Fotorelacja

strona głównaprzez drogi i bezdrożarelacjeSokolica



SOKOLICA (747 m n.p.m.)
Pieniny

49°25′03″ N    20°26′27″ E






Wrony i Sikory na Sokolicy

czyli nasze ptasie/piesze wędrówki pienińskie
(30 kwietnia 2012)

Akurat i w sam raz wydała się nam Sokolica (747 m n.p.m.) na spokojną majówkę. Bo i blisko i łatwo. Wprawdzie lekki niepokój budziło we mnie 9% nachylenie stoku na całej trasie podejścia ale skoro takie krótkie to podejście, zaledwie 3,5 km i tylko 310m przewyższenia to nie ma co panikować.

Jedziemy do Krościenka przez... Łapszankę. A skoro tędy prowadzi nas droga to koniecznie musimy skręcić na Przełęcz w Łapszance i nieco tam zabawić. Marek (O zgrozo! Do czego to doszło?!) wyznacza mi limit czasowy: 30 minut. A potem konsekwentnie go egzekwuje.

Szkoda, że tak mi to nie po drodze... bo mogłabym spędzać tu każdą wolną chwilkę. Pejzaż rozległy tu i wysoki: od Bialskich aż po Zachodnie Tatry. Soczysta zieleń wiosennej trawy poprzetykana delikatną, budyniową żółcią pierwiosnków zachęca aby rozesłać koc i, jak tu uczyniła para młodych ludzi, rozłożyć się z dobrą lekturą, pobyć tu zanim słońce osiągnie zenit... Tymczasem jak z automatu maszynowego trzaskam kolejne klatki do panoramy. Bo chcę mieć CAŁOŚĆ i już - tłumaczę Markowi. Marek tłumaczy, że Sokolica i już.

Pół godziny mija całkiem niepostrzeżenie dla mnie, bezwzględnie zauważalnie dla Marka. Zgoda. Niech dziś on pilnuje czasu i porządku. Ja popilnuję gdy będzie fotografował ptaki, taką czaplę na przykład albo głuszca.

Jedziemy. Grandeus z drogi wygląda niepozornie, mało kto by się domyślił jakie cuda widać z jego szczytu.

Parkujemy obok drogi na samym jej końcu i bez zwłoki wchodzimy na szlak. Bogactwo zieleni hipnotyzuje mnie. Rozglądam się na wszystkie strony zachłannym wzrokiem i kiedy zauważam zbocza porośnięte kwitnącą tarniną i dziką czereśnią czuję się jak w raju.

Idziemy teraz szeroką, zacienioną drogą wzdłuż Dunajca by po chwili skręcić w prawo na szlak wiodący na Sokolicę. Idąc prosto doszlibyśmy do granicy, ale to nie tym razem. Dzisiaj wdrapujemy się na Sokolicę. Na mapie zlokalizowałam kierunki świata i trochę się martwię, że gdy wejdziemy na szczyt to słońce będzie wówczas idealnie na południu i jak ja zrobię to „przełomowe” zdjęcie? No jak?

Podczas gdy ja dziarskim krokiem zdobywam kolejne metry Sokolicy moi panowie rozsiedli się na skraju lasu i siedzą... siedzą... pół godziny. Kiedy nabrałam już absolutnej pewności, że się zgubili (to się zdarza) wyłaniają się zza zakrętu. Niezwłocznie przystępuję do zrzędzenia i w jego efekcie (ależ mam dar przekonywania!) Mati postanawia pokazać mi jak się wchodzi na stromy stok.

Z sercem w gardle, duszą na ramieniu, hiperwentylacją, zagrażającą życiu (mojemu i nie tylko) arytmią osiągam Przełęcz Sosnów. Mateuszka tam nie ma. I nie widać go ani na lewo, ani na prawo. Poszedł na Sokolicę??? Pan w budce sprzedający bilety nie zauważył aby przemknął obok niego jakikolwiek chłopiec w kraciastej koszuli. Czyli, że tędy nie szedł??? A może tak szybko przeszedł?

Marek ma niezły ubaw. „Dobrze mi tak!” - na pewno tak sobie myśli ale nie mówi nic. Sapiąc dotrzymuje mi kroku.

Mati zrelaksowany czeka na nas u zwieńczenia metalowych schodów. Wszystko zdążył już zobaczyć i przeczytać. Informuje nas, że za barierkę nie wolno wychodzić. W ten sposób chroni się korzenie drzew rosnących na szczycie Sokolicy.

