Deszczowe   lato

Wysokie Skałki  (lub jak kto woli Wysoka)  w Pieninach
Wysokość: 1050 m n.p.m.
Przewyższenie: 553 m
Dystans: 10.446 km
Czas: 3h 40m

Wysokie Skałki położone w Małych Pieninach na granicy polsko-słowackiej, zwane także Wysoką, są najwyższym szczytem całych Pienin i Pienińskiego Pasa Skałkowego. Tym samym góra ta zaliczana jest do Korony Gór Polski. Cały obszar góry jest chroniony prawnie. Na jej zboczach rośnie bardzo rzadka w Europie pluskwica europejska. Szczyt zbudowany jest z czerwonych wapieni krynoidowych. Od wschodniej i południowo-wschodniej strony góry znajdują się strome urwiska skalne wysokie na 5-20 m, a na jego zachodniej grani występuje kilka skalistych garbów i skałek: Szurdakowa Skała i Fidrykowa Skała.  Cała góra porośnięta jest lasem tylko wierzchołek ma charakter kopuły skalnej. Roztaczają się stąd malownicze widoki na Tatry, Babią Górę, Pasmo Radziejowej, Magurę Spiską i Pieniny.

f

Ponieważ Wysoka znajduje się na liście Mateusza jako jeden ze szczytów do Korony Gór Polski, pakujemy plecaki  i wyruszamy na wędrówkę.

f

  Wychodzimy z Jaworek i przez wąwóz Homole wspinamy się na szczyt. Wąwóz, choć przepiękny, przemierzamy szybkim marszem. Panuje tu niesamowity tłok, czasem trudno się minąć na dróżce. Wąwóz jest niezwykle malowniczym miejscem nic zatem dziwnego, że w słoneczny dzień zawitało w nim tylu turystów w bardzo szerokim spektrum wiekowym. Mamy duże plecaki co u niektórych osób wzbudza zdziwienie, są i tacy którzy z lekką kpiną komentują nasz ekwipunek. Nie zwracamy uwagi na ich niemiłe zaczepki, idziemy przed siebie jak najszybciej byle opuścić to pełne gwaru miejsce.

  Wkrótce opuszczamy wąwóz i znajdujemy się pośród podobnych do nas plecakowiczów. Podejście zielonym a następnie niebieskim szlakiem jest miejscami bardzo strome ale piękne widoki rekompensują nam poniesiony trud. Mateusz po raz kolejny zaskakuje mnie swoją kondycją. Coraz trudniej jest mi dotrzymać mu kroku. Na szczycie Wysokiej wieje silny wiatr więc zakładamy polary i spędzamy tu ponad godzinę. Widoki zachwycają każdego kto się tu pojawia. Ja mam lekki niedosyt, bo Tatry schowane są w chmurach. W Tatrach pada a wiejący stamtąd wiatr wkrótce i do nas sprowadzi deszcz. Fotografuję z zapałem okolicę. Spust migawki w moim aparacie reaguje wyłącznie na mój palec. Michał przyjmuje wyzwanie i nie zniechęcając się podejmuje kolejne próby aż w końcu mu się udaje.

  Dzięki jego wytrwałości mam parę zdjęć na tle Pienin. Mati z cierpliwą pobłażliwością znosi moje fotografowanie. Korzystam z tego dobrodziejstwa i fotografuję go bez umiaru. Zmieniające się światło kreuje coraz dramatyczniejsze pejzaże. Na szczycie wciąż pojawiają się nowe osoby i solidarnie dzielimy się widokowym kącikiem. Wszyscy chcą fotografować się na tle Trzech Koron.

  Żal mi, że nie ma z nami Marka. Pocieszam się marzeniem o jesiennym wschodzie słońca na Wysokiej. Namówię go na listopadowy wypad w Pieniny - marzę sobie i marznę. Jest coraz chłodniej. W oddali widzimy smugi padającego deszczu. Jak nic deszcz wkrótce dojdzie do nas. Nie lubię schodzić tą samą drogą więc dzwonię do Marka aby sprawdził ile potrzebujemy czasu aby zejść przez Durbaszkę do Jaworek. Okazuje się, że dokładnie tyle samo co przez Wąwóz Homole. Za powrotem łagodniejszą trasą przemawiają także bardziej pragmatyczne względy. Szybko przemieszczające się po niebie chmury wkrótce ściągną na nas deszcz a wtedy schodzenie po stromym i błotnistym szlaku będzie zarówno niemiłe jak i niebezpieczne. Poza tym tylko ja zabrałam kijki trekingowe. Nikt z nas nie zabrał mapy. Mam mapę w głowie więc wiem dokąd pójść, moi towarzysze muszą mi zaufać. Wracamy niebieskim szlakiem i tuż przed Wysokim Wierchem skręcamy w prawo do schroniska pod Durbaszką. Dopiero tutaj zaczyna siąpić deszcz.

 Zatrzymujemy się na ciepły posiłek. Mati decyduje się na żurek z jajkiem i kiełbaską a ja na pierogi z mięsem, zaś Michał zadowala się zapiekanką. Bardzo nam się tu podoba. Spowity wstążkami mgieł Beskid Sądecki to pokazuje to zakrywa szczyty Prehyby i Radziejowej. Urzeka mnie klimat schroniska. Kiedy kończymy obiad zaczyna mocniej padać. Prawdziwa ulewa dopada nas na 5 minut przed końcem trasy. Do samochodu dochodzimy przemoczeni do suchej nitki.

