Relacje z trekkingów
odstepnik

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

swinica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

świnica

kreska_pionowa_czarna kreska_pionowa_szara
Świnickie niepokoje


     Świnica jakoś nigdy nie zagościła na liście moich upragnionych szczytów. Sama nie wiem dlaczego ale nigdy nie przemknęło mi nawet przez myśl, że chciałabym tam być. Kiedy ta myśl pojawiła się - po prostu ją zrealizowałam.

   Okazja nadarzyła się sama kiedy to moi rodzice, zauroczeni Morskim Okiem, nabrali ochoty na bliższe poznanie Tatr. Aby nie zniechęć ich nadmiernym wysiłkiem fizycznym a zachęcić do dalszych wędrówek zaproponowałam im wjazd kolejką linową na Kasprowy Wierch. Dla mnie również było to ciekawe doświadczenie- poznałam świat niedzielnych turystów. Wyjechaliśmy późno więc chcąc w tym dniu wejść na Świnicę Marek i ja również skorzystaliśmy z kolejki linowej. Czułam się w tej sytuacji dość obco i nieswojo , nadal mam wątpliwość czy takie wejście na Świnicę jest pełnoprawne. 977 metrów w 20 minut, absolutnie bez wysiłku ? Pozostałe 314 metrów to drobiazg. Jednak stojąc na szczycie Kasprowego jedynie tamten kierunek nas pociągał.

   Natychmiast kiedy wysiedliśmy z wagonika zaczął siąpić drobny deszcz. Było mi smutno z tego powodu, bo nie mogliśmy wybrać się na spacer z moimi rodzicami po okolicy. Zjedliśmy wspólny posiłek i rodzice postanowili przeczekać deszcz obiecując nam, że natychmiast jak tylko przestanie padać wejdą na Beskid . Uspokojeni tym zapewnieniem powlekamy się w plastik i wyruszamy na szlak. Nikt poza nami nie zmierza w tym kierunku za to liczne rzesze napierają na nas z przodu.

   Kiedy dochodzimy do Przełęczy Liliowe deszcz wzmaga się i z dwu stron słychać złowrogie pomrukiwania burzy- jedna szaleje nad Tatrami Niżnymi a druga w okolicach Nowego Targu. Po chwili lecą na nas z nieba bolesne gradowe cięgi.  Jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie mamy zamiar po dojściu do Świńskiej Przełęczy zejść do Doliny Gąsienicowej. Marek szybko dokonał inwentaryzacji i podsumował, że mamy około cztery kilogramy najróżniejszego metalu przy sobie: 2 pary raków, aparat fotograficzny, dwa obiektywy, kilka baterii, kijki trekingowe, aparaty komórkowe... A na szlaku łańcuchy też przyciągają pioruny. Marek próbuje odwlec mnie od powziętej decyzji ale na szczęście kiedy stoimy na przełęczy rozpogadza się i wszystkie znaki na niebie zdają się świadczyć, że burza przechodzi bokiem.

   No to idziemy! Sami. Wszyscy już schodzą. Cóż się dziwić- jest 15! Mniej więcej pół godziny przed szczytem na powrót rozlegają się grzmoty i właśnie wtedy Marek dostrzega na szlaku wielki głaz idealnie przecięty na pół. Oboje mamy takie samo skojarzenie- trafił w niego piorun!!! Marek odwołuje się do mojego zdrowego rozsądku i tu polega na polu bitwy! Właśnie słowo "zdrowego" przypomina mi, że noszę w sobie barometr! Nigdy mnie nie myli! Zawsze kiedy ma nadejść burza mój mózg zdaje się eksplodować i sprawia wrażenie, że za moment wypłynie mi oczami i uszami. Ale tym razem nic takiego się nie dzieje. Informuje o tym Marka ale ten subiektywny argument nie przekonuje go. Trzyma się bardziej racjonalnych przekonań i postanawia, że zwiększymy dystans między sobą co ma zapewnić nam przetrwanie. Wtedy piorun porazi tylko jedno z nas a to drugie będzie świadczyć ofierze szybką pomoc przedmedyczną. Rozglądam się wokół i poza dalekimi odgłosami burzy brak dowodów na nadciągającą nawałnicę. A do szczytu zaledwie pół godziny! Pytam schodzących ze góry chłopaków jak się tam sprawy mają. Uspokajają mnie, że najgorsze już minęło, na szczycie i w najbliższej jego okolicy brak dowodów na nadciągającą burzę.

