Relacje z trekkingów

perforacja
perforacja
Jesienny Zielony Staw

Zielony Staw w otoczeniu bogatej palety jesiennych barw zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Był słodkim pocieszeniem po porannym rozczarowaniu, jakie spotkało nas po dojechaniu do Smokowca. Zamiast gęstej jak śmietana mgły rozwiały się nasze i tak mocno już okrojone plany. Sławkowski musi jeszcze poczekać. Zakręciliśmy pętlę w Smokowcu z trudem odnajdując drogę we mgle i udaliśmy się w kierunku Doliny Kieżmarskiej. Nawet nam nie przemknęło przez myśl aby zrezygnować z wyjścia w góry.

Kiedy po kilku minutach zatrzymaliśmy się na parkingu z nieba sączył się drobny deszcz nazywany przez wielu „kapuśniaczkiem”. Pada? Niech pada. Mogło być gorzej! Jak dobrze, że nie ma mgły! Zadowoleni zakładamy nieprzemakalne kurtki, zarzucamy lekkie plecaki i bez ociągania wyruszamy na szlak. Skąpana w deszczu tatrzańska przyroda mieni się złotem i miedzią. Na szlaku pusto, cicho, słychać w oddali subtelny dźwięk szemrzącego potoku. Po przejściu kilkuset metrów potok biegnie tuż obok szlaku i towarzyszy nam już aż po samo schronisko. Spieniony nurt raz po raz przyciąga moją uwagę i coraz trudniej mi oprzeć się jego urokowi. Zachęcona wydeptaną ścieżką wreszcie decyduję się podejść nieco bliżej. Leszek z dystansem patrzy na moje poczynania. Kamienie są wprawdzie śliskie i groźba zsunięcia się w zimną toń jest całkiem realna ale pocieszam się, że w tym miejscu potok jest płytki. Nie zniechęcona narzekaniem Leszka fotografuję spiętrzoną wodę. Okalają go krzewinki i byliny o intensywnych barwach. Nawet paproć wdzięczy się żółto-brunatnym pióropuszem . Drobne krzaczki czarnych jagód błyszczą karminową czerwienią a tuż obok ubrane w pajęcze naszyjniki czerwone jarzębiny i złote brzozy. Zieleń zachowały jedynie kępy kosodrzewiny i Zielony Staw.

Kiedy dochodzimy do schroniska jesteśmy przemoczeni do suchej nitki a mimo to odczuwam głębokie zadowolenie. Oprócz nas dwojga w schronisku jest całkiem spora grupa ludzi, wszyscy uśmiechnięci i pełni entuzjazmu, wszyscy przemoczeni. Nie odrywając wzroku od niemal kilometrowej, pionowej ściany Kieżmarskiego, zamawiamy gorącą herbatę i bułki na parze po słowacku nazywane buchtami. Po półgodzinnym relaksie Leszek nalega na powrót. Wkrótce zacznie się ściemniać a tymczasem przez wierzchołek Łomnicy coraz szybciej suną w naszą stronę puchate jak bita śmietana chmury. Wracamy.

Tym razem nie robię już zdjęć więc w oka mgnieniu znajdujemy się przy samochodzie. Jakże względne jest pojęcie czasu. Otrzymałam już kiedyś lekcję od życia więc pamiętam, że nigdy nie wolno czasu popędzać. Najważniejsze dzieje się teraz. Tu i teraz. Ale warto wracać też do wspomnień, zwłaszcza tych, które dają nam siłę i wiarę, uczą pokory i wdzięczności. Co było w tym deszczowym dniu, że jego wspomnienie wróciło do mnie i upomniało się o kilka słów? Feeria barw? Dźwięki srebrnych warkoczy źródlanej wody? Słodko-mdławy zapach butwiejących liści?

- Co za paskudny dzień!- narzeka młoda kobieta, którą mijam między samochodami na stacji benzynowej, gdzie zatrzymujemy się na szybką kawę.
Pamiętam, że uśmiechnęłam się do niej nie podzielając jej opinii. Paskudny dzień? To zależy. Od nastawienia … od punktu widzenia… Ode mnie też.





Dorota, 2009-10-11
perforacja
perforacja

Podziel się z innymi swoją opinią...