PS

Tego roku deszczowe lato drwi ze wszystkich moich planów. Sam deszcz jeszcze zdzierżę, ale to napięcie przedburzowe i ta lepka spiekota są prawdziwą udręką. Pocieszenie znajduję w kuchni i z zacięciem godnym prawdziwej wiedźmy warzę. Najbardziej lubimy zupę pomidorową i ogórkową, co tydzień musi być i już. Rachunek jest prosty, mamy 52 tygodnie więc co najmniej tyle musi być słoików soku pomidorowego i kiszonych ogórków. Bezpiecznie robię dwa razy więcej. A co, kto urlopowiczowi zabroni?
Od jeżyn mam pokaleczone ręce po same pachy. Co wieczór Marek ćwiczy na mnie mikrochirurgię i wyjmuje mi z palców jeżynowe kolce. Tego roku jest szczególny urodzaj na jeżyny. Tuż za płotem naszego domu rosną nieprzebrane połacie jeżyn. No to mamy sok jeżynowy, konfitury jeżynowe a nawet zaczątki jeżynowego wina.

Cóż… z nieba na przemian leje się żar i deszcz. Marek ledwo co skosił trawnik i znów pada. Z rabat wyrywam już tylko co większe chwasty. Dobrze, że chociaż stawku nie trzeba będzie ani kosić ani plewić. Na żwirowej rabacie już pojawiło się nowe życie. To kurdybanek! Pozwalam mu zostać. Reszta trafia na kompost.

Między ajwajem a chutneyem sprawdzam prognozę pogody. Masakra! Ma padać cały tydzień, dzień w dzień, z przerwami na dopołudniowe upały i ukrop. Pozostają na szczęście poranki. Z rosą i delikatnym chłodem, pachnące georginiami i aksamitkami, ze śpiewem wilg, które upodobały sobie zagajnik przy naszym domu. Wieczory wilgotne od deszczu nie zachęcają do spacerów po ogrodzie, choć tak cudnie koncertują świerszcze. Do naszego stawku jeszcze nie wprowadziły się żaby. Trzeba będzie je... introdukować. Za to zaczyna dojrzewać dziki bez. Skończyło się miejsce w naszej przepastnej spiżarce. Wszystko przez ten deszcz… Marek w któreś deszczowe popołudnie dorobi półek w spiżarce. Będą potrzebne na gruszki i śliwki, dynię i buraczki. Uszyję płócienne woreczki na suszone owoce i grzyby…

No i takie są te nasze urlopowe plany. W Tatrach burze, nawałnice i chmur oberwanie. W Tatrach dżdży i pada, siąpi i mży. W taką pogodę co najwyżej sami możemy się po włóczyć ale nie z dziećmi. Oni tak Tatr jeszcze nie kochają. Marek niedawno odkrył płytę Inger Marie Gundersen „My Heart Would Have A Reason” i dzięki niej jakoś udaje nam się przetrwać urlop bez Tatr.
La Ratatouille, crumble?… Szukam inspiracji i znajduję. Kruche ciasto ze śliwkami jest kwintesencją lata. Tego deszczowego też. Życie jest piękne. Nawet jak na urlopie pada deszcz.
Marek podłączył do rynny rury, którymi z południowej połaci dachu spływa woda do naszego ogrodowego stawku. Co chwilkę biegam do ogrodu i sprawdzam poziom wody. Radują mnie odgłosy dochodzące z dachowych okien. Miarowe stuk- stuk o różnym natężeniu relaksuje mnie i odpręża. Zapełniła się kolejna niecka naszego stawku. Woda ma kolor szmaragdowy i przypomina mi Zielony Staw Kieżmarski. A nasz stawek jest Dachowiański. Nie mogę się skupić na pracy, tak cieszę się z deszczu, że co chwilkę zerkam przez kuchenne okno na stawek.

Napiekłam już ponad setkę naleśników (to zapasy na wrzesień ;-) ) i teraz robię z nich krokiety, które po upieczeniu zamrożę. Krokiety z mięsem, krokiety z kapustą i grzybami a nawet z nadzieniem „ruskim”. Tego roku w naszym lesie pełno grzybów. Starcza dla wszystkich, każdy kto wejdzie w las wraca z pełnym koszykiem. Dzisiaj Marek przytaszczył koszyk lejkowców dętych. Nieufnie patrzę na stos czarnych grzybów, które wcale nie wyglądają mi na jadalne. Podobne są do nich tylko pieprzniki szare, które też są jadalne. To może i tym razem się nie potrujemy.

Mateusz także polubił grzybobranie. Wczoraj znalazł kolejnego borowika szatana, bezbłędnie rozróżnia go od innych borowików, których mnóstwo rośnie w naszym lesie podobnie jak niejadalnych goryczaków żółciowych. Rosną też kurki, gąski i koźlaki. Śnią mi się po nocach piestrzenice kasztanowate i krowiaki podwinięte. Śnią mi się Tatry i Pieniny…

A dzisiaj to na pewno będą mi się śnić krokiety: 56 ruskich dla męża, 29 z kapustą i pieczarkami dla Maurosa i 36 z mięsem dla Dżasty i Matiego… no cóż... w spiżarce skończyły się półki, zamrażarka też zapełniona... Jutro więc musi być pogoda! Mati będzie zdobywał kolejny szczyt z Korony Gór Polski. Na ten tydzień zaplanowaliśmy trzy szczyty. Babią Górę i Wysoką już zdobył, jutro czas na Turbacz.

Dorota

 

Podziel się z innymi swoją opinią...