Lubię zimę. Nawet bardzo. Ale w tym roku to wystawiła moje nią zauroczenie na ciężką próbę. Chyba zaczęłam już nawet tęsknić za wiosną. Zbliża się koniec lutego a tu na palcach jednej ręki mogę policzyć słoneczne dni, które były w tym roku. Jest szaro i mdławo. Ani szadzi, ani puchatego śniegu skrzącego się radośnie w słońcu, ani bałwana, ani inwersji… Strach wychodzić z domu bo na ulicach ludzie też jakoś szarawo poubierani, auta umorusane pośniegowym błotem to i koloru ich nie widać… Kolejny weekend bez słońca. Wyjmuję dyski przenośne i otwieram album z 2009 roku : „Beskid Mały zimą” a potem „Zima w Beskidzie Śląskim” i aż podskakuję z zaskoczenia. No bo jak to tak! Takie cuda zamknęłam w metalowym pudełku przed światem? Czytam zapiski… Lazurowe niebo, szadź… odlatuję we wspomnienia.
PODRÓŻE SENTYMENTALNE
wielka zima w Beskidzie Małym
„2 stycznia 2009 roku śnieg i mróz ściągnęły narciarzy, snowboardzistów i lotniarzy prawie z całej Polski. Zapchane są 3 parkingi u podnóża góry a rejestracje jednoznacznie pozwalają stwierdzić, że Żar jest atrakcyjny nie tylko dla mieszkańców Śląska i Małopolski. Widząc tłok na stoku zostawiamy narty w bagażniku i wyjeżdżamy na górę w niemiłosiernym ścisku ale pośród zadowolonych i uśmiechniętych ludzi w „szerokim spektrum wiekowym”. Rozgorączkowana ściskam w dłoniach aparat fotograficzny i z zachwytem chłonę pojawiające się, przecież tak dobrze znane mi widoki, a jednak niezmiennie urzekające i magiczne.
Po kilkuminutowej jeździe na szczyt wypadamy wraz z grupą rozentuzjazmowanych współtowarzyszy na zalany słońcem południowy stok. Narciarze zdają się nie dostrzegać tego cudu natury jakim są pokryte szadzią drzewa i krzewy, ich jedyną troską jest zdążyć na powrotny kurs kolejki, z której właśnie wysiedli. Snowboardziści są jakby bardziej świadomi otaczającego ich cudu. Czekając aż narciarze rozpoczną swój zjazd, bez pośpiechu zapinają deskę i rozglądają się po okolicy. Jednak gdy tylko na stoku robi się nieco luźniej puszczają się w szaloną jazdę w dół. Oni także chcą zdążyć na kolejkę , która niemal równo z nimi rozpoczęła zjazd do dolnej stacji. Tylko przez ułamek sekundy zazdroszczę im, bo wiem, że przyjadę tu na drugi dzień i jeszcze następnego dnia, w zwykły dzień tygodnia i nadrobię dzisiejszą „stratę”.
Bez zbędnego ociągania udajemy się w kierunku Kiczery, bo właśnie tam czekają na nas prawdziwe cuda. W ciągu zaledwie 3 godzin słońce i śnieg dają nam niezapomniany spektakl. Marzną mi dłonie od dziesięciostopniowego mrozu ale nadal nie potrafię obsługiwać aparatu w rękawiczkach. Zresztą dopóki naciskam spust migawki nie czuję przejmującego mrozu, uczucie zachwytu i fascynacji działa jak silne znieczulenie.
Idąc krótki odcinek asfaltową drogą ślizgamy się na butach i bawimy jak nasze dzieci. Ośnieżone i pokryte szadzią drzewa tworzą prawdziwie baśniowy klimat, zwłaszcza że niebo jest jak lazur, a puchate chmurki są niczym wisienka na torcie. Najcudniejsze są brzozy i modrzewie. Ich gęste i cieniutkie gałęzie ubrane w zimową szatę wyglądają jak koniakowskie koronki.
W połowie drogi wszyscy milką, bo szybko orientujemy się, że w spacerze towarzyszy nam stadko gili. Już prawie zapomniałam jak ten ptak wygląda, tak dawna nie spotkałam go na swojej drodze. Dzieci jednak szybko przechodzą nad tymi cudnościami do porządku dziennego i zastanawiają się, czy będzie tam okazja do pozjeżdżania na …dupolotach.
Okazja oczywiście szybko się pojawia ale ja już wiem, że jeśli oddam się razem z nimi tej zabawie stracę okazję do podziwiania zachodu słońca ze szczytu Kiczery. Z lekkim żalem opuszczam rozbawione towarzystwo i szybkim marszem udaję się na szczyt.
Zachód słońca podziwiam w ciszy i samotności. Poza mną na szczycie nie ma nikogo. Wracam po pół godzinie do zmęczonych ale szczęśliwych czekoladożerców. Zjazd na pupie to dość wyczerpujący sport. Po powrocie na Żar wypijamy gorącą czekoladę i obserwujemy narciarzy szusujących po oświetlonym stoku.
Zrelaksowana oddaję się podziwianiu z okien kawiarni nocnej panoramy Międzybrodzia i okolic Żywca. Jestem szczęśliwa, że mieszkam tak blisko tego magicznego miejsca, choć nie zawsze wiedziałam, że takie ono właśnie jest. W dostrzeżeniu tego faktu pomogły mi podróże po odległych zakątkach Europy. Dziwne to nasze patrzenie. Można patrzeć i nie widzieć, ale wystarczy tylko dłużej nie widzieć aby zobaczyć urodę miejsc naszych codziennych.
Godzinę później jesteśmy już w domu. Rozbieram się i szybko podchodzę do okna sprawdzić, czy widać jeszcze szczyt Żaru czy też całkiem przysłoniły go posadzone w ogrodzie drzewa. Zawsze był. Odkąd pamiętam- jest.”
Wyglądam za okno. Inne widzę pejzaże. Marek podsuwa mi gorący kubek herbaty. Pochylając się nad klawiaturą swojego komputera śle mi raz po raz polecenia. A to żebym sprawdziła czy zgadzają się deniwelacje, a to znów żebym zrobiła mapkę z trasy, innym razem zaś strofuje mnie, że zapomniałam napisać jak biegły szlaki… Zmieniamy wygląd naszej „strony”. To był mój pomysł… na przetrwanie zimy. „Wiesz co? Może zrobisz relację z Beskidu Małego?”- proponuje spoglądając mi przez ramię. „Jasne! Bo takich zim już nie ma jako drzewiej bywały w Beskidach”- odpowiadam z entuzjazmem. Bo ja naprawdę kocham zimę!!! A relacja jest gotowa, czekała aż sobie o niej przypomnę.

