Z marmurem pod stopami


Vihren


Vihren, taki inny niż wszystko co do tej pory widziałam i czego doświadczyłam. Znałam go tylko ze zdjęć i opowiadań Marka.
Onieśmielał mnie marmurową granią. A Kutelo? A Grań Konczeto?
No fajnie, fajnie byłoby tam być…
No i byliśmy :-)
Ósmego sierpnia 2012 roku


O 7:15 żegnani przez ogromnego rudego kota, współwłaściciela schroniska Vihren, wyruszamy na szlak. Wybieramy na podejście dłuższy szlak przez Kazanite. Jest słonecznie i rześko, wraz z nami na szlak wyrusza kilkadziesiąt innych osób ale prawie wszyscy wybierają bezpośrednie dojście na Vihren więc wkrótce międzynarodowe tłumy znikają i wraca górska cisza.


Początkowo szlak wiedzie łagodnym trawersem i dopiero gdy skręca pod kątem prostym, idąc granią jednego z upłazów Vihrena, zaczynamy szybko nabierać wysokości. Po drodze Marek nawiązuje rozmowę ze starszym Bułgarem, któremu towarzyszy trójka dzieci: najmłodsze ma 4 latka. Ja jestem wówczas dużo przed nimi więc nie biorę udziału w rozmowie, szczegółów (mrożących krew w żyłach) dowiaduję się później od Marka. Otóż dziadek wybrał się z wnukami na Vihren ale zamierza zdobyć szczyt inną drogą, poza szlakiem. Mam nadzieję, że wie co robi i że rodzice tych dzieci też wiedzą. Pytam Marka czy to w porządku, że nie próbował go odwieść od tego zamiaru ale właściwie to my tu obcy jesteśmy. Nie znamy ani tych gór ani bułgarskich realiów. Może tamta ścieżka jest bezpieczniejsza, może nawet legalna… - próbuję się pocieszać ale na długo owa czwórka zaprząta moje myśli.


Zniknęli nam z oczu w okolicach Kazany. Schron usytuowany na niewielkim pagórku wydaje się być jakimś barakiem. Jednak w tym miejscu może być bezpiecznym schronieniem w przypadku gwałtownego załamania się pogody. I pewnie był bo następnego dnia burza przyszła nie wiadomo skąd, niebo rzucało gęstym gradem wielkości zielonego groszku na przemian z sążnistym deszczem, piorunami i błyskawicami!!! My wtedy obserwowaliśmy to skądinąd fascynujące zjawisko pogodowe w bezpiecznym zaciszu schroniska.
Tymczasem patrząc na schron dociera do nas, że w okolicy nie ma żadnego strumyka i zapasy naszej wody dramatycznie się kurczą i na pewno nie wystarczy jej nam na cały dzień. Dziwne to, bo na dnie tego kociołka znajduje się łąka na której właśnie kwitną dzwonki karpackie, maki alpejskie, omiegi, goździki lodowcowe, skalnica naradkowata, niezapominajka alpejska, pięciornik alpejski i zawciąg pospolity. Jest jeszcze mnóstwo innych roślin ale ich nazw nie znam a wiele widzę w ogóle po raz pierwszy.


Podczas gdy ja fotografuję coraz to ładniejsze górskie kwiaty Marek metodycznie i wytrwale poszukuje wody. W końcu oznajmia mi, że idzie pod oddalony o jakieś 300 metrów płat śniegu. Ma nadzieję, że w jego okolicy znajdzie się jakiś strumyk. Próbuję go powstrzymać tłumacząc, że śnieg raczej paruje niż skrapla się, ale Marek nie traci nadziei, zostawia mi pełne pojemniki z wodą a sam zabiera puste i rusza przed siebie.


Księżycowe krajobrazy Казаните циркус:


Operacja „woda” trwała 40 minut: od 10:26 do 11:06. Całość dokumentuję serią zdjęć: Marek na piargu, Marek pod piargiem, Marek pod łachą śniegu… Marek na śniegu…Marek na szlaku :-)
Mój Mężczyzna dumny ze zdobyczy pokazuje mi butelki pełne śniegu. Usiłuję się uśmiechać chcąc docenić jego wysiłek, ale w duchu obiecuję sobie nie zrobić ani łyka tego potencjalnego źródła wszelkich zarazków. Marek pakuje butelki na zewnątrz plecaków wystawiając je na silne promienie słońca aby śnieg stopniał, dolewa do pełna coca-colą i …pije.


Teraz nasz marsz nabiera tempa. Żar rozpala zaciszną dolinkę i pomimo jej niezwykłej urody, chcemy ją jak najszybciej opuścić. Na przełęczy pod Vihrenem stajemy punktualnie o 12 w południe nareszcie czując wiatr na karku.


