Zaduma polna, Osmętnica i Wielka Racza

„Cicho, cicho, nie budźmy śpiącej wody w kotlinie,
lekko z wiatrem pląsajmy po przestworów głębinie…”

Melodia mgieł nocnych,
Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Jest zwykły listopadowy dzień, szary i mgliście mdławy, nieliczne brudne kolory późnej jesieni i słodki zapach rozkładających się liści wpływają na mnie dekadencko. Moją jedyną (naturalną) potrzebą w tych okolicznościach przyrody jest otulić się ciepłym pledem i zasiąść przed kominkiem z kubkiem gorącej czekolady, posłuchać jazzu, poczytać Pilipiuka…
Zachwycił mnie zmysłowy głos Wojciecha Myrczka, na okrągło mogę go słuchać w duecie z grającym na fortepianie Pawłem Tomaszewskim… albo liryczny i subtelny Enrico Zanisi, mistrz fortepianu również…

Ale… kominek zburzyliśmy (był taki niehalo) a nowego jeszcze nie ma… Pled suszy się i nie może wyschnąć…
Na szczęście jest czekolada!
Jeszcze jest!
Czy możliwy jest świat bez czekolady?
Od kiedy przypadkowo przeczytałam gdzieś o zagrożeniu wyginięciem drzew kakaowca zajadam się nią absolutnie bez poczucia winy. Na zapas ;-)

Marek podejrzliwie odnosi się do moich poczynań. Czyżby zauważył, że mnie nieco przybyło w talii? Sama wychodzę więc z inicjatywą czym wprowadzam go w jeszcze większe zdumienie.
- A nie Tatry? - pyta naprawdę zaskoczony.
- Tatry? Przejadły mi się. - odpowiadam mu niedbale pakując do buzi ostatni kawałek czekolady.
No i właśnie tak to się stało, że poszliśmy następnego dnia na Wielką Raczę. Choć daleko z niej w Tatry to jednak widać je z jej szczytu jak na dłoni. Bo może i trochę mnie Tatry znudziły ale popatrzeć zawsze na nie lubię.

12:00

Ze względu na późną porę decydujemy się na najkrótsze podejście, żółtym szlakiem z Rycerki Górnej. Na ostatnich kilometrach zauważamy niezliczone ilości budek lęgowych umieszczonych na drzewach rosnących przy drodze. Zostawiamy samochód na parkingu i o 12:00, gdy na Anioł Pański biją dzwony, wchodzimy na szlak.
W ostatnim czasie szlak stał się dość widokowy. Od lat chorują w Beskidach lasy, przetrzebione kornikiem i opieńką świerki masowo umierają. Na jednym z nich dostrzegam czarnego dzięcioła.

12:40

Przez kilka minut bezskutecznie usiłuję podejść go na dostępną dla mojego obiektywu odległość ale w końcu poddaję się i fotografując go na maksymalnym zbliżeniu zapisuję spotkanie z jegomościem. To wcale nie byle co! Dzięcioł czarny jest bardzo płochliwym i trudnym do obserwacji ptakiem za to największym europejskim dzięciołem. Jego dziób ma około 5cm długości. Mój dzięcioł jest samcem, ma śliczną czerwoną czapeczkę.

Zwyczaje dzięcioła czarnego są bardzo ciekawe. Jak na przykład to, że samiec i samica wspólnie wykuwają kilka dziupli w okolicy a do założenia rodziny wybierają, w ich ocenie, najlepszą z nich. Pozostałe dziuple służą zwierzętom, które same nie potrafią ich wykuć. Ornitolodzy są zdania, że z dziupli dzięcioła czarnego korzysta kilkadziesiąt gatunków ptaków, ssaków i zwierząt bezkręgowych. Może się w nich zagnieździć gągoł, gołąb siniak, kawka, szpak, włochatka, kraska, nietoperze, kuny, wiewiórki, osy, szerszenie i dzikie pszczoły.
Jak przeczytałam w fachowej literaturze, występowanie na danym obszarze wyżej wspomnianych zwierząt zależy właśnie od obecności dzięcioła czarnego. Nikt tak jak on nie wykuwa dziupli!

Obiektyw okazał się za słaby ale i tak czuję się bardzo dumna, że po pierwsze wypatrzyłam dzięcioła a po drugie podeszłam go na odległość 20 metrów i to w otwartym terenie.

13:00

Po sesji „dzięciolej” pakuję aparat w ręce Marka. Nie bez powodu. Właśnie wchodzimy w „strefę zmarzliny”. Patrząc na otulone lodem złote źdźbła traw myślę sobie, że całkiem uprawnione byłoby nazwać je „marzłocią”. Szkoda, że terminy te mają jednak całkiem inne znaczenie. Marek cierpliwie fotografuje lód na suchych źdźbłach i drobnych gałązkach, moje palce zdrętwiały z zimna, nie podołałby teraz temu zadaniu.
Na skraju drogi zauważamy kwitnący przetacznik bluszczykowy, który zwykle kwitnie od kwietnia do maja. No cóż... w naszym ogrodzie niedawno zakwitł pełnik, też majowy kwiat. Taki to mamy w tym roku listopad.

