozoficznym konfliktem sacrum i profanum, dobra i zła ludzkiej natury. „No …bo …bo dorośli nie zawsze są okey…”- podsumowuje to mój najmłodszy syn. „Ale przecież gdyby tylko stał tu strażnik Parku”- myślę sobie. Smutno mi ale na szczęście znakomita większość ludzi zachowuje się godnie… ale na szczęście nastaje popołudnie i polana pustoszeje.

Nocujemy w schronisku bo w planach mamy wejście na Grzesia. Podczas kolacji Mati wraca do tematu deptania krokusów na polanie i sytuacji : „tak być powinno a tak jest i co z tego wynika”. Rozmawiamy już o tym spokojnie i wieczór upływa nam w atmosferze beztroskiej zabawy. Marek z Matim grają w „pykacza” a ja zaśmiewam się do łez obserwując ich potyczki. Mateuszek zasypia w drodze powietrznej miedzy skokiem do łóżka a wylądowaniem na materacu zanim jego głowa spocznie na poduszce a ja w kilka sekund po nim. I prawie natychmiast się budzimy. Tylko dlaczego nie ma w pokoju Marka? Tylko dlaczego świeci słońce?

Jest rano a Marek wyszedł fotografować krokusy w kryształowych naszyjnikach. Wieczorna rosa zamieniła się w delikatne koronki lodu. Po śniadaniu szybko pakujemy się i wyruszamy na szlak. Zmierzamy na Grzesia . Jest słonecznie i bezwietrznie więc spotykamy na trasie wielu roześmianych ludzi. Mati ma bardzo śliskie buty więc dodatkową atrakcją staje się dla niego zabawa w utrzymanie równowagi na pochyłej drodze. Wędrówka przez las jest nieco nużąca zatem wojna na śnieżki jest nie do uniknięcia. Tym razem wypowiedział ją Mateuszek. Nabrał już wprawy zarówno w lepieniu śnieżek jak i naprowadzaniu ich na ruchomy cel. Nic dziwnego, że gdy stajemy na szczycie rękawiczki Mateuszka są przemoczone do suchej nitki. Nie jest to problem bo mamy zapasowy komplet. Problemem jest to, że nie mamy zapasowych butów. Po wczorajszej kąpieli w potoku i późniejszym suszeniu straciły znacznie impregnację więc mokry i lepki śnieg z łatwością przeniknął do środka. Szukamy więc wygodnego i zacisznego miejsca aby pomóc Matiemu w przebraniu skarpet. Jego stopy są w kolorze soczystej pomarańczy. Wyglądają jakby ktoś nieporadnie pomalował je henną. Dwie pary skarpet załatwiają problem i po chwili Mati zapomina o zimnych nogach. Teraz możemy już spokojnie podziwiać górski pejzaż w zimowo-wiosennej szacie. Tu, w otoczeniu śnieżnych szczytów, kwitnące w dolinie krokusy wydają się złudzeniem. Zaczyna wiać silny wiatr i dalszy pobyt na szczycie sprawia nam coraz mniej przyjemności zatem po zjedzeniu soczystych zielonych jabłuszek szykujemy się do odwrotu.

Oczywiście droga powrotna jest pasmem poślizgów i ślizgów, panowie przeganiają się kto więcej razy upadnie a po pewnym czasie postanawiają nawet nie wstawać tylko zjeżdżać po wydeptanej ścieżce w dół na…pupach. Ledwo nadążam za nimi bo moje buty wcale się nie ślizgają. Marek z Matuszkiem wykorzystują ten fakt i przyczaiwszy się za zakrętem atakują mnie śnieżnymi kulami. Teraz wszyscy mamy już przemoczone rękawiczki co jednak wcale nas nie martwi, bo za kilka minut w ogóle już nie będą nam potrzebne. W dolinie wiosna. Słońce popołudniowe rozchyliło płatki krokusów i poły naszych zimowych kurtek. Pozbywamy się również czapek i z przyjemnością lokujemy na skraju leśnej polanki na wprost mając majestatyczny Kominiarski Wierch a za plecami słońce. To już nasze drugie popołudnie z krokusami a nadal nie zaspokoiliśmy swoich fotograficznych zapędów. Aparaty wędrują z rąk do rąk. Są tylko dwa a nas jest troje i każdy ma inny punkt widzenia.

Obiad smakuje nam wybornie. Nikt nie grymasi. Panowie rozochoceni walką na śnieżki odczuwają widać silny niedosyt walki bo widząc znajdujące się na poboczu drogi patyki natychmiast rzucają się w ich stronę i w tej samej chwili podejmują pojedynek na szpady. Walka jest bardzo widowiskowa a zaangażowanie obydwu Rycerzy tak wielkie , że wymaga mojej interwencji. Z trudem udaje mi się doprowadzić do rozejmu i po chwili znów podążamy w dół. Jesteśmy jednymi z ostatnich odwiedzających tego dnia polanę.

Mati ma wielką słabość do znajdywanych w górach patyków i zgromadził ich całkiem imponującą kolekcję zatem wcale nas nie dziwi, że szpada ją zasili. Szpada szybko zamienia się w zbójnicką ciupagę chwilowo służącą za laskę włóczykija. Niestety, kiedy zatrzymujemy się w połowie drogi na krótki odpoczynek Mati zapomina o kiju i zostawia go opartego o ławkę. Po kilkunastu minutach marszu zauważa jednak brak kijka i natychmiast posępnieje. Jest już późna pora i robi się coraz chłodniej jednak widząc smutną buzię Mateusza, Marek decyduje się zawrócić. My mamy iść przed siebie aby nie zmarznąć ale Mateuszek stanowczo protestuje. Zatem czekamy cierpliwie na powrót Marka. Ale on wcale szybko nie wraca, co nas troszkę smuci. Wkrótce okazuje się, że ktoś zabrał kijka Matiego i Marek nie chcąc wrócić z niczym szukał po drodze innego kija. I znalazł. Jest piękny, prosty i Marek zdążył już częściowo go ostrugać, przez co zyskał na szlachetności. Mati widząc ładnie ociosaną ciupagę szybko godzi się ze stratą i cieszy nowym nabytkiem. Droga powrotna do domu mija nam szybko. Umilamy ją sobie różnymi zagadkami. Zatrzymujemy się jeszcze w Zawoi na kolację bo wszystkim nam burczy w brzuchu. Zagadki Marka są dla nas trudne choć zawsze wybiera proste przedmioty, codziennego użytku. Trudne, bo udzielając odpowiedzi na pytania zawsze tak je skomplikuje, że oboje jesteśmy zdezorientowani. Nie udaje się nam odgadnąć ani smyczy ani ramy do obrazu. Za to moje zagadki Mati odgaduje jakby mi czytał w myślach. Natychmiast po kolacji Mati słodko zasypia a ja zaraz po nim.

To była bardzo udana wycieczka. Krokusy w moim ogrodzie już dawno przekwitły. Przekwitły też tulipany, hiacynty, szafirki, cebulice syberyjskie, puszkinie, narcyze a po przebiśniegach zostały tylko bujne liście. Wkrótce zakwitną irysy, liatra, liliowce, róże…Ja już tego nie zobaczę. Zastanawiam się, czy moje ogrodowe mrówki również będą rozsiewać moje krokusy, tak jak to czynią chochołowskie. I czy mój ogród, ogród moich marzeń poradzi sobie beze mnie? Uśmiechnięta i szczęśliwa buzia mojego dziecka warta jest wszystkich ogrodów świata.

Dorota 2010-04-18


Podziel się z innymi swoją opinią...