Tu decydujemy się na pierwszy tego dnia dłuższy odpoczynek z przeznaczeniem na posiłek. Sardynki w sosie pomidorowym oraz śledzie w oleju w tych okolicznościach nabierają smaku iście królewskiego dania. Popijając wodą zjadamy resztki rumuńskiego chleba ziemniaczanego kupionego w Branie. Widoki z przełęczy wywierają na mnie niezwykłe wrażenie i cieszę się, że teraz pójdziemy już granią mając cały przed oczami marmurowe stoki piryńskich gór.


Na błękitnym dotąd niebie pojawiaja się pierwsze cumulusy i robi się nieco chłodniej, więc zakładam cienki sweterek. Różowy :-)
Podobno, zdaniem Marka, odzież bardzo nieadekwatna.
No i co z tego? Przewiewny był i taki akurat :-)
Kiedy z mozołem zdobywamy kolejne metry Grani Konczeto robi się coraz cieplej aż znów wraca żar. Pomiędzy marmurowymi skałami rośnie mnóstwo kwiatów. Mnie szczególnie podoba się mak alpejski, jaskrawo żółty, delikatny.


Tuż przed granią odkrywamy, że stalowe liny, które miały być na żelaznych słupkach zniknęły i nadal musimy trawersować zbocze bez sztucznych ułatwień. Podczas słonecznej pogody, przy suchej skale są one zbędne ale nie chciałabym tu być podczas deszczu lub burzy.
Na Grań Konczeto wchodzę ze świadomością, że oto właśnie spełnia się jedno z moich skrytych marzeń. Stroma, marmurowa grań lśni w słońcu oślepiającą bielą.


Zachodnia część grani Konczeto.


Vihren swoim regularnym trójkątnym kształtem, niczym piramida, wygląda niedostępnie. Niesamowite jest to, że na tym wydawałoby się nieprzyjaznym podłożu kwitną maki alpejskie. Zauroczeni magią tego miejsca fotografujemy się na tle bułgarskiej flagi i żałujemy, że naszej polskiej nie zabraliśmy ze sobą.


Widoki na każdą ze stron świata rzucają na kolana. I ludzi coraz mniej, większość schodzi już do dolin. Spotykamy tu Czechów: trzech młodych chłopaków i jedną dziewczynę. Okazuje się, że nocują w namiocie nieopodal naszego schroniska. Rozmawiamy krótką chwilkę wymieniając się najpiękniejszymi wspomnieniami z górskich wędrówek. Pytam jednego z nich, co jego zdaniem jest w Czechach najpiękniejsze? Po krótkim zastanowieniu chłopak odpowiada : Praga! Zgodni w ocenie żegnamy się i ruszamy przed siebie, my w górę a oni w dół.


180° panorama z Grani Konczeto z widokiem na Църна Могила Кутело


180° panorama z Grani Konczeto z widokiem na Dolinę Църната Вода.


Na wierzchołku Бански Суходол - widok na grań Котешки Рид


Idziemy do schronu Konczeto. Marek chce jeszcze dojść na Bajuwi Dupki więc proponuję mu aby nie czekał na mnie, spotkamy się przy schronie, tam na niego zaczekam. Do schronu dochodzę kwadrans później.


Po lewej księżycowy krajobraz Странето. Po prawej szlak z Бански Суходол na Баюви Дупки.


Przy schronie Konczeto. Widok na Вихрен i Влахините (Влахинските) езера.


Marek zdążył już dokładnie obejrzeć i sfotografować schron. Jest zachwycony jego konstrukcją i żałuje, że nie zostaniemy tu na noc. Nie tym razem. Nie mamy wystarczająco dużo wody.
Przy schronie krótka narada co dalej? Jest już piętnasta. Trochę późno. Marek rezygnuje ku mojej uciesze z Bajuwi Dupki ale natychmiast zgłasza akces wejścia na Kutelo. No dobra, zgadzam się ale ja tam nie idę. Ja idę wolniej.


Заслон Кончето. Tu każde z nas chce mieć pamiątkowe zdjęcie.


Od lewej: Каменитица , Баюви Дупки връх, Баюви Дупки циркус.


Pozwalam Markowi na wejście na Kutelo zatem znów zostaję w tyle. I wtedy dzieje się coś dziwnego i dla mnie zaskakującego. Jestem zdezorientowana, kręci mi się w głowie, mam kłopot z oceną odległości a na dodatek w okamgnieniu puchną mi palce u obu rąk. Idę bardzo powoli i ostrożnie bezskutecznie nawołując Marka. Nie widzę go ani nie słyszę. W ogóle nikogo nie widzę ani nie słyszę, bo poza nami nikogo tu już nie ma. Powoli dociera do mojej świadomości, że dopadła mnie choroba wysokościowa.