Sokolica. Byłam tu ostatni raz 25 lat temu. Nie pamiętam metalowej barierki. Była tu już wtedy??? Na pewno była ta reliktowa sosna. I chyba nawet nic nie urosła. Nadal taka... skarłowaciała.

Na szczycie tłumy ludzi. Jakoś wszyscy się jednak mieszczą a nawet uprzejmie służą nawzajem pomocą przy fotografowaniu i schodzą z kadru. Prawdziwa sielanka. Podoba mi się. Podoba się też Matiemu i Markowi co przekłada się na ilość wykonanych przez nas zdjęć.

Mateuszkowi najbardziej podoba się (w kolejności): -uskok pod szczytem Sokolicy - pionowa niemal ściana stumetrowej wysokości -spiczasta skała tuż pod szczytem zwana Głową Cukru -przełom Dunajca

Mnie znów podoba się wszystko. Podoba mi się pomimo tego, że co chwilkę ktoś nowy wchodzi na szczyt i co nieuniknione, wyraża swój zachwyt, fotografuje się i podobnie jak my, zostaje... na jakiś czas.

Przyjdziemy tu na wschód słońca - obiecuje mi Marek chcąc pewnie tym sposobem osłodzić mi opuszczenie szczytu. Na powrót decydujemy się głównie z tego powodu, że Mati ma wielką ochotę popłynąć flisackimi łodziami, które obserwował ze szczytu Sokolicy. Udziela się nam szybko entuzjazm Mateuszka i po 45 minutach odjeżdżamy z parkingu.

Do Sromowców jedziemy skrótem, przez Hałuszową. Całkiem wolno jedziemy... Za szybko??? No ale jak to tak??? Trach!!! Coś strzeliło i telepie się nam na boki auto. Marek ustawia auto na podnośniku na poboczu drogi a ja ustawiam trójkąt, Mati zaś tablicę do Darta. Trudno ustalić co się nam w aucie zepsuło, za to wiemy co nam wyrządziło tę krzywdę. Na drodze, na długości 50 metrów poprzeczne garby wiją się jak pasma górskie, niektóre jak Himalaje!!! Podejmujemy próbę samodzielnego dojazdu do warsztatu samochodowego. Wspomniane 50 metrów pokonujemy zygzakiem niemal cudem unikając wpadnięcia do rowu ;-)

Ja i Mati urządzamy sobie majówkę na poboczu jezdni a Marek piechotą wyrusza na poszukiwania mechanika. Wraca po trzech kwadransach z lawetą, na którą samodzielnie wjeżdża autem a ja dokumentuję z przejęciem całe zdarzenie.

Już wiemy, że na spływ Dunajcem nie zdążymy. Chcieliśmy przygód? No i mamy :-) Podczas kiedy Mati i ja fotografujemy pliszki nad potokiem, Marek nadzoruje prace naprawcze. Okazało się, że na asfaltowych pagórkach ścięło śrubę na przegubie przedniego wahacza. Pan mechanik szybko usuwa szkodę, inkasuje 150 zł i szczęśliwi jedziemy na Wdżar - do kamieniołomu.

Rok temu chłopaki wykopali tam ładne okazy amfiboli i piroksenów. Teraz przypomnieli sobie o nich i chcą powtórzyć sukces. Pełni energii parkujemy pod wzniesieniem i... zjadamy obiad. Kabanosy, kiszone ogórki, bundz i oscypki popijamy żętycą :-)
Na deser po jabłku. Ojejuniu!!! To nie ja wymyśliłam!

Marek i Mati uzbrojeni w ciężkie młotki i metalowe wiaderko jak zahipnotyzowani zmierzają do wąwozu. Zostawiam ich i idę na szczyt Wdżaru. Rozległe krzaki kwitnącej tarniny rozbrzmiewają śpiewem ptaków. Słyszę je i widzę, ale są tak ruchliwe, że nie umiem ich sfotografować. Mimo to obserwowanie ptaków sprawia mi wielką przyjemność.

Spędzamy na zboczach Wdżaru resztę dnia. Znakomicie widać stąd zarówno Pieniny jak i Tatry. Fajne jest to miejsce. Pod Wdżarem leży kupa otoczaków z Dunajca - bierzemy to za dobrą wróżbę: „Na spływ pojedziemy za miesiąc”.

Ależ się dużo tego dnia wydarzyło!!!



trasa:
Krościenko n/Dunajcem - Przełęcz Sosnów - - Sokolica - Przełęcz Sosnów - Krościenko n/Dunajcem
pokaz slajdów

Podziel się z innymi swoją opinią...