Tour de Turbacz
23 i 24 sierpnia 2014 r.

Najwyższy szczyt Gorców… Po raz pierwszy pomyślałam tak o Turbaczu. A to wszystko z powodu Mateusza i jego Korony Gór Polski. Dotychczas Turbacz był dla mnie pełną uroku górą, z której rozpościerał się wspaniały widok na Tatry, Pieniny i Beskid Wyspowy, skąd zachwycałam się pełnymi magii wschodami słońca, rozgwieżdżonym zimowym niebem czy ukwieconą krokusami polaną. Teraz jest kolejnym celem na Mateuszka liście. No i dobra. To tak przy okazji ;-)
Na Turbaczu byłam już kilka razy, o różnych porach roku. Tym razem zostaniemy tu na noc, więc od pierwszego kroku postawionego na szlaku cieszę się już na wschód słońca. Mamy słoneczną, lekko zamgloną pogodę i nie widać wyraźnie ani Tatr, ani Pienin.

Skupiamy się na innych urokach: płowych trawach, przypominających o mijającym lecie wrzosach, różnorakich grzybach, ostatnich borówkach i zaskakująco głębokich i szerokich błotach na szlaku.

Chłopcy drą pod górkę, a ja ze wszystkich sił staram się dotrzymać im kroku. Kasia poddała się już na parkingu i wolnym krokiem, bez pośpiechu zmierza własnym tempem na szczyt. Ja pilnuję szlaku, bo tyle co na Turbacz wiedzie dróg to chyba na żadną inną górę. Pół godziny przed przewidywanym czasem docieramy do schroniska. Po chłopakach w ogóle nie widać jakiegokolwiek zmęczenia.

 

Natychmiast kierujemy się do jadalni aby zameldować się w pokoju i zjeść coś ciepłego. Pół godziny stoimy w kolejce, Mati zamawia pierogi z czarnymi jagodami a Michał naleśniki. Wtedy dołącza do nas Kasia. Na krótko zresztą. Nas płoszy na Długiej Polanie deszcz i wracamy do schroniska po kurtki przeciwdeszczowe. Kasia zmierza na Kiczorę. Wyglądając przez okno za Kasią dostrzegam nad jej głową tęczę.

Kiedy my pojawiamy się na Kiczerze to Kasia wyrusza znów w swoją stronę. Dla chłopców to bez różnicy a dla mnie… no cóż… mogłam zabrać ze sobą książkę. Mati gra z Michałem w eurobiznes a ja zbieram czarne jagody i borówki. Wprawdzie mam aparat fotograficzny i nawet statyw ale pogoda nie sprzyja moim oczekiwaniom. Tatry ledwo co widać na horyzoncie, więc łatwiej mi skupić uwagę na dziewiczym wprost lesie i dostrzec jego uroki.

Wracamy znów bez Kasi do schroniska i zajadamy się smakowitym żurkiem. Czuję się lekko znużona więc natychmiast kieruje się pod prysznic, gdzie czeka mnie wspaniała niespodzianka: gorąca woda, właściwie prawie wrzątek. Obiecałam chłopakom, że wieczorem zagram z nimi w eurobiznes. Choć makabrycznie chce mi się spać to dotrzymuję słowa i podejmuję wyzwanie. Mam szczerą nadzieję ograć ich ale na nadziei się kończy, jak zwykle wygrywa Mateusz. Sprzyjają mu karty ale u podstaw jego sukcesu leży przede wszystkim strategiczne myślenie i umiejętność przewidywania ruchów przeciwnika. Nastawiam budzik na 5:00 i natychmiast zasypiam. Około 2 w nocy budzą mnie dzikie wrzaski i trzaskanie drzwiami. Tak bawi się starsza młodzież. Ech!

O 5:15 jesteśmy z Kasią przed schroniskiem i czekamy na wschód słońca. Kasia, co było do przewidzenia, także tym razem porzuca moje towarzystwo i udaje się na Kiczerę.

Mnie urzekły mgły nad Pieninami i podobają mi się dużo bardziej niż słabo oświetlone Tatry więc zostaję. Przez długi czas poza mną na tarasie schroniska nie ma żadnego z jego gości.

W skupieniu wpatruję się w horyzont . O tej porze roku słońce wschodzi nad Beskidem Wyspowym. Ognista kula wyłania się znad nisko zawieszonych chmur i otula niebo różem i pomarańczem. Zatem jest jak miało być :-)

Na niebie szybko zmieniają się kolory, jedynie biel mgieł i stalowa szarość gór pozostają niezmienne. Jakże inny jest ten wschód słońca o tych zimowych! W dolinie kotłują się chmury ale słońce nie dotarło jeszcze w te zakamarki i pejzażowi brakuje głębi. Ten wschód słońca zdaje mi się melancholijny i smutnawy. Za to jest ciepło i nie grozi mi odmrożenie palców, jak to było kiedyś w marcu :-)
Zaglądam na Tatry i przez krótką chwilę cieszę się promieniami słońca rozświetlającymi ich słowacką część. Ciężkie, ołowiane chmury wiszą nad całym pasmem, zaś te zwiewne mgły, które legły u stóp gór zaczynają się wznosić i rozrzedzając się zasłaniają coraz bardziej Tatry.

Dopiero kiedy słońce wzniesie się nieco wyżej udaję się na Długą Halę aby sfotografować Tatry w całej swej długości. Niestety zamglone powietrze udaremnia moje zamiary. Pejzaż jest mdławy i pobawiony wyrazistości. Mimo to mam poczucie, że uczestniczę w jakimś tajemnym rytuale sił natury, że dostąpiłam świętości poranka. Zrelaksowana i nieco zmarznięta wracam przed ósmą do łóżka i nawet udaje mi się na krótko zasnąć. Chłopcy, nieświadomi cudu jaki się dokonał kilka minut temu, słodko śpią. Oddaje się rozmyślaniom ile takich wspaniałych wschodów słońca mnie ominęło, kiedy byłam w górach, bo wybrałam sen.

Pokój opuszczamy o 10:00 i po sutym śniadaniu udajemy się w drogę powrotną.

 

Ps.
Wczesnym popołudniem jesteśmy już w domu i… idziemy z Markiem na grzyby

Podziel się z innymi swoją opinią...