Mniej więcej w połowie podejścia na szczyt zaczyna pojawiać się szadź. Jest pięknie choć słońce ledwo widać przez gęste obłoki chmur. Nie widać też ani Tatr, ani Małej Fatry. Chmury są wszędzie.
Szadź jest w zimie moim ulubionym stanem wody. Tu, kiedy poruszamy się w chmurze, sami mamy szansę zostać oszadzonymi ;-) Schłodzone kropelki wody niepostrzeżenie osadzają się po stronie nawietrznej na drzewach, źdźbłach traw, krzewów i wszystkich ostro zakończonych krawędziach. Nieważne na czym szadź się osadzi, zawsze dodaje urody zimowym pejzażom.
Bywa, że szadź mylona jest ze szronem. Różnica jest subtelna a... diabeł tkwi w szczegółach. Tym razem w fizycznych szczegółach. Szron składa się z rozgałęzionych igiełek lodu zaś szadź tworzy pozlepianą z igiełek lodu bryłę. Co zatem decyduje o tym kiedy powstaje szadź, a kiedy szron? Otóż aby powstał szron konieczne jest obniżenie temperatury podłoża poniżej temperatury punktu potrójnego dla wody, podczas gdy ciśnienie parcjalne pary wodnej w powietrzu znajduje się poniżej ciśnienia punktu potrójnego wody. Wtedy zachodzi resublimacja - bezpośrednia zamiana pary w ciało stałe. Zaś szadź powstaje wtedy, gdy wilgotne i schłodzone powietrze zawierające mgłę natrafia na obszar o jeszcze niższej temperaturze. Aby proces powstawania szadzi mógł zaistnieć, konieczny jest - choćby minimalny - poziomy ruch powietrza (wiatr).

13:40

Na szczycie Wielkiej Raczy zachwycają nas pokryte szadzią drzewa. Ten zimowy pejzaż stanowi kojącą odmianę. W dole szaruga a tu takie subtelności. Na widokowej platformie wypijamy gorącą herbatę i kiedy już całkiem tracimy czucie w palcach udajemy się do schroniska.
Marek podpytuje gospodarza o biało-czarnego kota, który królował w schronisku 5 lat temu. Gospodarz początkowo milczy a potem odpowiada: „niech pan nie pyta, jego koniec był tragiczny”. No i masz. Marek nie zapytał a mnie do tej pory męczą pomysły, co też mu się przytrafiło, a co potencjalnie może spotkać i nasze koty, całą piątkę! W jadalni jest tylko jedna osoba, dziewczyna, przemarznięta i przemoczona biegaczka. Zagarnęła całą przestrzeń wokół kominka. Widząc ją skuloną i drżącą tracę nadzieję na dostęp do kominka. Obserwuję jej metodyczne działania prawie pół godziny. Kiedy już wszystko zostało wysuszone zakłada na siebie polar, kurtkę, skarpety, buty i znów idzie biegać. My kończymy właśnie obiad - zupę gulaszową.

14:40

Akurat w tym samym czasie, kiedy zwalnia się miejsce przy kominku, na zewnątrz zauważam świetlistą plamę i… Tatry! Obdarzam czułym spojrzeniem ogień w kominku i czym prędzej śmigam na pole. Tak, na pole! Bo rozległa polana na szczycie Wielkiej Raczy jest wielka jak pole.

Teraz wszystko lśni w słońcu, iskrzy się, mieni srebrem i złotem. A niebo jest lazurowe! Prawdziwa zima! Powoli wyłaniają się na horyzoncie czubki Tatr Bialskich, Wysokich, Zachodnich, wyraźnie widać kontury Rozsudźca i Stoha w Małej Fatrze a nawet Pilsko i Babią Górę oraz kilka innych szczytów Beskidu Żywieckiego.

15:30

Pół do czwartej podejmujemy decyzję o zejściu i już godzinę później siedzimy w samochodzie. Tu jest zaledwie -1 st.C. Na szczycie termometr pokazywał -5 st.C. Nie są to temperatury podczas których oddech zamarza w powietrzu, ale już zimowe.
Były Tatry, czekolada i kominek, była zima najpiękniejsza z pięknych zim!

Wieczorem zerkam na poezję Kazimierza Przerwy–Tetmajera, dekadencką jakby nie było, na listopad akurat. Zamiast kominka rozpalamy świece (o korzennym zapachu).
Ach! Życie jest piękne! Również w listopadzie.
Ps.
K. Przerwa-Tetmajer pisał też śmiałe erotyki. Ale… kto ich nie pisał…

Dorota

WIELKA RACZA
Jej Wysokość: 1236 m n.p.m.
Położenie: 49°24′47,9″N
                18°58′07,7″E
Dystans: 12 km
Przewyższenia: 564 m
Czas przejścia: 3:30 h
Odległość od naszego domu: 94 km
Data: 2014.11.23