Sokolie na wspak
czyli rzecz o tym jak nie weszliśmy na Rozsudziec
    Lipiec już na półmetku, a my w tym roku jeszcze nie byliśmy w górach! To niebywałe, choć jak najbardziej zrozumiałe i wytłumaczalne. Sprawy związane ze zmianą naszego miejsca na Ziemi tak nas pochłonęły, że skutecznie tłamsiły tęsknotę za górskimi wędrówkami. Piętnastego lipca nadeszła ta chwila, kiedy zdecydowaliśmy znów stanąć na szlaku. Wybór nieprzypadkowo padł na Małą Fatrę, czyli tam gdzie przed sześcioma (z okładem) miesiącami ostatni raz wędrowaliśmy. W lipcowy niedzielny poranek, pełni optymizmu i sprężystej radości wyruszamy w kierunku Żyliny.
   Jak zwykle kluczymy wąskimi, lokalnymi drogami przez Ślemień, Oszczadnicę, Lutiše, by po niespełna trzech godzinach dotrzeć do Terchowej. Naszym dzisiejszym celem jest Veľký Rozsutec w paśmie Małej Fatry. Kiedy będąc tu ostatni raz, schodziliśmy z Ośnicy przez przełęcz Medziholie, przyrzekliśmy sobie wejść na tę górę jeszcze w tym roku. Ze względu na ochronę przyrody, Rozsudziec jest szczytem niedostępnym w okresie od 15 marca do 30 czerwca (wg. witryny "Národný park Malá Fatra", choć niektóre żródła podają zupełnie inne daty), zatem teraz jest odpowiedni czas na jego zdobywanie.
   Wjeżdżając do Terchowej przypominamy sobie spędzonego tu ostatniego Sylwestra. Dziś jest z nami Mateusz, więc ochoczo pokazujemy mu wszystkie "nasze" mijane po drodze miejsca. Obok błyszczącego niczym zbrojny rycerz, pomnika Juraja Jánošíka skręcamy w głąb Doliny Vratnej.
Po kilkuset metrach: STOP!
Droga zamknięta. Policja informuje, że na przejazd trzeba poczekać około godziny bo w Dolinie Vratnej właśnie trwają zawody kolarskie. Po krótkim rozważaniu co by tu w tej sytuacji począć, dochodzimy do wniosku że... Rozsudziec musi poczekać. Decydujemy się na wejście Zbójnickim Chodnikiem na Sokolie (alt.1171 m). Zostawiamy auto na poboczu drogi i zabrawszy tylko prowiant i wodę ruszamy w górę.
Jest kwadrans po jedenastej.
    18 listopada ubiegłego roku przeszliśmy dokładnie tę samą trasę, z tym że w odwrotnym kierunku. Dziś z konieczności idziemy na wspak. Dajemy nura w zieloną czeluść i wąziutką, stromą ścieżką, gęsiego pniemy się w górę. Już po kilku minutach natrafiamy na łańcuch. Mati jest conieco zdziwiony tym faktem, ale na jego twarzy maluje się zadowolenie: będzie trochę "ekstremki". Jak przystało na młodzieńca w jego wieku trudności i kłody leżące na drodze podnoszą prestiż wycieczki. Kilkoma susami pokonujemy łańcuch i wydostajemy się na pierwszy punkt widokowy.
   Jak tu ładnie! Choć przygrzewa ostre słońce, to na niebie nie brakuje malowniczych kłębiastych obłoków z lekko poszarzałymi brzuchami. Pogoda wymarzona do wspinaczki. Skałki na początku szlaku są bardzo malownicze i każdemu z nas nasuwają inne skojarzenia. To co dla mnie wydaje się byc wiewiórką, Mateuszowi przypomina dinozaura, zaś to co dla mnie jest Meksykaninem, innym przypomina posąg z Wyspy Wielkanocnej. Jedynie co do psa Huckelberry'ego jesteśmy wszyscy zgodni.
   Na szlaku spotykamy niewiele osób, lecz co ciekawe z wielu turystów spaceruje tu z psami. I to wcale nie kieszonkowymi. Zawsze miałem mieszane odczucia co do celowości zabierania psa w góry, ale przecież skoro przepisy pozwalają, to kto chce ten korzysta. Trochę szkoda, bo prawdopodobnie z tego powodu na tym szlaku poza psami w ogóle nie było innych zwierząt. Jedynie w odległości 200-300 metrów dostrzegliśmy szkolące się w locie młode ptaki drapieżne. Być może były to sokoły wędrowne, które mają tu stanowiska lęgowe, lecz znaczna odległość nie pozwoliła nam na jednoznaczne oznaczenie.