No to fajnie. Siadam na stromym stoku i czekam. Aż mi przejdzie albo na koniec świata. Marka nadal nie ma na horyzoncie i zaczynam się o niego martwić bardziej niż o siebie. Strach mobilizuje mnie do działania. Idę dalej ale tym razem do góry. Kiedy ponownie staję na Grani Konczeto nie widzę nigdzie Marka. Na Kutelo też go nie ma. Jestem bliska paniki.


I wtedy spomiędzy stromych skał wyłania się roześmiana buzia Marka. Mój Mężczyzna zupełnie nie jest świadomy tego, co dzieje się ze mną. Jego uwagę zaabsorbowała szarotka, która wyrosła nad urwistą przepaścią.


Jestem teraz wściekła. Marek nie rozumie dlaczego. Opowiadam co mi się przytrafiło ale najwyraźniej Marek nie podziela mojej opinii, że właśnie o mało co nie zginęłam/umarłam samotnie na grani 2780 m n.p.m. Oddaję mu aparat aby mógł sfotografować szarotkę i wtedy uświadamiam sobie, że gdyby nie ona to pewnie byłby już na Kutelo. No to ma pecha. Z palcami jak parówki stawiam twardo alternatywę: albo Kutelo, albo Vihren i nie ma zmiłuj się. Marek widząc wreszcie jak wyglądają moje ręce proponuje abyśmy najpierw zeszli do przełęczy a potem zdecydujemy co dalej. No to idziemy.


Na przełęczy zjadamy kolację i realnie oceniamy sytuację. Od Vihrenu dzieli nas zaledwie 200 metrów przewyższenia. Na wysokości 2714m n.p.m. moje palce znów są smukłe i kościste :-)
Decyzję Marek zostawia mnie, no to decyduję: Idziemy na Vihren.
Jest 17:55 czasu polskiego.


Wejście na szczyt zajmuje nam 50 minut. Spodziewałam się większych trudności a tymczasem okazało się łatwiejsze od niejednego tatrzańskiego szlaku. Jest wręcz fenomenalne oświetlenie i, co niebywałe, jesteśmy absolutnie sami nie tylko na szczycie, ale także w całej okolicy. Na wysokości 2914 m n.p.m czuję się znakomicie, wręcz rozpiera mnie energia.


Mamy ochotę zostać tu na dłużej ale wkrótce zajdzie słońce. Postanawiam zatem zejść na polankę pod Vihrenem i tam zaczekać na Marka, który chce wykorzystać tę rzadką okazję do fotografowania pustych czyt. bezludnych gór.


Na wierzchołku Vihrena (2914 m n.p.m.) w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.


Vihren uznawany był przez Słowian za siedzibę Peruna, boga władającego wiatrami i burzami.


300° panorama z wierzchołka Vihrena. Jest godzina 19.00 (20.00 czasu miejscowego).


Zejście jest strome a ja ponadto asekurując się kijkami schodzę bardzo szybko tracąc wysokość. I znów puchną mi dłonie. Teraz to ja już mądrzejsza jestem i rozumiejąc reakcję mojego ciała spokojnie siadam na stoku. Czekam na Marka. Promienie zachodzącego słońca rozświetlają szczyty Pirynu i jest jak w bajce: za siedmioma górami, za siedmioma szczytami, za siedmioma dolinami… jest nasze schronisko. Sycąc duszę i oczy tym górskim rajem zauważam w dole stada pasących się kozic. Pokazuję je Markowi i proszę aby je sfotografował.


Kozice (диви кози) na przełęczy Вихренски Преслап.


Udaje się to w ostatniej chwili bo słońce zachodzi nie tyle za góry ile za nisko zawieszone nad horyzontem chmury. No to schodzimy.


Po ciemku schodzimy. Księżyc wzejdzie dopiero po północy więc nie ma co na niego czekać. Zakładamy czołówki i idziemy. Jestem pełna obaw. Bo w Internecie naczytałam się, że w Pirynie szlaki są bardzo źle oznakowane! Co za bzdura! Jak po nitce trafiamy do schroniska. O 21:10 (a właściwie 22:10) stajemy przed schroniskiem przed zdumionymi chatarami, którzy widząc błądzące na zboczu światełka oczekiwali na spóźnionych wędrowców.
Kogo się spodziewali? Nie wiem, ale raczej nie nas :-(
Bo dorośli ludzie to się tak nie zachowują.

Cztery lata wcześniej na Vihrenie


Podziel się z innymi swoją opinią...

  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter