Fotorelacja

strona głównaprzez drogi i bezdrożarelacjeStarorobociański Wierch



Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.)
Tatry Zachodnie
49°11'58″ N    19°49'15″ E

„Lato z ptakami odchodzi,
wiatr skręca liście w warkoczach,
dywanem pokrywa szlaki,
szkarłaty wiesza na zboczach.
Przyobleka myśli w kolory,
w liści złoto, buków purpurę...”





Pożegnanie lata
na StaroRObociańskim



26 sierpnia 2013
Na pograniczu lata i jesieni wybrałam się w to magiczne miejsce z przyjaciółką i jej synem, Michałem. Wyjścia na górskie wędrówki miałyśmy szczegółowo zaplanowane :-) O to postarałam się ja. Korzystając z mojego ulubionego górskiego portalu jakim jest hiking.sk obliczyłam czasy przejść, przeanalizowałam nachylenia na poszczególnych szlakach wraz z przewyższeniami. Ostateczna decyzja miała jednak zapaść w trakcie wycieczki: Jarząbczy albo Starorobociański (też wolałabym aby nazywał się Starobociański, bo lubię bardzo bociany, ale tych w Tatrach nie spotkałam nigdy).
Na szlak wyruszyliśmy ze schroniska na Hali Chochołowskiej o 7:30. Będąc przekonani, że wkrótce z nieba lunie deszcz, nie śpieszyliśmy się wcale. Pocieszałyśmy się z Kasią, że na Trzydniowiański Wierch tak czy owak wejdziemy. Stąpając z nogi na nogę zatrzymywaliśmy się często aby podziwiać urodę kwitnących kiprzyc, smakować słodycz czarnych jagód, albo napawać się zapachem wrzosów. Tuż przed szczytem Trzydniowiańskiego spotkaliśmy pierwszych, wracających z Kończystego Wierchu turystów. Żartowali z pogody tym samym pozbawiając nas resztek nadziei na jakiekolwiek widoki. Wszechogarniająca mgła zniechęciła do dalszej wędrówki dwie młode dziewczyny, które stwierdziły, że wciąż mają w pamięci rozległe panoramy ze Starorobociańskiego i nie będą wchodzić tam teraz po próżnicy. Sic!... Popatrzyłyśmy po sobie z lekkim niepokojem badając wzajemnie poziom motywacji. Idziemy dalej. Na szczycie Trzydniowiańskiego mgła, kolejno napotykani turyści informują nas o braku perspektyw na widoki. Ale przecież Kończysty Wierch (1994m n.p.m.) jest wyższy od Trzydniowiańskiego jest więc nadzieja, że szczyt będzie powyżej chmur (?).
Ale nie jest. Cóż...
Starorobociański jest za to najwyższym szczytem Tatr Zachodnich, ma już 2173 m n.p.m. Podpytuję schodzących z Gaborowej Przełęczy turystów co widzieli na Starorobociańskim. Jedni widzieli wyspy na oceanie mgieł, drudzy niebieskie niebo i słońce a w dole mgły... inni nic nie widzieli.
Kilka minut po mnie, na szczyt wdrapują się Kasia z Michałkiem. Przedstawiam im raport z moich badań pogodowych uczciwie, acz subiektywnie, informując, że 1/3 szans na widoki to… bardzo duże szanse, zaś przebłyskujące nad nami słońce mami wizją rozległych górskich panoram. Wbrew logice, po kilkuminutowym odpoczynku na szczycie Kończystego ruszamy na Starorobociański Wierch. I znów, tak jak 4 lata wcześniej, zmierzamy na szczyt zanurzeni w gęstej mgle. Rano skręciłam w schronisku prawą kostkę. Teraz kontuzja daje o sobie znać ze zdwojoną siłą. Nie przyznaję się do bólu moim kompanom choć Kasia nie daje się zwieść, natychmiast orientuje się w czym rzecz i ratuje mnie aplikując odpowiednie medykamenty. Dąsa się na mnie za mój totalny brak rozwagi. Nie sposób się z nią nie zgodzić więc potulnie milczę.
Zadziwiająco szybko stajemy na szczycie Starorobociańskiego Wierchu. Brak jakichkolwiek oznaczeń mocno nas rozczarowuje. Przecież to najwyższy szczyt polskiej części Tatr Zachodnich! Zdegustowane spoglądamy w niebo. Przeznaczamy kwadrans na odpoczynek a potem kolejny… wszystko w nadziei, że zobaczymy szczyty okolicznych gór niczym statki na oceanie. Wokół nas gęstnieje mgła. Wreszcie, po godzinie spędzonej na szczycie, decydujemy się na zejście. Smutno nam. Starorobociański odmawia nam nagrody.
Schodzimy w kierunku Gaborowej Przełęczy. Zejście jest bardzo strome. Cztery lata temu, także brnąc w chmurze, podchodziłyśmy tędy na szczyt. Chyba jednak wolę strome podejścia niż zejścia. Ale Starorobociański z każdej strony przypomina regularną piramidę; nie ma łagodnej trasy na jego szczyt.
I nagle cud!!! Tuż przed Liliowymi Turniami mgła opada odkrywając nam rąbek tajemnicy.
Zatrzymujemy się jakby w obawie, że przy następnym kroku, niebo znów zasunie nam widoki kurtyną szarych chmur. Mgły przepływają przez przełęcz a zaraz potem zsuwają się w głąb Doliny Starorobociańskiej. Nadal widzimy wyraźny kontur Liliowych Turni, które od czasu do czasu rozświetla ostre słońce. Jesteśmy oczarowani spektaklem mgły i światła, który natura roztacza nad przełęczami. Nad chmurami delikatnie wyłaniają się szczyty Ornaków.
Tym razem Starorobociański okazał się dla nas bardziej łaskawy. Za trzecim razem może uraczy nas całym swym bogactwem? Schodzimy do Gaborowej a potem do Siwej Przełęczy i bez ociągania ruszamy w dół czarnym szlakiem do Doliny Starorobociańskiej. Kije trekingowe bardzo się przydają na śliskiej, stromej ścieżce. Przed czasem dochodzimy do Doliny Chochołowskiej. Kasia i ja zjadamy w schronisku placki ziemniaczane a Michał delektuje się szarlotką.
To był dzień bez zaskakujących zwrotów akcji i tylko z jedną niespodzianką. Ale za to jaką!!! Tatry Zachodnie znów mnie uwiodły. Pierwszy wolny termin na wypad w Tatry – końcówka listopada… w sam raz na Ornaki.

„Idę w góry cieszyć się życiem,
oddać dłoniom halnego włosy…”

Do zobaczenia w listopadzie :-)
Dorota

PS.
Jesień... witam ją z radosną ulgą, że oto właśnie kończy się czas upałów a zaczyna subtelne a jakże mocne babie lato. Kocham w jesieni wszystkie jej przejawy, zaczynając od mgielnych, wilgotnych poranków, poprzez pachnące ziołami łąki, sady wypełnione aromatycznymi owocami, ziemniaczane wykopki aż po zaspy butwiejących liści i trawy spowite delikatną koronką szronu… Lubię moją spiżarkę wypełnioną słoikami smakowitych przetworów: dżemem z czarnego bzu, jarzębiny, owoców dzikiej róży i pigwy, dyni z gruszkami i ananasem z dodatkiem imbiru i cytryny albo brzoskwiń, a najlepiej wszystkiego razem. Bursztynowe ogórki w curry, rubinowe buraczki (to dla Justysi), konfitura z zielonych pomidorów i ceglasto-czerwone ajwary, zakuski, kolorowe chutneye stoją równiutko na drewnianych półkach. A kiedy wiszą tam jeszcze sznurki ususzonych grzybów to gotowa jestem nawet na nadejście zimy! Jeszcze tylko na czas posadzić nowe cebule tulipanów, narcyzów, puszkini i cebulic, szafirków i przebiśniegów i oczywiście krokusów… hiacyntów…szachownicy!
Tatry w tym roku mają ostrego konkurenta. Jest nim nasz ogród. Marek rozbudowuje skalniak a ja (w tajemnicy) dosadzam (z myślą o wiośnie) różaneczniki, róże, hortensje, irgi, szukając nieraz godzinami miejsca między złotokapami, berberysami, magnoliami, klonami i bukami… I jeszcze tylko żeby nie zapomnieć na czas wykopać mieczyki! Grabie ze starości postradały wszystkie zęby! A tu brzozy zaczynają rozplatać złote warkocze i gubią liście na potęgę. Doklejam do korkowej tablicy karteczkę KUPIĆ GRABIE… wciąż o tym zapominam. Ale o Tatrach nie sposób zapomnieć. Z ogrodu codziennie widzę Babią Górę, a to sprawia, że wciąż mam przed oczami panoramę Tatr, która widziana z jej szczytu rzuca na kolana. Marek niedawno wypatrzył nieopodal naszego domu miejsce, skąd przy dobrej pogodzie widać Tatry. I jak tu żyć bez Tatr?

Jesienią z największą radością wyruszam w góry i tam, zanurzając się w zapachy i dźwięki natury, gromadzę zapasy energii na resztę roku. Zmysłowa i wielowymiarowa jest dla mnie jesień w Tatrach, zwłaszcza w Tatrach Zachodnich, gdzie całymi dniami można wędrować mając przed oczami łagodne, i rozległe, płowo- brązowe granie z horyzontem najeżonym szczytami Tatr Wysokich. Tu jesień nabiera szczególnego uroku dzięki liliowym wrzosom, karminowym koralom jarzębin, głębokiemu fioletowi czarnych jagód i karmazynowym brusznicom.
To wspomnienie musi wystarczyć mi na resztę roku...
Następnego dnia, wczesnym rankiem spotykam na łące koło naszego domu stadko bocianów. Kroczą majestatycznie i nic sobie nie robią z mojej obecności.
Jednak szkoda, że nie Starobociański jest ten szczyt a właśnie Starorobociański.
Bociany szykowały się tego dnia do odlotu.
Następnego poranka polana świeciła pustkami. Odleciały!





dystans: 16,5 km
przewyższenie: 1280 m
Podziel się z innymi swoją opinią...