   Idę. Marek pięćdziesiąt metrów za mną posuwa się w górę bez przekonania. Potem, kiedy jesteśmy już z powrotem na przełęczy opowiada mi, że wczoraj przeczytał w necie o tragedii , która wydarzyła się 15 sierpnia 1939 roku. Wówczas od porażenia piorunem i paniki jaką wywołał ten dramat zginęło sześć osób. Wiedziałam, że Świnica jest bardzo niebezpieczna w czasie burzy ale co innego taka konkretna wiadomość. W obrębie masywu Świnicy wydarzyło się sporo wypadków śmiertelnych (łącznie ok. 30 – w tym kilka samobójstw). Pod tym względem tylko Giewont ma gorszą sławę. Jednak póki co nie pada i nie grzmi więc idziemy dalej.

   Ostatni odcinek trasy biegnie od wschodniej strony góry i stopniowo jak zbliżamy się do szczytu, wyłania się przed nami Dolina Pięciu Stawów Polskich ze wszystkimi swoimi urokami. Z tej perspektywy widzę ją po raz pierwszy i wzbudza mój zachwyt. Ilekroć byłam na Orlej Perci zawsze chmury zasłaniały mi te przecudne widoki.

   Na szczycie spotyka nas nagroda- świeci cudowne słońce a panorama nadal zapiera dech w piersiach. Marek wreszcie zrzuca z siebie pelerynę. Oprócz nas na szczycie znajduje się jeszcze kilkunastoosobowa grupa młodych mężczyzn. Wśród nich chłopak, dla którego wyjście na szczyt było sporym wyzwaniem. Widząc jak wielkie wsparcie otrzymuje od swoich kompanów jestem o niego spokojna. Robię im pamiątkowe zdjęcia z widokiem na Rysy i Krywań, do których wdzięcznie pozują. Potem zamieniamy się rolami i pozujemy my. To nasze jedyne wspólne zdjęcie z tej wędrówki. Po krótkiej wymianie wrażeń i informacji na temat cen biletów na kolejkę linową chłopcy podejmują zejście i zostajemy na kilka minut sami na szczycie.

   Czuję radość, że pogoda nam dopisała. Marek dzwoni do moich rodziców i informuje ich, że właśnie teraz do nich machamy. Ale w tym momencie oni są w drodze powrotnej do Kuźnic i za chwilkę wysiądą z kolejki. Nie ma szans abyśmy spotkali się z nimi o 18:00 na parkingu. Nie ma też szans abyśmy się z nimi spotkali wcześniej niż około 20. Kusi nas zejście do Zawratu ale porzucamy szybko tę myśl i decydujemy się zejść do Przełęczy Świnickiej. W drodze powrotnej przydają się momentami łańcuchy, zwłaszcza na „zakręcie”, gdzie jest stromo, wąsko i ślisko. Śpieszymy się wracając, jednak unoszące się z dolinek chmury wyglądają niezwykle malowniczo i nie sposób pozostać na nie obojętnym.

   Schodzimy czarnym szlakiem do Roztoki Stawiańskiej, zarzuconej głazami i licznymi stawami, którym zawdzięcza swoja nazwę. Są to: Jedyniak, Samotniak, Dwoiśniak, Troiśniak, Litworowy Staw Gąsienicowy, Dwoisty Staw Gąsienicowy i Mokra Jama. Wiją się tu liczne niewielkie strumyki, których woda często zanika, wpływając do podziemnych szczelin pomiędzy głazami. Ich brzegi porastają obficie kaczeńce.

   Wiosna! W Tatrach wciąż wiosna. Przysiadamy na szlaku i Marek natychmiast dostrzega parę młodych koziołków wesoło baraszkujących na śnieżnym płacie. Nieopodal nas na skalnej półce stoi samotnie dorosła kozica. Czują się swobodnie więc nie spłoszone łatwo dają się fotografować.