   Kolejny fragment trasy wiedzie trawersem po cienistym zboczu. Wokół spotykamy kwitnące lilie złotogłów, storczyki, naparstnice, driakwie i całe mnóstwo różnego rodzaju dzwonków. Na kilku metrach do skały przyczepione są żelazne poręcze asekuracyjne. Mati skrupulatnie, jak na matematyka przystało, liczy mijane po drodze pieczary, prawie przy każdej zatrzymując się, by sprawdzić jej wysokość i głębokość. Podobają się nam jego speleologiczne zapędy, choć równocześnie wymagają naszej wzmożonej czujności. Licho wszak nie śpi nigdy.
   W pewnym momencie szlak ostro skręca w lewo i stajemy przed kolejnym sztucznym ułatwieniem: pięciostopniowa, szeroka drabina pozwala na łatwe pokonanie kikumetrowej skalnej gardzieli. Kiedy stajemy na górze spotykamy się oko w oko z olbrzymim psem. Na pierwszy rzut oka wygląda na bernardyna, lecz z rozmowy z jego opiekunem dowiadujemy się, że to moskiewski pies stróżujący (moskowskaja storożewaja sobaka). W Polsce rasa ta znalazła się w rozporządzeniu MSWiA w sprawie wykazu ras psów uznawanych za agresywne i na posiadanie psa tej rasy potrzebne jest stosowne zezwolenie. Tutaj pies porusza się nawet bez kagańca. Co prawda z natury psy tej rasy są inteligentne i zrównaważone, jednak często bywają agresywne w stosunku do nieznanych im zwierząt i ludzi. Kiedy fotografowałem perypetie właściciela związane z pokonaniem drabiny jeszcze o tym nie wiedziałem. Pies za żadne skarby nie chciał zejść po drabinie, więc właściciel postanowił przenieść go na rękach (dorosły pies tej rasy waży 50-70kg). Ta próba też zakończyła się niepowodzeniem - na drugim stopniu zwierz dał susa w bok i odbiwszy się od skały skoczył w dół. Choć przygoda zakończyła się dla wszystkich szczęśliwie, to nadal nie jestem przekonany o celowości zabierania psów na skaliste, górskie ścieżki. Zwłaszcza takich psów!
   Niespieszno nam. Bo i po co się spieszyć? Nie mamy planu, nie mamy zadania, nie mamy presji... za to mamy siebie. Więc zachwycamy się porzeźbionymi przez wodę kamykami, zagonikiem rojników górskich, nasionami trawy... W pewnej chwili Mati zauważa na ścieżce śliczną ćmę. Jest tak wkomponowana w otoczenie, że nie możemy wyjść z podziwu: jak ON JĄ WYPATRZYŁ?
   Pół do trzeciej stajemy na rozstaju szlaków zwanym Malé Nocľahy. Tu musimy podjąć decyzję: czy iść dalej na Sokolie (ten odcinek szlaku już nie jest atrakcyjny jak poprzedni), czy może skręcić w prawo malowniczym wąwozem Obšívanka do Vyšnéh Kamenec? Obšívanka kusi, bo tamtędy jeszcze nie szliśmy, ale Sokolie zwycięża bo jest to w końcu szczyt, którego zdobyciem Mati będzie mógł się poszczycić. Zatem idziemy leśną ścieżką, która klucząc wsród ukrytych w lesie skałek tylko nieznacznie się wznosi ku górze. Tymczasem niebo coraz szczelniej zasnuwają chmury.
   Na szczycie Sokolego stajemy kilka minut po szesnastej.
   Podczas gdy zajadamy się przywiezionymi z domu smakołykami, chmury ustępują i słońce zalewa Dolinę Vratną. Czym prędzej fotografujemy rozległe panoramy i podziwiamy okoliczne, dobrze nam znane i schodzone szczyty: Stoh, Chleb, Hromowe, Krywań, Ośnica, Pupow... Jedynie Rozsudźce ciągle pozostają w sferze naszych marzeń. Rośnie tu też nieznany nam dotąd gatunek storczyka. Przed oczami wciąż mam zdjęcie zdobywców Sokolego z ubiegłego roku :-)
    Dłużej niż zwykle przesiadujemy na skalistym wierzchołku, bo jest tu naprawdę uroczo.
   Jest siedemnasta gdy zaczynamy zejście. Mati uznaje, że skoro nie ma już żadnych spektakularnych atrakcji, to nie ma co się ociągać i zasuwa w dół jak rasowy muflon. Ledwo możemy za nim nadążyć. Po wytraceniu 275 metrów wysokości zziajani dopadamy Przełęczy Przysłop.
    Od Przysłopu Mateusz z mamą wracają wolniejszym tempem, a ja śmigam do Tiesnav po samochód. Wracamy przez Żylinę, skąd zabieramy dwójkę mocno sponiewieranych autostopowiczów, wracających z festiwalu Bażant Pohoda.
Podziel się z innymi swoją opinią...