PS.
A na zakończenie kilka istotnych faktów o Żarze i okolicy:


Góra Żar-zaledwie 761 m.n.p.m. Dla zdobywców ośmiotysięczników to niepozorny pagórek, lecz nawet oni potrafią zakochać się w niej od pierwszego wejrzenia. Z jej szczytu roztacza się wspaniała panorama na Kotlinę Oświęcimską a także Beskid Mały, Śląski i Żywiecki. Wspaniale widać dolinę Soły i zbudowane na niej sztuczne jeziora : Międzybrodzkie, Żywieckie i Zbiornik Czaniecki.

Żar to od ponad siedemdziesięciu lat góra szybowników. Teraz także ulubione miejsce paralotniarzy i spadochroniarzy a zimą, od 2004 roku, kiedy wznowiono kolej linową na szczyt, także narciarzy i snowboardzistów.

U jej stóp od wczesnego lata aż do późnej jesieni pływają amatorzy sportów wodnych, głównie żeglarstwa ale też ogólnie dostępnych rowerków wodnych i kajaków. W lesie roi się od grzybiarzy i smakoszy runa leśnego.

Cały rok przyjeżdżają tu fascynaci zjawisk paranormalnych. Na jednym z zakrętów asfaltowej drogi wiodącej na sam szczyt, do zbiornika wodnego elektrowni szczytowo-pompowej, grawitacja nieoczekiwanie zaczyna kaprysić: butelki toczą się pod górę, ba! nawet samochody !!! I nie jest to złudzenie optyczne.

Kolejka terenowo-linowa umożliwia każdemu szybki i przyjemny transport na sam szczyt. Szczególnie leniwe osoby mogą biwakować na jednej z polanek i rozkoszować się rozległym widokiem napić się aromatycznej kawy lub piwa a nawet zjeść suty posiłek za całkiem przyzwoite pieniądze.

Ci, których miejsce szczególnie oczaruje mogą zostać na dłużej korzystając z noclegów w hotelu Szkoły Szybowcowej. Bardziej odważni i obdarzeni odrobiną szczęścia mają okazję za niewielkie pieniądze podziwiać okolicę z lotu ptaka. Przy bezchmurnej pogodzie z szybowca widać także Tatry, Pieniny i Gorce a przede wszystkim urokliwy Park Krajobrazowy Beskidu Małego z Rezerwatem Buków na Zasolnicy, wstęgę Soły, zapory wodne i Kotlinę Oświęcimską.

Z Żarem sąsiaduje Kiczera, niewiele wyższa bo zaledwie 831 m n.p.m. góra zapewnia fantastyczny widok na sztuczny zbiornik wodny znajdujący się na ściętym czubku Żaru, pozwala cieszyć oczy Babią Górą, Pilskiem a przede wszystkim malowniczymi zachodami słońca, które szczególnie zimą nabierają magicznego wymiaru.

O ile na Żarze zawsze kłębią się tłumy ludzi o tyle Kiczera zapewnia spokój, ciszę i samotne spacery bo niestety mało komu chce się opuszczać wygodny i szeroki taras widokowy Żaru i udać się choćby na krótki spacer po okolicy.


Zapraszam.

Podziel się z innymi swoją opinią...