Wielki Chocz - wyspa niezwykła




Długo czekaliśmy na ten moment i wreszcie nadeszło spełnienie naszych górskich planów. A wystarczyło tylko zamienić marzenie na cel - jakże wówczas zmienia się perspektywa! Wielki Chocz zmieniając swój status na cel szybko został osadzony w rzeczywistości tzn. w kalendarzu naszych wyjść. Nie udało się wczoraj? Uda się dziś! Z cieplutkiej czeluści łóżka zrywamy się przed świtem i godzinę później zmierzamy już w stronę słowackiej granicy. Tym razem nigdzie się nie zatrzymujemy. No, za wyjątkiem kilkusekundowego postoju na wykonanie jednego zdjęcia Babiej Góry widzianej od strony południowej (dotychczas zawsze oglądaliśmy jej północne stoki). Imponującą sylwetkę Wielkiego Chocza, przypominającą samotną, piramidalną wyspę, rozpoznajemy natychmiast gdy tylko pojawia się na horyzoncie.

Wędrówkę rozpoczynamy w miejscowości Valaska Dubova 649 m n.p.m., skąd ścieżka prowadzi dalej w kierunku szczytu znajdującego się na wysokości 1611 m n.p.m. Mamy do pokonania 923 metry przewyższenia. Przez półtorej godziny idziemy wyłącznie lasem, bardziej lub mniej stromą ścieżką bez żadnych widoków aż do Strednej Polany 1250 m n.p.m. Tu po raz pierwszy dotykają nas promienie słońca. Zatrzymujemy się na śniadanie pod wiekowym świerkiem. Na polanie pojawiają się co chwilkę nowi turyści, sami Słowacy, większość z psami. Marek ogląda „Hotel Chocz” i analizuje pod kątem letniej noclegowni. Drewniana chałupka ma całkiem niezłe wyposażenie: są prycze, stół, ławy i nawet kominek. Z szerokiej polany spoglądamy w stronę szczytu. Biała Ściana drzew pokrytych zamarzniętym śniegiem lśni w słońcu diamentowo. Na tabliczce informacyjnej czytamy, że do szczytu została jeszcze godzina. No to idziemy choć większość już schodzi.

O ile w lesie śnieg równomiernie pokrywał szlak i ścieżka była szeroko wydeptana to teraz idziemy wąskortorowo i po kolana zanurzeni między śnieżnymi koleinami. Coraz częściej musimy schodzić z drogi rozpędzonym, schodzącym ze szczytu turystom, którzy radzą sobie w najróżniejszy sposób ze stromym i śliskim zboczem co staje się okazją do fotografowania. Wkrótce okazuje się, że na Chocz zimą wiedzie inny szlak, bardziej widokowy. Po przejściu szerokiej polany dochodzimy do czerwonego szlaku prowadzącego z Wyżnego Kubina. Jak na dłoni mamy przed sobą niesamowitą panoramę Małej Fatry. Czyste i mroźne powietrze sprawia, że góry wydają się bliższe - taki naturalny zoom. Widoki są tak oszałamiająco piękne, że coraz częściej zatrzymujemy się już nie tylko aby zrobić zdjęcie ale po to, by nasycić duszę tymi zimowymi pejzażami. Słońce rozgrzewa nasze ciała i pomimo mrozu wchodzimy na szczyt w samych polarach.

Wczorajszego dnia, będąc na Ćwilinie, zmarzliśmy do szpiku kości wychłostani mroźnym wiatrem. Po kształcie zamarzniętego na świerkach śniegu wnioskujemy, że i tutaj musiało mocno wiać. Dzisiaj jest baśniowo pięknie. Krótko przed szczytem spotykamy łańcuchy. Są pomocne bo robi się miejscami tak stromo jak na drabinie. Póki co jeszcze nie zakładamy raków. Za zakrętem wyłania się przed nami rozległa panorama Tatr Niżnych. W dole snują się wąskimi wstążeczkami subtelne szale mgieł, delikatnie podążają ku niebu dymy z kominów, nad kilkoma szczytami wznoszą się białe obłoczki. Obok nas koronki utkane przez mróz połyskują w słońcu.

Na szczycie jesteśmy sami. Wszyscy już zeszli. Pewnie spłoszył ich wiejący tu mroźny wiatr. Stoimy w ciszy onieśmieleni otaczającym nas pięknem. Na wprost mamy pasmo Tatr Zachodnich. Na lewo Pilsko i Babia Góra, na prawo Orawska Mara i imponujące pasmo Tatr Niznych w całej okazałości. Odwracam się i widzę Małą Fatrę i Wielka Fatrę. Widać stąd wszystkie najwspanialsze pasma górskie Zachodnich Karpat! „Góra Gór” - myślę o Choczu. - Wpiszemy się do pamiątkowej księgi!- zarządzam i otwieramy zamknięta w metalowej skrzynce księgę. -Dzisiaj jeszcze nikt się nie wpisał, chociaż tak wiele było tu przed nami górołazów!- dziwię się.

