W 1983 roku Park Narodowy Pirinu został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W Pirynie bierze początek wiele rzek, które choć są krótkie to jednak o wartkim nurcie gdyż duże nachylenie terenu i liczne uskoki nadają wodom prędkości. Dla nas najbardziej malowniczym elementem pirińskiego krajobrazu były liczne jeziorka, zwane przez Bułgarów oczami gór. Odbijające się w ich toni marmurowe granie szczytów wywierały na nas niesamowite wrażenie. Ponadto roślinność występująca w pobliżu wodnych zbiorników przyciągała liczne ptactwo. Wielokrotnie mieliśmy okazję obserwować rudziki, sikorki i świergotki. Zaś przy brzegach jeziorek zachwycały nas rozległe połacie rajgrasu wyniosłego znanego także jako owsik. Jego sinawozielone liście znakomicie komponowały się z bielą marmurowych szczytów. Spośród 16 jezior Banderiszki zobaczyliśmy zaledwie cztery.
Wczorajszy trekking na Konczeto trochę nas "wykończył", więc dziś postanowiliśmy pospacerować wokół kilkunastu Banderiszkich Jezior, zwłaszcza że już od samego rana zanosiło się na burzę. Poranek przywitał nas deszczem, więc długo zwlekaliśmy z wyjściem na szlak. Podczas śniadania poznaliśmy pięcioosobową grupę Polaków, którzy właśnie wybierali się na Vihren. Około dziesiątej wyruszyliśmy szlakiem w stronę Okoto Ezero. Podczas gdy Marek z zapałem fotografuje rudziki i sikorki, ja oddaję się kamiennemu lenistwu.
Najweselsze było Ribnoto jezioro, w którym kąpały się różnobarwne stada krów. Na wysokości powyżej 2000 metrów widok był to doprawdy niezwykły. A całości pilnował zaledwie jeden pasterz, który ponadto niezbyt angażował się w swoje zajęcia i większość zadań zlecał dwu rosłym psom. Te znakomicie radziły sobie z niesfornym towarzystwem, więc pasterz mógł do woli oddawać się lenistwu.
Krowy fascynowały prawie każdego wędrowca bez względu na płeć i narodowość do tego stopnia, że wszyscy fotografowali je z wielkim zaangażowaniem. One zaś wyczuwając to zainteresowanie również przyglądały się nam uważnie acz z niejaką nonszalancją i lekceważeniem.
Obserwowałam je kilka minut usiłując dojść na czym polega różnica między nimi a naszymi krowami. Nie umiem jej nazwać słowami ale mam wrażenie, że one są o prostu... szczęśliwe.
Ciekawe jak smakuje ich mleko?
Ta okolica do złudzenia przypominała mi Tatry, a w szczególności Dolinę Pięciu Stawów Polskich. Jedyną różnicą były wszędobylskie krowy :-)
Naszą uwagę wciąż przyciąga marmurowy Vihren.
Wędrującym z naprzeciwka turystom towarzyszył pies, który szczególnie upodobał sobie Marka i nic mu nie przeszkadzało, że Marek jest kociarzem :-)
Żabieszkoto jezioro znajduje się na wysokości 2322m n.p.m. Po krótkim odpoczynku nad brzegiem jeziora ruszamy dalej. Niestety pogoda niespodziewanie zmienia się. Nadciągają stalowe chmury i słyszymy ich pierwsze pomrukiwania. Po chwili grzmi już całkiem konkretnie. Postanawiamy dojść jeszcze do jeziora  Dalgoto i tam dopiero podjąć ostateczną decyzję o... ewentualnym powrocie.
W lustrze Żabieszkoto Ezero przegląda się Graniten (alt.2669m).
Większość tutejszych jezior porasta dziwna roślina, której bardzo długie i twarde liście pływają po powierzchni wody. Do dziś nie udało się nam jej oznaczyć.
Dalgoto Ezero położone na wysokości 2310 m n.p.m. zachwyca nas przejrzystą tonią. Złowrogie niebo mocno kontrastuje z łagodną zielenią traw, a w oddali majaczy biały szczyt Vihrena. Nadciąga burza. Koniec naszej wędrówki - czas na odwrót. Żal nam ale... rozsądek zwycięża. Fotografuję jezioro w pośpiechu ze wszystkich stron i ponaglana przez Marka dołączam do wracających z gór ludzi. Teraz wszyscy zmierzamy już w jednym kierunku.
