Sylwester w Szczawnicy
2014 r.
By przeżyć każdy dzień najpełniej,
smakując każdy życia łyk.
Nigdy niczego nie zmarnować,
żeby nie było potem wstyd

I nie żałować zaniechanych,
zdradzonych w codzienności marzeń,
straconych szans, zgubionych chwil,
odważnie, śmiało żyj!

Żeby nie było potem żal,
żeby odchodzić było lżej
w nieznaną bliżej dal.
Już dzisiaj chcieć po prostu chciej!


Ponownie zauroczyły mnie Pieniny. Fascynujące jest tu dla mnie wszystko: przyroda, architektura, folklor… Kiedy planowaliśmy sylwestrowy wyjazd dla wszystkich oczywistym było, że będą to Pieniny właśnie. Wcale nie łatwo było znaleźć nocleg. Na początku listopada większość lokali (w moim przekonaniu wszystkie) świadczących tego typu usługi miała „pełne obłożenie”. Wysłałam zapytanie do 88 miejsc…
Odpisali wszyscy… że zapraszają w innym terminie. Największą ochotę miałam na „Willę Marta” w Szczawnicy…
Tam rezerwacje skończyły się końcem lata! Będę o tym pamiętała w przyszłym roku - obiecuję sobie. Jakoś schroniska tym razem nie szczególnie mnie pociągały, aczkolwiek w desperacji pytałam i tam. Wszędzie mają komplet gości. Trudno… nie rezygnuję a jedynie modyfikuję plan stacjonarny na dojazdowy… ostateczność.
I wtedy dzwoni do mnie Pan, ma wolne studio rodzinne! Nie dowierzam…
A jednak! Sprawdziło się! Jak się czegoś naprawdę z całego serca pragnie i podejmuje działanie to szczęście nam sprzyja.
„A jak nie sprzyja?” - pyta zaczepnie Marek.
„To znaczy, że to nie dla nas” - odpowiadam z przekonaniem.
Moja filozofia bawi Marka, śmieje się, ale wiem, że również cieszy się na ten wyjazd. To w końcu jego urodziny.

30.12.2014 r.

Jedziemy we czwórkę: my, Mati i mój tata. Ledwo co pakujemy się z klamotami do auta. Na wszelką pogodę zabieram podwójny komplet ubrań dla każdego. No taka już przezorna jestem ;-)
Do Szczawnicy docieramy późnym popołudniem, po zakwaterowaniu, tuż przed zapadnięciem zmroku wychodzimy na spacer po miasteczku. Jest siarczysty mróz, śnieg skrzypi nam pod nogami, a my cieszymy się z zimowej aury. Szczawnica ustrojona jest licznymi światełkami.
Mati z dezaprobatą patrzy na mnie kiedy fotografuję się z Mikołajem powożącym sanie z zaprzęgniętym reniferem. Co to to nie, na takie ekstrawagancje to on namówić się nie da, bo to obciach, wstyd i żenada ;-)
Razem z dziadkiem pędzą przed siebie nie zważając na moje westchnienia.

A my z Markiem zachwycamy się drewnianymi koronkami zdobiącymi wszelkie krużganki, balkoniki, przyzby i werandy jakże liczne w Szczawnicy. Między innymi za to właśnie pokochałam Szczawnicę. Przyglądamy się misternie wykonanym płotkom i nabieramy podejrzeń, że ten „świdermajer” to wcale taki nadświdrzański nie jest. Podobną manierę spotkaliśmy w Krynicy i na Słowacji.
Mamy plany aby w przyszłości w takim stylu wybudować w naszym ogrodzie altankę. Gromadzimy inspirujące materiały, a tymczasem Mati z dziadkiem zdążyli już obejść pół miasta.

Na naszej drodze jawi się Browar Czarnków, a dokładnie Galeria Piw Regionalnych. Ładniutkie butelki z jeszcze ładniejszymi etykietami stoją równiutko na drewnianych półkach. Zaopatrzeni w najróżniejsze specjały sztuki browarniczej wracamy na kwaterę.
Wszyscy są głodni a napotkane przez nas lokale bynajmniej nie świeciły pustkami. Przewidziałam taki obrót sprawy i dzień wcześniej sporządziłam kaczkę w pomarańczach, którą teraz w cieple domowego zacisza uroczyście podam na kolację. Po zimowym spacerze kolacja smakuje wybornie. Inna rzecz, że ta kaczka to był mój prawdziwy majstersztyk kulinarny, mniam, mniam i palce lizać. Żurek z jajkami (od zielononóżki) dopełnił szczęścia i brzuchy moich podopiecznych tak bardzo, że zmorzył ich sen.
No tak... dobrze, że zabrałam ze sobą glinę. Dzięki temu mam teraz co robić. Zanim Panowie zbudzą się z wieczornej drzemki na stoliku leżą już gliniane kalie, kamelie, róże i... sikorki.
Do późnych godzin nocnych Marek z Matim grają w gry planszowe, tata emocjonuje się meczem a ja nareszcie mam czas na czytanie… o Szczawnicy, o Jaworkach, o Krościenku…

31.12.2014 r.