Za wejście 100 razy w ciągu roku na tego Króla Orawy słowackie ministerstwo kultury i nauki przyznaje specjalny medal. Rzecz jasna wejścia trzeba udokumentować. Jak będę na emeryturze to zrobię to!- postanawiam. Wyobraźnia podpowiada mi, że to miejsce o każdej porze roku jest niezwykłe i w każdej pogodzie. Pamiętam Wielki Chocz w słoneczny, wrześniowy dzień, kiedy dwa lata temu byłam tu z Leszkiem. Ale jakże tu musi być pięknie jesienią? Albo kiedy jest inwersja! A wschód słońca! Albo w czasie burzy..i nocą… Coś jest na rzeczy z tą setką razy. Kiedy ja puszczam wodze fantazji Marek rozpakowuje plecak następnie zmusza mnie do założenia puchowej kurtki i czapki a potem nazywa Maszą z Dalekiej Syberii. Zamotana w ciepłe szmaty rozkoszuję się magią miejsca . Ogarnia mnie błogie uczucie spełnienia. Tak bardzo chciałam Marka tu zabrać i teraz kiedy widzę w jego oczach spokój wiem, że podziela mój zachwyt. Patrzyliśmy na Chocz z tak wielu miejsc, przywoływał nas i wreszcie stoimy na jego szczycie! -Przyjdziemy tu na wschód słońca- odpowiada mi na zadane rok temu pytanie.

Godzinę oglądamy piękną panoramę całej Orawy i Liptowa bawiąc się w rozpoznawanie szczytów najpiękniejszych pasm górskich. Przez zoom rozpoznaję schronisko na Chopoku. Oboje wiemy już, że wzywają nas Tatry Niżne. Wypijamy do końca gorąca herbatę i rozpoczynamy zejście. W zaciszu skalnej ściany zakładamy raki i uzbrojeni w metalowe zębiska swobodnie schodzimy po stromym i śliskim szlaku. Zachodzące słońce kładzie na łososiowych polanach miękkie cienie, migoczą niczym gwiazdy płatki śniegu na drzewach. Góry przystrojone w miedź i złoto zatrzymują nas. I tak czeka nas zejście po zmroku więc nie spieszymy się. Na Strednej Polanie nagle zmienia się sceneria. Na wschodzie pociemniał głęboki błękit nieba i tuż nad linią horyzontu oblekł się w róże i fiolety.

100 wejść na Chocz to będzie chyba w sam raz aby doświadczyć w pełni magii tego miejsca. Jak dobrze, że nie skomercjalizowano tej góry, że jakimś cudem ocalała jej dzikość i niezmącona ludzką głupotą natura dalej rządzi się swoimi prawami. Niedźwiedzie i wilki są tutaj u siebie, my jesteśmy gośćmi. Ze smutkiem przypominam sobie ukrzyżowany Giewont. Zgiełk, harmider i jarmarczny klimat wniesiony na szczyt przez hałaśliwych i nadętych wczasowiczów sponiewierały szczyt, który mimo to broni swej natury . Velky Choczu oby nigdy nie spotkał Cię taki los, obyś na zawsze trwał w swej nieskalanej, pierwotnej urodzie.

Od lat 90-tych ubiegłego wieku trwają prace nad uczynieniem z Gór Choczańskich Parku Narodowego. Mało znane Doliny Kwaczańska i Prosiecka należą do jednych z najpiękniejszych w tej części Karpat. W Górach Choczańskich występują głównie skały wapienne, więc ich stoki porasta piękna roślinność wapieniolubna. Na śródleśnych łąkach kwitną liczne gatunki storczyków, zerwy kuliste i pełniki europejskie. Strome granie i wierzchołki z bogatą rzeźbą skalną tworzą górskie wyspy, jak np. izolowane wierzchołki Šípu, Havrania (915 m n.p.m.), Hrdoša (1066 m n.p.m.) czy Čebratu (1054 m n.p.m) nazywane czapkami tektonicznymi. Wczorajsza wizyta w Beskidzie Wyspowym nasuwa mi takie wsypowe skojarzenie z Górami Choczańskimi. W świetle czołówek dochodzimy ciemnym lasem do wsi. Śnieg skrzypi nam pod stopami. Wokół cisza i spokój. Wracamy. Wrócimy tu wiosną gdy skały zabieli skalnica tatrzańska ukwiecą się okoliczne łąki. Wrócimy.

Dorota 2011-12-11
Podziel się z innymi swoją opinią...