Relacje z trekkingów
Między Gerlachem
a
Sławkowskim Szczytem
czyli wielickie inspiracje i wielkie plany na przyszłość

Dzień wcześniej przeszliśmy grzbietem Magury Spiskiej więc należał się nam dłuższy sen a ponadto panorama z Głodówki tego dnia nie miała sobie równych. Wyśliznęłam się po cichu ze schroniska przed ósmą i biegałam po mokrej a ukwieconej łące utrwalając (bez umiaru) na zdjęciach landrynkowe pejzaże Tatr. Poranna rosa zdążyła wyschnąć na moich spodniach zanim wróciłam do pokoju. Marek wciąż spał i nie chciał wierzyć kiedy z tryumfem obwieściłam mu która to godzina. Zazwyczaj to on pierwszy zrywa się skoro świt z łóżka ale tym razem wszystko było na opak. Nie dość, że spał jeszcze o 10 jak suseł (o zgrozo!!!) to jeszcze wcale nie śpieszył się ze wstawaniem. Nie było szans na żadne ambitne wyjście w góry. Podczas sutego śniadania ustalamy, że skoro tak to przejdziemy się do Doliny Wielickiej na mały rekonesans. Pociąga nas Polski Grzebień, Mała Wysoka, Rohatka.

Po drodze rozważamy jeszcze wjazd na Łomnicki Szczyt ale ostatecznie odstępujemy od tego pomysłu- chcemy aby pojechał tam z nami Mateusz a ponadto na samym czubku szczytu zakotwiczyła niewielkich rozmiarów ale za to gęsta chmurka i wygląda jakby w ogóle nie zamierzała go opuścić. Pogoda też nieco nas zaskakuje zmieniając się co chwilkę. Zauważamy, że nad Tatrami Niżnymi trwa spektakl majowych burz. Siwoszare chmury wiszą nad soczystą zielenią i z daleka obserwujemy jak z impetem wylewają się na wiosenną przyrodę. U nas spokojnie ale niewykluczone, że burze dotrą i tu. Powietrze jest gęste i ciężko się oddycha. No dobra, niech będzie „ta Wielicka”- poddaję się przypominając sobie, że przecież do 15 czerwca wszystkie szczyty w Słowackich Tatrach pozamykane są na cztery spusty.

Do Doliny Wielickiej podchodzimy ze Starego Smokowca żółtym szlakiem, do którego dołącza niebieski z Tatrzańskich Zrębów. Czas przejścia według przewodnika to 2 i pół godziny . Dobrze, że dzień długi bo zaczynamy podejście dopiero o 12 w południe. Po trzech godzinach zjadamy obiad na Wyżniej Wielickiej Polanie. Widoczna nieopodal sylwetka Śląskiego Domu trochę nas odstrasza . Kierujemy wzrokiem na Gerlacha - najwyższy szczyt nie tylko Tatr ale także całych Karpat, 2655 m n.p.m.

Śląski Dom jest hotelem górskim, położonym na wysokości 1665 m n.p.m. u stóp Gerlacha. Oferuje 130 miejsc noclegowych w dość wygórowanych, jak na nasze możliwości finansowe, cenach. Jest tu restauracja, kawiarnia, bar, centrum odnowy biologicznej wraz z sauną, jacuzzi i masażami… W cenę noclegu wliczone jest śniadanie a hotelowi goście mogą dojechać tu autem. Są też pokoje turystyczne, cztero i sześcioosobowe, o nieco niższych cenach. A tuż nad tym wielkomiejskim zbytkiem dumny Gerlach. W hotelu mieści się siedziba górskich przewodników. Stąd wszyscy rozpoczynają wejście na najwyższy tatrzański szczyt. Cóż… na Rysy też wychodzimy z Morskiego Oka, gdzie przecież jeszcze większy jest jarmark. Wejście na Gerlach w grupie trzech osób to 255 € (na chwilę obecną). Nie są wymagane taternickie umiejętności ani specjalistyczny sprzęt bo ten zapewnia przewodnik. Nic, tak sobie tylko myślę, że zanim wdrapiemy się na Kilimandżaro to może warto byłoby wcześniej zdobyć Gerlach ;-)

Zatrzymujemy się na ciepły posiłek w barze znajdującym się na tyłach hotelu a potem spacerujemy wokół Wielickiego Stawu. Powyżej północnego brzegu spienione wiosenne wody Wielickiej Siklawy przyjemnie dźwięczą w głębokiej górskiej ciszy. Obok hotelu zaparkowały zaledwie dwa samochody co pozwala nam mniemać, że o tej porze roku, kiedy szlak powyżej jest zamknięty, hotel nie cieszy się dużą popularnością. Chciwie spoglądamy w stronę Wyżnego Wielickiego Ogrodu i przypominają mi się słowa Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej , która zachwycona subtelnym pięknem tego miejsca pisała:
" Tam, nad klombami leluj , kozłowca , storczyków
fruwają aniołowie wśród słodkiego krzyku".