   Kolejny postój robimy sobie przy Zielonym Stawie, gdzie zaczepia nas para Słowaków i wypytuje o warunki na Świnicy, na którą zamierzają jutro wejść. Są otwarci i przyjaźni, przyjemnie jest z nimi posiedzieć. Opowiadają o swoim wejściu na Szatana i choć rozmowa z nimi jest interesująca szybko się żegnamy. Oni zmierzają do Murowańca a my omijamy schronisko górą. Jednak nieopodal Betlejemki Marek buntuje się i „żąda” kolacji. Przysiadamy na ławeczce obok innej pary i znów wdajemy się w rozmowę. Chłopak z dziewczyną chcą jutro przejść do Doliny Pięciu Stawów i najchętniej udaliby się przez Zawrat. Spoglądam na ich obuwie i pytam czy mają coś poza tym. Kiwają przecząco głowami. Stanowczo odradzamy im tę trasę. Nasze zdane popiera przechodzący obok chłopak, który właśnie stamtąd wraca. Oprócz trekingowych butów zaleca jeszcze raki i czekan. Nasi interlokutorzy nie wyglądają na usatysfakcjonowanych i mam przykre wrażenie, że mimo naszych przestróg mają zamiar w tzw. „halówkach” wyjść na zaśnieżony i oblodzony szlak. Uważają swoje buty za bardzo wygodne. Podzielam ich opinie jednak nadal zwracam ich uwagę na fakty. Tak jak w butach trekingowych nie da się tańczyć i biegać tak w butach do biegania nie uprawia się wysokogórskich wędrówek. Marek proponuje im zejść do Piątki przez Krzyżne. Kiedy odchodzimy mam cichą nadzieję, że tak właśnie postąpią. Teraz spieszymy się okropnie.

   Na Skupniowym Upłazie ukwiecone zbocza znów sprowadzają nas na manowce. Kwitną goryczki tak szafirowe jak nic na świcie, karminowe storczyki, dębik ośmiopłatkowy, lepnica bezłodygowa, urdziki, tłustosz alpejski. Jak ja nie lubię się spieszyć! W milczącej prośbie podsuwam Markowi nasadkę makro. Mnie z wysiłku drżą ręce a warunki oświetleniowe są dość trudne, wiem, że nie poradzę sobie z aparatem o wadze ponad kilkogramowej. Marek sprawnie zbiera kwiaty w fotograficzny bukiet i znów biegiem w dół.

   Dochodzimy do Kuźnic parę minut przed ósmą. Tam pusto i cicho. Zatem piechotą, po asfalcie zmierzamy na parking. Moi rodzice grzecznie siedzą na ławeczce pod krokwią i nie wierzą, że możemy być zmęczeni. Podobno tak nie wyglądaliśmy. I proszę jak pozory mylą!

   Po powrocie do domu kiedy oglądam zdjęcia nachodzi mnie budząca niepokój refleksja. Gdzie jest ta cienka, subtelna granica rozdzielająca odwagę od brawury? Kiedy racjonalizujemy swoje lęki a kiedy myślimy roztropnie? I czy potrafimy być obiektywni kiedy emocje zdominują nasze myśli?

   Burza była zaledwie kilkadziesiąt kilometrów obok nas. Silny wiatr wieje z prędkością 10 m/s, bardzo silny 14 a nawet 17m/s a gwałtowny już dochodzi do 20. W mojej ocenie wtedy wiał tylko umiarkowany więc jego prędkość mogła mieć jakieś 8m/s. W czasie burzy chmury przesuwają się z prędkością 70km na godzinę. Byliśmy pół godziny przed szczytem. Obliczyłam, że w najgorszym razie jeśli jednak zdecydujemy się iść na szczyt to burza dopadnie nas w pobliżu Świnickiej Przełęczy albo jeśli wracamy to w Dolinie Gąsienicowej, też na otwartej przestrzeni. Burza w górach może być tylko niebezpieczna albo bardzo niebezpieczna. Jednej doświadczyłam w Tatrach Zachodnich tuż przed szczytem Kończystego Wierchu, dosłownie kilkunastu metrów nam wtedy brakło aby stanąć na szczycie. Zawróciliśmy.

   Więc tak sobie teraz myślę… że chyba jednak nie uczę się na błędach.
A może jednak w trudnej sytuacji zdając się na logikę działamy racjonalnie i konstruktywnie? A intuicja?
No i jeszcze szczęście.
Ech! Cienka ta granica, oj cienka!


Dorota 2011-06-05






zobacz wszystkie zdjęcia
Podziel się z innymi swoją opinią...