Nad nimi wysoko w górze unoszą się zaś puchate białe obłoki. Przysiadam na chwilkę na jednym z głazów i wtedy zauważam, że niektórzy ludzie jakby nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji idą jednak w góry.
Dopiero nad Dalgoto Ezero w pełnym majestacie ukazał się nam Vihren.
Szczyt Vihrena połyskuje jeszcze w słońcu, ale resztę świata zacieniają już złowrogie chmury.
Momentami słońce świeci tak mocno, że łatwo zapominam o zbliżającej się burzy. Powietrze staje się coraz cięższe, zastygło w bezruchu, nawet najlżejszy powiew wiatru nie kołysze delikatnych źdźbeł traw.W oddali słychać jednak kolejne gromy.
Kiedy ponownie stajemy nad jeziorem Ribnoto ustają groźne grzmoty i nawet świeci słońce. Za naszymi plecami rozgrywa się jednak groźny spektakl. Stalowe chmury nabierają teraz grafitowej barwy. Stado krów opuściło już brzegi jeziora i wraz z pasterzem powoli szuka schronienia w kępach kosówki.
Potok Banderica jest miejscami rwący a miejscami dość szeroki i leniwy. Podoba się nam tu i spowalniamy marsz, schronisko jest tuż tuż.
Na północy widać jeszcze skrawki lazurowego nieba. Tymczasem po południowej części nieboskłonu suną już w naszym kierunku ciężkie, stalowo-szare chmury.
Choć zdrowy rozsądek nakazuje nam szybki powrót do schroniska to jednak zatrzymujemy się teraz częściej niż do południa. Powodem są liczne ptaki. Na pewno też przeczuwają nadciagającą nawałnicę bo szukają dla siebie schronienia pośród gęstych gałązek kosodrzewiny.
Ostatnie promienie słońca rozświetlają przybrzeżne łąki. Wkrótce świat ogarnie mrok a z nieba lunie ściana deszczu.
Szlaki szybko pustoszeją, nadciagająca burza mobilizuje wszystkich do szybkiego powrotu.
Kiedy jesteśmy już na miejscu nawet cieszę się z szybszego niż początkowo planowaliśmy powrotu. Ja staję w kolejce pod prysznic (gorący) a Marek organizuje potrzebne klamoty. Jakaż to rozkosz dla ciała i duszy móc do woli pluskać się w gorącej wodzie. Pamiętam... pamiętam ten stan... Teraz nie ma na to czasu bo za nami już utworzyła się kolejka. Zatem szybko myjemy się i kiedy po kilku minutach opuszczamy banię ze zdziwieniem wychodzimy wprost pod deszcz, który lunął z gwałtowną siłą. Biegiem zmierzamy do schroniska.
Ja natychmiast sadowię się na łóżku, które z rozmysłem wybrałam pod oknem.  Teraz mogę bez ograniczeń podziwiać szaloną burzę. Zmrok całkowicie zawładnął ziemię i niebo, wszystko tonie w strugach deszczu spowite burą chmurą. Grzmoty i błyskawice przybierają na sile ale choć bardzo się staram nie udaje mi się ani razu sfotografować żadnej z nich. W naszym pokoju będą nocować poznani przez nas rano Polacy.
Piątka pasjonatów zakochanych w Bułgarii (i nie tylko) szybko zdobywa nasze zaufanie i sympatię. Wkrótce zapominamy o dramatycznej burzy - tak pochłania nas rozmowa. Mimochodem zerkam w okno i zauważam wracających z gór ludzi. Są oczywiście przemoczeni do suchej nitki i zziębnięci. Jak się później okazało pierwszej pomocy udzieliła im Ewa. Użyczając suchych ręczników tchnęła w nich życie i jak mniemam przywróciła wiarę w opatrzność i ludzkie miłosierdzie :-)
9 sierpnia 2012
poprzedniego dnia na Vihrenie

Podziel się z innymi swoją opinią...