Szpiglasowo

czyli o tym, że pozory mylą *

Każdy ma jakieś swoje "szczególne" miejsce w Tatrach.
Dla mnie takim miejscem jest "Szpiglas".
I co z tego, że taki łatwy i w ogóle...
Przecież można uwielbiać kiszone ogórki i ostrygi :-)

zobacz wszystkie zdjęcia

Tym razem idziemy w góry w nieco większym składzie. Moja siostra Kasia zaprosiła nas na wycieczkę i zorganizowała nocleg w starym schronisku w Morskim Oku. Aby móc cieszyć się jego urodą planujemy dotarcie nad brzeg Morskiego Oka po odjeździe ostatniego fiakra z Włosienicy. Podczas gdy my mijamy Jordanów, Kasia ze swoją rodziną i przyjaciółmi parkuje w Palenicy Białczańskiej. Umawiamy się zatem w Schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Dziś jednak postanawiamy iść zielonym szlakiem, aby móc podziwiać Siklawę, co wydłuża odrobinę naszą wędrówkę.

Przy Siklawie oczywiście robimy sobie duuuużo zdjęć!
Nawet Mati zgadza się na kilka NIESTANDAROWYCH
(bo z mamą) ujęć ;-)

Kiedy dochodzimy do rozstaju szlaków zauważamy, że pogoda zaczyna się psuć. Mati i MM zostają w okolicy mostku a ja idę do schroniska, gdzie czeka na nas moja siostra ze swoją rodziną i przyjaciółmi.

Teraz idziemy razem ale też osobno, bo w tak licznej grupie trudno pogodzić priorytety i kondycyjne możliwości.

Gosia z Adasiem bardzo szybko zdystansowali nas i pomknęli przed siebie. Leszek również szybko oddalił się od nas. Zostaliśmy w sześcioosobowej grupie. I to było idealne rozwiązanie :-) bo każdy miał to, co lubi :-). Ja wreszcie mogłam oddać się fotografowaniu moich bliskich, a oni chętnie mi na to pozwalali. Akurat tę trasę przeszłam już sześć razy, więc bardziej cieszy mnie fotografowanie mojej rodziny niż pejzaży.

Monumentalny Kozi Wierch i równie imponujący Wielki Staw Polski sprawiają, że miejsce to tak łatwo rozpoznać każdemu, kto choć raz je widział. Absolutnie zawsze wprawiają w zachwyt.
Powierzchnia Wielkiego Stawu Polskiego wynosi 34,14 ha zaś głębokość 79,3 m. Wielki Staw Polski jest najgłębszym i najdłuższym (998 m) jeziorem w Tatrach. Odpływające z niego wody tworzą potok Roztoka, na którym znajduje się wodospad Siklawa.

Szlak na Szpiglasowy Wierch zarówno od strony Doliny Pięciu Stawów jak i od Strony Morskiego Oka jest niezwykle widokowy a przy tym dość łatwy. Od Morskiego Oka dojście na szczyt jest dużo łatwiejsze, wiedzie szerokim i wygodnym kamiennym traktem nazywanym nie bez powodu "ceprostradą". Prawie zawsze spotkać tu można rzesze ludzi. Tak samo jest dzisiaj pomimo coraz bardziej pogarszającej się aury. Tu Mati jako kilkulatek po raz pierwszy zmierzył się z łańcuchami. Uważam, że to znakomite miejsce na zdobywanie górskiego doświadczenia i oswajanie się z ekspozycją dla osób, które jednak co nieco już w Tatrach przeszły, np. szlak na Zawrat od strony Doliny Pięciu Stawów ;-)

. . .
.
.
. . .
.
. . .

Na Szpiglasowej Przełęczy zastaje nas już całkiem pochmurna pogoda. Roztacza się stąd znakomita panorama całej Orlej Perci, która nawet w tak pochmurny dzień zachwyca.

Wiele osób rezygnuje z podejścia na szczyt ale moim zdaniem niesłusznie. Warto pokonać kilkadziesiąt dodatkowych metrów, by w 10 minut wejść na jeden z kilku szpiglasowych wierzchołków. Ze szczytu widać zdecydowanie więcej: dwie najpiękniejsze tatrzańskie doliny i stawy, a przede wszystkim imponującą panoramę Tatr Wysokich na wszystkie świata strony.

Na Szpiglasowy Wierch wychodzimy bardzo ograniczonym już składzie: Mati, Madzia, Aleksander, Marek i ja.