Urodziny Marka. Budzę go uroczyście z prezentem. Wiem, że się z niego ucieszy, bo nawet nie podejrzewał, że zdążę uszyć zamówiony plecak. Nie obeszło się bez perturbacji. Złamałam ostatnią igłę, więc dzieło musiałam dokończyć ręcznie, ale warto było. Marek jest zadowolony i zachwycony, a o to chodziło.
Zjadamy wykwintne urodzinowe śniadanie i szybko zbieramy się na wycieczkę.
Miała być dzisiaj pogoda i jest. Razem z nią 15 stopniowy mróz. Akumulator się rozładował… do Jaworek zatem nie pojedziemy… na Wysoką nie pójdziemy… chyba tylko ja się tym martwię. Bez zbędnej zwłoki udajemy się na stację kolejki linowej "Palenica" i po krótkim oczekiwaniu na jej uruchomienie (jesteśmy pierwszymi klientami) wjeżdżamy na Palenicę.

A tam cuda!
W śniegu i słońcu skrzą się szczyty Trzech Koron i Sokolicy, w oddali lśnią Tatry! Idziemy na Szafranówkę, a potem podejmujemy próbę dalszej wędrówki... na Wysoki Wierch.

Mniej więcej po godzinie wszyscy już wiemy, że wielopokoleniowe zimowe wędrówki to pomysł z piekła rodem. Zgodnie wracamy na Palenicę i na słonecznym tarasie napełniając brzuchy dostępnymi w Barze Groń specjałami sycimy oczy górskimi pejzażami. Jest wymarzona, słoneczna i mroźna zima.

Wracamy na obiad do Szczawnicy i potem znów udajemy się na spacer po mieście.

I kompletnie nie wiem jak to się dzieje, że znów gna nas w góry!
Tata czuje się oszukany. Bo gdyby wiedział, to zabrałby ze sobą kijki trekkingowe, a tymczasem musi drapać się pod śliską górkę na Bryjarkę.
Pech chciał, że stało się inaczej. My poszliśmy na Bryjarkę, a tata ul. Języki, drogą dojazdową do schroniska, gnał w górę. Zgubiliśmy tatę! Tym razem doceniłam dobrodziejstwo telefonii komórkowej. W imieniu naszej ekipy nakazałam Markowi zdobywać Bryjarkę mimo wszystko, a ja pognałam w dół, a potem znów w górę za tatą.

Mijamy dwie serpentyny i już jesteśmy na prostej. Prawie doszliśmy do Bacówki pod Bereśnikiem, kiedy zapadający szybko zmierzch nakłonił nas do powrotu. Po drodze mijaliśmy wielu młodych ludzi wchodzących na szczyt z wypaśnymi plecakami. Ach jaka szkoda, że tata nie zabrał tych kijów… Moglibyśmy wtedy wejść do bacówki na kubek czegoś rozgrzewającego i nie koniecznie herbacianego. Dziś Sylwester! Schodzimy póki widać co nieco.
Nieoczekiwanie na ulicy Zdrojowej, przy Punkcie Informacyjnym, spotykamy Marka fotografującego szczawnickie domy w zimowo-nocnej scenerii. Jest tak pochłonięty pracą, że ledwo co nas zauważa.
Dosłownie w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem sklepiku, kupuję kilka numerów kwartalnika „Pieniny”.
Zauroczyły mnie czerwone, metalowe, ręcznie malowane dzwonki, ale nie umiałam zdecydować się który wybrać,więc ostateczny zakup odkładam w czasie.

Udaje nam się nawet zdążyć na wieczorną mszę. Miałam ochotę pośpiewać kolędy, ale tempo w jakim szczawniczanie śpiewają, nie leży w moim temperamencie.
Nie było organisty, ksiądz przeprasza… i ma za co ;-) …
Bo takiego zawodzenia dawno nie słyszałam.

Wykwintną kolację znów zjadamy w domowym zaciszu wynajętej kwatery ;-) Kwartalniki wędrują z rąk do rąk, każdy znajduje coś dla siebie interesującego. Koniecznie muszę dokupić archiwalne numery! Takie bogactwo informacji, tak zgrabnym językiem napisane, wspaniałe zdjęcia - jestem urzeczona pismem. Tatę trudno oderwać od lektury, a Mateusza od... klawiatury. Ech, ten Internet!
Wkrótce zbieramy się na sylwestrowy koncert i pokaz sztucznych ogni. Na polu siarczysty mróz zmusza nas do ruszania się, w oczekiwaniu na Nowy Rok spacerujemy zatem wzdłuż Grajcarka. Zanim wybija północ, tu i ówdzie, co bardziej niecierpliwi odpalają fajerwerki. Prawdziwy pokaz zaczyna się punktualnie o północy. Przez pół godziny cieszymy się tym niecodziennym widowiskiem.

Szczęśliwego Nowego Roku! - słychać zewsząd radosne życzenia.

Dorota B-S
Podziel się z innymi swoją opinią...