Relacje z trekkingów
odstepnik

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

jesienne stawy rohackie

kreska_pionowa_czarna kreska_pionowa_szara
Rohacze i Paciorkowce


       Stawy Rohackie, cztery na trzech różnych poziomach w słowackiej części Tatr Zachodnich, po raz pierwszy zobaczyłam z Rakonia. Wyżni, Pośredni, Mały i Niżny, zwany też Orawskim Morskim Okiem- wtulone w zbocza Rohaczy mieniąc się jak modre oka , wabiły mnie swoim wdziękiem za każdym razem gdy zagnało mnie w tamte strony. Wczesną wiosną, latem i jesienią wpatrywałam się w nie to z Wołowca, to z Rohacza za każdym razem z coraz większym zauroczeniem. „Każdy jest innego pochodzenia”- przeczytałam w przewodniku, co zdumiało mnie. Najniższy z nich powstał na dnie polodowcowego kotła, dwa środkowe znajdują się w korycie wyżłobionym przez lodowiec zaś najwyżej położony powstał na dnie zbiornika firnowego. Marek słucha i już wie.

       Wędrówkę rozpoczynamy od parkingu przy Zwierówce. Wraz ze sporą grupą Słowaków wędrujemy czerwonym szlakiem asfaltową drogą , biegnącą wzdłuż Rohackiego Potoku do Adamculi. Tam towarzystwo dzieli się wybierając żółty, biegnący wraz z niebieskim, bądź czerwony szlak. My decydujemy się kontynuować dotychczasową trasę ponieważ mamy zamiar stawy poznawać od najniższego.

       Po ponad godzinnym marszu docieramy do Tetliakowej Chaty i natychmiast skręcamy nad Stawek Tetliaka. W schronisku panuje niemiłosierny tłok więc decydujemy się na krótki odpoczynek w barwnym otoczeniu stawku. Gęstniejące nad szczytami chmury mobilizują nas do dalszej wędrówki. Podążając zielonym szlakiem Smutną Doliną marzymy jeszcze o wejściu na Smutną Przełęcz ale przy rozstaju szlaków, kiedy zupełnie znika nam z oczu cała grań porzucamy tę myśl. Tu, w dolince, istny festiwal barw: żółte liście brzozy, czerwień jarzębin i listków borówek, brązy paproci.

       Po 45 minutach docieramy pod Niżny Staw Rohacki znajdujący się 1562 m n.p.m., największy w całych Tatrach Zachodnich ( 2,22 ha, 7 m głębokości). Rakoń, Wołowiec i Rohacze prezentują się z jego brzegów niezwykle malowniczo. Markowi i mnie na krótko dane było cieszyć się tym widokiem kiedy to na kilka sekund pojawiła się wyrwa w grubej gęstwinie szybko przesuwających się chmur. Na wędrówkę w te okolice wybraliśmy październik, kolorowy ale i kapryśny. Szczyty szybko zakryły ciężkie chmury a staw przybrał stalowo szarą barwę. Nad brzegiem stawu, w młakach, kwitną wiosną knieć górska, omiegi, modrzyk, zaś wczesnym latem miłosna i rdest wężownik. Jesienią nie ma po nich śladu.

       Stawy Pośredni i Mały mieszczą się 1653m n.p.m. Tam dopada nas silny wiatr i odczuwam makabryczne dreszcze więc aby posilić się niesionymi ze sobą kanapkami ubieram kurtkę i omotana w chusty zaszywam się w kosodrzewinie. Mój poranny ból gardła nasila się i z trudem przełykam smaczne kęsy. Na szczęście w plecaku mamy miodowe tabletki do ssania i aerozol. Przynoszą ulgę na krótko więc sięgam po nie raz po raz co wzbudza zainteresowanie Marka. „Pokaż gardło”- żąda. Odmawiam. Obok nas pędzą skąpo odziani słowaccy turyści. Po kilku minutach ruszamy dalej.

       Wyżni Staw Rohacki, równie malowniczy jak poprzednie, położony jest na wysokości 1718 m n.p.m. u podnóża Zielonego Wierchu Rohackiego, za którymi wznoszą się Trzy Kopy (2150m n.p.m.). Nie widać ich ale wiemy, że tam są i mamy nadzieję w przyszłym roku wdrapać się na nie. Naczytałam się, że są równie trudne jak polska Orla Perć, miejscami o dużej ekspozycji, podobno piękniejsze od Rohaczy.

       Tymczasem żal nam żegnać się ze Stawkami i zamiast zejść niebieskim szlakiem do Adamculi, wbrew logice, wybieramy zejście dłuższe a na dodatek tą samą drogą tracąc w ten sposób okazję do zobaczenia Rohackiego Wodospadu.

       Przy Niżnym Stawie zgadzam się pokazać Markowi gardło jednak stawiam warunek: ma zrobić zdjęcie moich migdałków. A co? Też chcę je zobaczyć! Marek spełnia moją prośbę i z tryumfem pokazuje mi perfekcyjnie wykonane w makro zdjęcie, które bez wahania można umieścić w akademickim podręczniku jako ilustrację anginy, istne królestwo paciorkowców. Nie przyznaję się do dreszczy, co przychodzi mi tym łatwiej, że mowa sprawia mi ból. Przy Tetliakowej Chacie dezynfekujemy gardła ( Marek czysto prewencyjnie) nalewką żurawinową, do skosztowania której zachęciła nas pani bufetowa.

       Droga powrotna samochodem urozmaicona jest kilkoma postojami. Podczas gdy ja trzęsę się z zimna szczelnie zawinięta w nasze kurki, polary i koce Marek cierpi straszne katusze. Strumień gorącego powietrza ze wszystkich dysz leci w prawdzie na mnie ale ostatecznie i tak rozchodzi się po całym samochodzie więc Marek z trudem odnajduje się tej temperaturze. Ostatecznie, przekonany logiką moich argumentów, zgadza się zamknąć ogrzewanie. Przecież tak czy siak jest mi zimno.

       Niedzielę spędzam w łóżku na oglądaniu zdjęć z naszej jesiennej wędrówki. Trafnie dobrany antybiotyk i troskliwa opieka Marka pozwoliły mi na szybki powrót do zdrowia. Jesienne pejzaże zrobiły na nas wielkie wrażenie, rozbudziły wyobraźnię. Oboje jesteśmy zgodni co do wiosennego powrotu w te strony.

odstepnik





Dorota 2010-10-04


zobacz wszystkie zdjęcia

Podziel się z innymi swoją opinią...