Marek i ja najdłużej zabawiamy na szczycie. Dla mnie jest to miejsce z tych szczególnych najszczególniejsze. Miejsce, w którym życie zmienia bieg... Teraz, po licznych życiowych zawirowaniach i zakrętach, staję tu ponownie i czuję, i wiem, że JESTEM NA WŁAŚCIWEJ DRODZE :-)

Szpiglasowy Wierch wyróżnia się pośród innych tatrzańskich szczytów obco brzmiącą nazwą. Do 1951 roku był nazywany Grubym Wierchem. Obecna nazwa pochodzi od wydobywanego dawniej w okolicy szpiglasu (niem. Spießglas) i nadana została przez Witolda Henryka Paryskiego - autora jednego z dwu kultowych przewodników tatrzańskich.

Mati z Magdą i Aleksandrem pędzą w dół i w krótkim czasie dołączają do Kasi i Leszka.
My kontemplujemy CAŁOKSZTAŁT.

Schodzimy w dół nieśpiesznie. Po co mamy się śpieszyć skoro nocleg mamy "zaklepany"? Idę najbardzej znajomym ze znajomych szlaków. Wiem co będzie za każdym skalnym załomem i zakrętem, a mimo to wciąż fascynuje mnie uroda tego miejsca. W dole na próżno szukamy wzrokiem Stawku Staszica. Nie ma! W tym roku wysechł zupełnie!
Polodowcowy Staw Staszica ma podziemny odpływ do Mnichowego Potoku. Z tego też powodu w suche lata wysychając dzieli się na dwa stawki, a bywa, że zupełnie zanika. Za to w czasie obfitych deszczów potrafi zalać nawet ścieżkę, po której prowadzi szlak do Wrót Chałubińskiego.
Stanisław Staszic w wieku 50 lat (w 1805 roku) wszedł na Krywań i Łomnicę. Dzisiaj nikogo to nie dziwi, ale 211 lat temu była to prawdziwa wyprawa wysokogórska. Ponadto było to pierwsze udokumentowane wejście na Łomnicę (21.08.1805r.). Warty poznania jest życiorys Staszica, czołowego reformatora i naukowca okresu Oświecenia, choćby z tego powodu, że był miłośnikiem Tatr. A któż wtedy w góry chodził? Efektem prac badawczych Stanisława Staszica jest wydane w 1815 r. dzieło pt.: "O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski".
Doprawdy niezwykłym człowiekiem był Staszic - pracowity, pełen pasji i fascynacji bogactwem przyrody. Nic dziwnego, że uznaje się go za ojca polskiej geologii.

Tuż przed skrzyżowaniem szlaków żółtego z czerwonym zauważamy w Dolince za Mnichem dwie kozice. Cieszę się z ich obecności i liczę na jeszcze bliższe spotkanie z nimi, bo w planach mam wejście na Wrota Chałubińskiego. Z tego miejsca to niewiele ponad 200 metrów przewyższenia, zaledwie godzina tam i z powrotem. Nawet nie namawiam Marka, ale cieszę się, że zgadza się poczekać na mnie. Zostawiam mu plecak i wyposażona wyłącznie w aparat fotograficzny zmierzam na przełęcz. Bez obciążenia mam nadzieję szybko zdobyć przełęcz ale... pod Mnichem zauważam kierdel kozic. Fotografuję je zapamietale.

One widzą mnie i najwyraźniej chcą odciągnąć od swojego potomstwa, bo schodzą z grani na spotkanie ze mną. Zaczynam żałować, że nie zabrałam ze sobą zapasowych baterii. Trudno rozpoznać płeć u kozic więc nie wiem z kim mam do czynienia.

Kozice przyglądają mi się, a ja fotografuję je i zmierzam do Wrót Chałubińskiego, co najwyraźniej mało im się podoba, bo w pewnym momencie jedna z nich zaczyna na mnie prychać. Jestem oddalona od niej o kilka metrów.

Spoglądam na zegarek i zdaję sobie sprawę, że minął już kwadrans odkąd opuściłam Marka, a tymczasem nawet nie rozpoczęłam wspinać się w górę, wciąż tkwię w dolince z wyschniętymi Stawkami Staszica. Kozica prycha na mnie kolejny raz i szybkimi susami oddala się nomen omen w kierunku mojej dalszej wędrówki.
Tymczasem z Mnicha schodzi grupka taterników i moje kozice mają dylemat kogo tu teraz kontrolować. Opuszczają mnie i wracają do stada. Już bez wyrzutów sumienia, że zaburzam poczucie bezpieczeństwa u prawowitych mieszkańców Tatr, wdrapuję się na przełęcz.
Zmierzając samotnie czerwonym szlakiem na Wrota Chałubińskiego porzucam rozmyślania nad dokonaniami Staszica i skupiam się na stromym podejściu. Wrota Chałubińskiego (2022 m n.p.m.) są wąską przełęczą usytuowaną w głównej grani Tatr, między Kopą nad Wrotami a Szpiglasowym Wierchem. Wielka szkoda, że nie można legalnie zejść w dół do położonego na Słowacji Wyżniego Ciemnosmreczyńskiego Stawu. Niestety Słowacy po zakończeniu II Wojny Światowej zamknęli ten szlak i nic nie wskazuje na to, aby mieli zamiar ponownie go otworzyć.
Tytus Chałubiński był człowiekiem o bardzo szerokich horyzontach, tymczasem dla jego uczczenia podarowano nazwę przełęczy oferującej dość skąpe widoki. Przełęcz nie jest widokowa ale ma sporo uroku. Pięknie prezentuje się stąd Ciemnosmreczyński Staw.
Tytus Chałubiński nie był rodowitym góralem. Urodził się w Radomiu. Dla rozwoju Zakopanego zrobił bardzo wiele. Już za swojego życia był człowiekiem szczególnie cenionym przez górali, którzy zawdzięczali mu poprawę warunków bytowych. Ponadto Chałubiński był lekarzem i znakomitym znawcą ludzkich dusz ;-) Wiedział, jak leczyć ludzi rosołem na kurze, ale też wiedział, że góralki nie kwapią się do pochopnego unicestwiania swoich kur, chyba że... no właśnie! W niezwykle inteligentny sposób umiał Chałubiński nakłonić wiejskie kobiety do tego czynu. Otóż rzeczoną kurę należało ubić przed wschodem słońca na niewielkim wzniesieniu, bo tylko to zapewniało rosołowi leczniczą moc. Potem należało ją długo gotować na wolnym ogniu. Los chorych spoczywał więc w rękach góralek, a to dawało im władzę. Rosół z dodatkiem magii ;-) leczył nawet zapalenie płuc! Teraz do rosołu zamiast magii dodaje się magę.
Mój mąż nie lubi rosołu, ale kocha wszystkie inne zupy, więc przemycam tam rosół. O magicznych właściwościach rosołu możecie przeczytać np. tu (ROSÓŁ) a racząc się niedzielnym rosołkiem wspomnieć zacnego Pana Chałubińskiego. Będąc w Zakopanem warto odwiedzić jego grób na starym cmentarzu zwanym Pęksowym Brzyzkiem. Cmentarz znajduje się nieopodal zabytkowego kościoła przy ul. Kościeliskiej.

Szlak jest dość stromy i raczej przypomina wchodzenie po schodach. Kiedy staję na przełęczy doświadczam rozczarowania. Ciemnosmreczyński Staw pozbawiony jest blasku. Cóż... i tak mam rozładowane baterie. Jeszcze tu wrócę - pocieszam się. Marek czeka na rozstaju szlaków. Schodzę. Schodzę jak po schodach - mechanicznie. Dolinkę za Mnichem pokonuję prawie biegiem. Ona także, wyschnięta, zdaje mi się obca. Z radością witam Marka, który z poświęceniem czekał mojego powrotu. No to sobie zaliczyłam Wrota Chałubińskiego... hmmm...

Kozice patrzą na mnie z góry... cwaniary... Ale na Mnichu wciąż pozostaje kilka osób. Zamierzają tam nocować czy co? Kiedy nocą znad Morskiego Oka spoglądamy na Mnicha, na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, na Hińczową i Żabią Wieżę widzimy maleńkie ale silne światełka. Jednak ktoś tam zanocował. Z miłości do gór czy z próżności? MMŻ znów mnie skarci, że moralizuję... Taaaaaaaaaak.... Byłoby cudownie spędzić noc pod rozgwieżdżonym niebem w sercu Tatr, na jakimś szczycie. To całkiem łatwe jest, żaden hardcord!!! Nie potrzebne są do tego jaja.
Jaja są potrzebne, aby TEGO NIE ZROBIĆ - właśnie z miłości do gór, z szacunku do nich...**

Tymczasem drepczemy z Markiem w dół. Mati wraz z moją siostrą i jej ekipą zjadają w schronisku kolację. O 19:00 wchodzimy do schroniska. Za sprawą Madzi na podłodze w naszym pokoju będzie nocować grupka młodych ludzi. Nazajutrz wybieraja się na Rysy. Ok! Pobudka o 4:00 murowana ;-) Nic to! Szelest pakujących się jest niczym wobec całonocnej arii jaką daje Dwóch Chrapowiczów.
O żesz ku... piiiiiiiiiiiiniowy...!!!

O szóstej rano dnia następnego Marek i ja, jak co dzień, budzimy się i ... konstatujemy, że chrapowiczów jest już trzech! Marek idzie sprawdzić jak się mają jego nogi, ja idę pod prysznic. A tam ...TŁUM!!! Pod prysznicem "znaczysie" ;-) Niebawem tłum prawdziwy opanuje Morskie Oko. Póki co jest tu jak w raju.

Dorota, 3 września 2016


*
Dolina Pięciu Stawów Polskich jest najczęściej odwiedzanym przeze mnie miejscem a jednak nigdy mi się nie nudzi i wcale nie irytują mnie turyści. Jakaś bardziej tolerancyjna się zrobiłam ... z wiekiem ;-) Nawet lubię obserwować ludzi będących w Tatrach po raz pierwszy. A tu, podobnie jak w Morskim Oku czy na Kasprowym Wierchu lub Giewoncie, jest ich zdecydowanie najwięcej. Lubię przysłuchiwać się ich rozmowom nierzadko prowadzonym tonem eksperta.
I nawet nie prostuję gdy chłopak tłumaczy zapatrzonej w niego dziewczynie, że ten oto szczyt (sic!) to... Rysy. Ech!
I tak pewnie nigdy się nie dowie, że... to Kozi Wierch. Bo i po co burzyć tę sielankową, romatyczną chwilę? No i masz!
- Przepraszam panią, czy może pani wie co to za szczyt? - pyta inna młoda dziewczyna (bez chłopaka ale za to w okularach).
Rozglądam się w nadziei, że to jednak nie mnie pyta. Niestety, pyta mnie.
- Eeeee... ten pan wie - wskazuję na chłopaka Ślicznej Dziewczyny.
Nagle trójka młodych ludzi nawiązuje ze sobą kontakt wzrokowy. Ślicznooka Okularnica zapomina o mnie i wdaje się w rozmowę z chłopakiem Innej. No to narozrabiałam!
Na Przełęczy, po dwóch godzinach od rzeczonej chwili, podchodzi do mnie... owa Śliczna Dziewczyna (ta bez okularów).
- No i sama pani widzi...
- Eeeee... a co? - udaję, że nie wiem.
Wybuchamy obie śmiechem.
- Wiedziałaś?- pytam szeptem.
- Faceci nie lubią mądrzejszych od siebie dziewczyn ale... kurcze! Pani widzi? On się puszy dla sportu?
Związek wisi na włosku. Nie wróży to dobrze. Okularnica zdjęła okulary! Śliczna z niej panna. Pierwszej Ślicznej też okulary (różowe) odpadły.
Pozory mylą! No niby ZAWSZE to wiedziałam, ale żeby aż tak?
- I co teraz zrobisz? - pytam ją z czułością jaką matka otula córkę.
- Pójdę jutro... na Rysy!
-A on? - wskazuję głową na chłopka. Dziewczyna lekko wzdycha.
- Nie po drodze nam... - powiało smutkiem.
Przez chwilę obie wpatrujemy się w przystojnego chłopaka. Taki... ładniutki nawet jest... tak uroczo puszy się... dla nowo poznanej Niby-Okularnicy.
- Kto wie, która to Cubryna? - pyta pewien młody człowiek płci męskiej. Cisza.
- No przecież wiesz - szepczę do Ślicznookiej.
- Pani też wie - odpowiada buńczucznie.
- Ale to nie mój przedział wiekowy - uświadamiam ją i przez chwilę obserwujemy pytającego chłopaka.
- Myślisz, że on nie wie? - pytam dziewczynę.
- Nie wygląda na takiego, ale sama pani wie...
- No nie wygląda - zgadzam się z nią i mrugam porozumiewawczo.
- A ty wiesz? - pytam cicho chłopaka. Ten wzdryga się nieco speszony.
- No... ja ...ja tak... - brzmi to jak przyznanie się do winy.
- Ja też wiem. I wiem, że moja siostrzenica nie wie - wskazuję głową na dziewczynę, której chłopak się przygląda. - Ale ona wie - patrzę na Ślicznooką.
- O! - dziwi się czy co? Sprawia wrażenie NIECO ZAKŁOPOTANEGO ALE... zainteresowanego. - Jutro wybiera się na Rysy - mówię do chłopca od Cubryny i czuję się jak rasowa swatka. Chłopak uśmiecha się i mam poczucie, że mogę sobie odfajkować, że zrobiłam dzisiaj przynajmniej jeden dobry uczynek (bo ten pierwszy był wątpliwej jakości).
A ponieważ życie jest absolutnie nieprzewidywalne to już wcale się nie dziwię, gdy nazajutrz spotykam ich na szlaku na ...Mieguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem! Eeeeeeeeeeeee a Rysy?
- Zrobić pani zdjęcie? - pyta Ślicznooka. Zaskoczona nie odpowiadam, na co ona: "Bo pani znowu sama".
- Tak, proszę! - o żesz ku piiiiiiiiiiiniowy! Nie jestem sama! Są tu ze mną mąż i syn!
Na Kazalnicy nasze drogi ostatecznie się rozchodzą. Pewnie nigdy się nie dowiem co było potem ale przecież też nie wiem co wcześniej było, że TO się zdarzyło. Ot i co, tyle! Niby nic nie znaczący epizod!
- Czy może pan mi zrobić zdjęcie? - pyta pewna Wiotka (młodsza ode mnie) mojego męża.
MM robi jej zdjęcie.
- Czy mógłby pan pomóc mi z tym aparatem? - niby pyta mojego męża jakiś kwadrans później ta sama Wiotka-Słodka-Młodsza ode mnie.
MM pomaga jej.
Ale ja jestem Czujna! Mądra, Ładna (w swoim przedziale wiekowym...oczywiście, bo poza to nie aż tak żeby...) i wiem gdzie są Rysy też! Na dodatek wiem też jak działa mój aparat. Ale sama z MM to sobie zdjęcia nie zrobię.
- Proszę nam zrobić zdjęcie - uśmiechając się mówię do Wiotko-Słodkiej i oddaję jej mój aparat.
- Tu się naciska - życzliwie objaśniam. Następnie wtulam się w MM i czekam aż "pstryknie". Ale nie pstryka.
Dziwne... bo, jak mawia mój mąż, ten "aparat słucha kobiet". Tej nie posłuchał ;-)
Pani Wiotko-Słodka nie zrobiła nam zdjęcia. ALE dalej radzi sobie bez MM. I to chodziło!
Pamiątkowe zdjęcie z MM robi nam Pewien Przystojny Pan :-) (w moim przedziale wiekowym).

Na Szpiglasie ZAWSZE DUŻO się dzieje. To, wg mnie, najłatwiejszy do zdobycia dwutysięcznik Tatr Wysokich. Tu, ludzie w szerokim spektrum wiekowym, zakochują się ...w Tatrach.
Na miłość NIGDY nie jest za późno.


** Kiedy czytam różne relacje na górskich blogach, niestety często doświadczam takich tekstów o chodzeniu w miejscach zamkniętych dla masowej turystyki, o biwakowaniu nocą na grani w Tatrach i posty acho-ochy zachwyconych forumowiczów... Ludzie chwalą się tym, co w swej istocie jest haniebnym nadużyciem, arogancją i ignorancją, nonszalancją i cynizmem, zarozumialstwem i cwaniactwem. Żenada.
To jak kąpiel w Morskim Oku, jak ukamienowanie i utopienie "misia" w górskim strumyku - głupota bez granic. No ale... maturzyści znają układ rozrodczy dżdżownicy, a nie potrafią nazwać najbardziej pospolitych kwiatów, czosnek niedźwiedzi mylą z konwalią majową a pierwiosnki z przebiśniegami... Może zamiast narzekać, karać... po prostu uczciwie edukować?
Świetnie wzięli się za to Słowacy: (TABLICA ZE ŚMIECIAMI) Bo czy ktoś czyta regulamin TPN-u? Jednak wierzę we wrażliwość i mądrość ludzi (tych młodych przede wszystkim). Brak im jedynie świadomości i uważności, a tego akurat da się nauczyć :-) Bo tak w ogóle to... wszyscy mamy coś za uszami... choćby podjadanie borówek czy malin na szlaku... ;-)
Ale czymś innym jest głuptaczenie niedzielnych turystów od tego, co robią niektórzy "taternicy". Tych biwakującyh nocą na Żabim Szczycie Bóg czy rozum opuścił?
Cyt.: "Tak jak na terenie całego Parku, również w terenach udostępnionych dla taternictwa nie wolno biwakować. Odstępstwo od tego zakazu stanowi biwakowanie w ścianie, ale tylko w sytuacjach skrajnych, zagrażających zdrowiu i życiu".
Ech! Jak łatwo tego nadużywać! I to w majestacie prawa. Niezwykle lapidarnie ujął to Jerzy Zembrzuski – że „czasami bardziej szkodzi przyrodzie dwójka taterników na Żabim Niżnim niż 10 tysięcy przywiezionych do Morskiego Oka turystów”.



Bardzo żywa i realistyczna relacja :) narracja z klasą, pozdrawiam!

AlexAlpha


Podziel się z innymi swoją opinią...