Ciekawość świata

Kiedy byliśmy tu w ubiegłym roku, spodobało się nam tak bardzo, że zechcieliśmy wrócić tu ponownie. Na wycieczkę zaprosiliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę tym samym zapewniając sobie i Mateuszowi świetne towarzystwo. O dziwo, asfaltowa droga do baru… okazała się być fascynującą krainą motyli - oswojonych. Te efemeryczne, eteryczne stworzonka nic sobie nie robiły z naszej obecności i pozwalały się fotografować nawet z bardzo bliska. Nigdy wcześniej nie miałam okazji spotkać aż tylu cytrynków na raz!

Mateusz z Piotrem w mig zapełniali pamięć kart w aparatach i wciąż odczuwali niedosyt. Czyżby męczyło ich przeczucie, że jeszcze tego najlepszego zdjęcia nie zrobili i nadal trzeba śledzić motyle aby upolować najbardziej zachwycający kadr? Przyznaję, że zadanie mieli trudne. W ostrym słońcu trudno im było sprostać tak ekstremalnym warunkom a mimo to uważam, że znakomicie poradzili sobie zarówno z szybko zmieniającymi się warunkami oświetlenia jak i zmieniającymi swe położenie owadami. Rezultat starań Mateusza widać na załączonych zdjęciach więc… sami oceńcie. Ja, mama, jestem dumna z jego dokonań entomologiczno-fotograficznych.

Do baru dochodzimy w ustalonym czasie i natychmiast zmierzamy do jadalni. Każdy zamawia to co lubi i na pół godziny oddajemy się przyjemnej degustacji słowackich specjałów, po której jedni zapadają w półgodzinna drzemkę a drudzy… w wodę. Chłopców rozpiera energia więc zaspokajając ciekawość świata skaczą po przybrzeżnych kamieniach lekceważąc czyhające na nich pułapki natury. No i stało się. Pozornie stabilny kamień chwieje się zdradziecko i Piotr wpada do wody jedną nogą. Wraz z mokrym wnętrzem buta pojawia się problem etyczny: „ Czy zatajenie prawdy jest kłamstwem czy też działaniem skrajnie empatycznym dokonanym w celu ochrony komfortu psychicznego mamy?” Mama „zapadnięta” w krótka drzemkę na razie niczego nie spostrzegła. Tata pochłonięty obserwacją otoczenia ( w szeroko rozumianym sensie) też niczego nie zauważył. Marek dokumentujący zdarzenie przez zoom podąża z pomocą. Wylewamy wodę z buta, prędko suszymy chusteczkami wierząc w ich moc higroskopijną, przebieramy skarpetki kończąc dokładnie na kilka sekund przez przebudzeniem się Mamy. Uf! Niebezpieczeństwo zażegnane?

-„ A czyje ty masz Piotruś skarpetki” - pyta przytomnie Mama kilka minut później na szlaku. Biorę winę na siebie za zatajenie. Mama nie robi z tego żadnej afery, w końcu jest ciepło i nic mu nie będzie- podsumowuje dając mi tymi słowami rozgrzeszenie. Też tak uważam J Bo jakże trudno jest poskromić chłopięcą naturę zdobywcy? A poza tym czy wolno nam to robić dzieciom? Ujarzmiać ich spontaniczność, ugrzecznić, oszczędzać, zagłuszać ciekawość? Warto uczyć ostrożności ale nie asekuranctwa. Zabraniać też trzeba, jednak w naprawdę uzasadnionych sytuacjach, wtedy będziemy wiarygodni. Świat pełen jest jeszcze nieodgadnionych tajemnic. Kto je odkryje jeśli stłumimy u dzieci potrzebę poznania i doświadczenia? Niech chłopaki nauczą się nie ufać kamieniom na płytkim terenie bo lepiej jak wpadną po kostki a nie po uszy. Czy mówiłam im, że kamienie mogą się ruszać i wtedy wpadną do wody tracąc równowagę? Jasne, że mówiłam. Mati wpadł zimą w wodospadach Zimnej Wody więc tym razem był sprytniejszy i sprawdzał stabilność kamieni zanim na nich stanął. Piotruś to doświadczenie miał jeszcze przed sobą.

Parasol rodzicielskiej ochrony musi być adekwatny do sytuacji. *
Chłopaki dzielnie zdobywają kolejne stawy z nieco większą uwagą stąpając po przybrzeżnych kamieniach. Przy każdym odpoczywamy podziwiając szczyty Tatr Zachodnich. Grań Rakonia, Wołowca i obu Rohaczy wyraźną kreską rysują się na malowniczym niebie. Góry odbijają się w stawach pomnażając zieleń. Rozpiera mnie radość. Kiedy moi kompani zjadają suchy prowiant/ekwiwalent obiadu ja penetruję brzeg stawu w poszukiwaniu najciekawszej perspektywy. Na dłuższy odpoczynek pozwalamy sobie na brzegu ostatniego stawku. Teraz to mamy już z górki! Teraz to możemy leniuchować!

Wracamy wolnym tempem. Popołudniowe słońce miękkim światłem otula szczyty i doliny. Znów jestem na końcu. Z miłosną górską czy bez? Kadruję dolinę… w niemym zachwycie. Schodzimy. Przy wodospadach Marek przejmuje aparat. Moje zmęczone dłonie mają problem z utrzymaniem mojej ukochanej 40 w bezruchu na długich czasach. I fajnie! Dzięki tej „ułomności” mam świetne zdjęcie z chłopakami nad wodospadem. Stamtąd już tylko rzut beretem na parking.

Zrobiłam setki zdjęć. Spośród nich Marek wybierze zaledwie trzydzieści i kilka. Adekwatnie wybierze. Ale ja i tak zostanę w przeświadczeniu, że te najciekawsze zostały do zrobienia. Wracamy znowu asfaltowa drogą. Piotr z Mateuszem gnają przodem.
My gnamy nieco wolniej
Bo My lubimy wolniej.
Nam się już nigdzie nie śpieszy!
My…mamy dużo czasu…


* Jakże często w najróżniejszych miejscach słyszałam przerażone mamy troskliwie zabraniające swym pociechom a to spocenia się, a to zbrudzenia albo złamania wszystkich kończyn naraz. I jak tu nie zostać sparaliżowanym? Dzieci nadmiernie skupiając się na czyhających rzekomo zagrożeniom tracą zaufanie zarówno do otaczającego świata jak i własnego ciała. Spinają swoje mięśnie, kurczą się w sobie i z czasem, już jako dorośli, przestają je czuć. Ileż mądrości kryje się w plemiennych rytuałach przejścia. Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Biegałam po podwórku nieraz raniąc do krwi kolana, wspinałam się na drzewa, właziłam na płoty, robiłam bomby z błota, lepiłam z gliny, biegałam boso po ściernisku i nikt się nie martwił bakteriami albo alergenami. Latem kąpaliśmy się w rzece nie bacząc na temperaturę wody i nikt nie umarł na zapalenie płuc ani się nie utopił. Zjadaliśmy wygrzebane z popiołu pieczone ziemniaki, wytarganą z grządki rzepę, zaledwie lekko zaróżowione czereśnie majowe siedząc na gałęziach, papraliśmy się w kałużach. Za to do szkoły chodziliśmy w granatowych fartuchach przyozdobionych obowiązkowymi białymi kołnierzykami i tarczami. Nauczyciele znali nasze imiona.
Inny świat?
Teraz dzieci uczęszczają na lekcje tańca, gry na instrumencie, uczą się od przedszkola języka obcego, surfują po necie, czatują, mailują, i mms-ują, sms-ują, Przytłacza je nadmiar możliwości i brak umiejętności dokonywania wyborów. Bywa, że ochrona rodziców sięga tak daleko , że nie ponoszą również konsekwencji popełnianych błędów.
Wszystko ze znieczuleniem?
Bez bólu?
Rozwijamy się poprzez frustrację. Wtedy poznajemy właśnie swoje mocne i słabe strony. Wtedy też mamy , zarówno jako dzieci jak i dorośli, sposobność do skorzystania z własnej mocy. Nie pamiętam już jak bolało mnie skaleczone do krwi kolano. Jednak pamiętam dumę z jaką nosiłam blizny po szlace - zazdrościli mi ich nawet chłopcy z sąsiedztwa. Potem już z dużo mniejszym impetem wchodziłam w wiraż.
Moje dzieciństwo? Miałam więcej swobody ale też większe były wobec mnie wymagania i większe ponosiłam konsekwencje swoich zachowań.
Ja i moi rówieśnicy mieliśmy marzenia, spełnialiśmy je. Muszę się teraz mocno pilnować aby jako Mama, ta która kocha nad życie i do szaleństwa i jak stąd dookoła świata, była tą która wspiera a nie wyręcza/ogranicza. Jakie to wspaniałe móc być Mamą.

Dorota 2011-07-17
Podziel się z innymi swoją opinią...