Chcemy wrócić tu kiedyś wczesnym latem, gdy Wielickie Ogrody ukwiecą żółte omiegi górskie i jaskry platanolistne, ciemiężyca zielona i miłosna górska, starzec gajowy lub końcem lata kiedy zakwitną granatowo-niebieskie tojady i różowe rdesty. Żal nam teraz odejść. Na tarasie podziwiamy rozległą panoramę obejmującą znaczną część Kotliny Spiskiej aż po pasmo Słowackiego Raju, wschodni grzbiet Tatr Niżnych, z najwyższą w nim Kralową Halą (1948 m) i oddajemy się degustacji słowackiego piwa, powoli acz nieuchronnie szykując do zejścia.

Tym razem schodzimy drogą dojazdową do schroniska, z widokiem na niemal cały masyw Sławkowskiego Szczytu (2452 m), Wielickich Granatów (2311 m), Gerlach i Grzbiet Kończystej (2537 m) w sąsiedniej Dolinie Batyżowieckiej. Droga ma ponad 6 kilometrów i na tym odcinku pokonuje 660 metrów przewyższenia, wije się licznymi zakrętami. Poza nami nikogo na szlaku nie ma, choć dwukrotnie mijały nas podczas drogi powrotnej auta z turystami, domyślamy się, że gośćmi Śląskiego Domu.

W drodze powrotnej mamy już rozkminione co najmniej dwie wycieczki: na Sławkowski Szczyt i na Małą Wysoką.

Wielokrotnie podczas naszych tatrzańskich włóczęg Marek głośno zastanawiał się jak to się dzieje, że na szczytach lub innych, trudnodostępnych miejscach znajdują się olbrzymie bloki skalne nieraz wyglądające tak, jakby ułożyła je tam ręka potężnego olbrzyma. Albo te porozrzucane na dużej powierzchni liczne głazy. „Od jak dawna tu leżą, skąd się tu wzięły?” - dociekał Marek. Podczas tej wędrówki było tak samo. Aż sama zaczęłam na poważnie szukać odpowiedzi na te pytania. Jedynym rozsądnym wyjaśnieniem było dla mnie trzęsienie ziemi. Ale w Polsce?

Tak! Były w Polsce trzęsienia ziemi- dowiaduję się szukając informacji w necie. I nomen omen w Tatrach Wysokich też i właśnie w okolicach Sławkowskiego Szczytu 2452 m n.p.m. , który wówczas, według historycznych źródeł, miał być wyższy o jakieś 300 metrów. Czyżby w przeszłości był naprawdę najwyższym szczytem Tatr? Ale co z innymi szczytami? One podczas owego trzęsienia ziemi nie zmalały? O owym wydarzeniu przeczytałam na stronie http://zmianynaziemi.pl
„W 1662 r. w nocy silne trzęsienie ziemi nawiedziło rejon Tatr. Jak odnotowano w ówczesnych kronikach zginęło wielu ludzi a jeden ze szczytów rozpadł się na dwa co obniżyło jego wysokość o ponad 300 metrów.”
Podobne informacje znalazłam również w innych miejscach ale ta strona wydała mi się najbardziej wiarygodna. Z geologicznego punktu widzenia te 350 lat, które minęły od rzekomego trzęsienia to ułamek sekundy! A ja sobie myślałam z naiwnością dziecka, że góry są niezmienialne i w takiej postaci trwają od milionów lat.
Okazuje się, że znalezienie odpowiedzi na jedno pytanie wcale nie jest końcem pytań ale jego początkiem.
-No to kiedy wybierzemy się na Sławkowski? - się pytam teraz ja.

Spacer do Wielickiej Doliny rozbudził nasze tatrzańskie apetyty. Wejście na Sławkowski to co najmniej 5 godzin zatem poczekamy na dłuższy dzień ;-) W domu oglądam zdjęcia panoram wykonanych ze szczytu i znajduję tam znane sobie miejsca, co sprawia mi wielką przyjemność. Są tam też miejsca, w których jeszcze nie byliśmy. Tak czy inaczej zawsze tęsknię do Tatr.

Dzisiejsza wędrówka była prawdziwie niedzielnym spacerem popołudniowym. Tęsknimy za czymś …ekstremalnym. Jednak zanim zrealizujemy te pomysły mamy jeszcze zeszłoroczne „plany do wykonania”.

Oboje z Markiem lubimy planować :-) Ja troszkę bardziej niż on. To znaczy ja lubię planować a Marek lubi mnie, więc moje planowanie tak jakby też lubi.
Sławkowski zapisuję pod pozycją 28. No bo co? W naszym regulaminie wcale nie jest zatwierdzone, że musimy realizować nasze plany po kolei. Nasz regulamin jest baaardzo elastyczny ;-) a my mamy przecież jeszcze całe życie przed sobą! Wiem to, bo swoje lata już mam.
Zdążymy ze wszystkim. Na Gerlach i Kilimandżaro też wejdziemy (Marek woli na Atlas w Maroku… no to tam też zawędrujemy).





Dorota 2011-05-22

zobacz wszystkie zdjęcia
Podziel się z innymi swoją opinią...