O wyjeździe w Karkonosze zdecydował Marek. To były jego urodziny
Mati i ja przyjęliśmy to do wiadomości. Marek sam wszystko zaplanował i zorganizował.
Mati i ja przyszliśmy na gotowe

„To co za nami, i to co przed nami, ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas.”
Oliver Wendell Holmes
Śnieżka na koniec roku

Śnieżka (1602 m n.p.m.) wygląda jak wygasły wulkan ale nim nie jest. I w ogóle to jest z nią inaczej niż z górami w jej przedziale wysokościowym. Śnieżka pod wieloma względami przypomina mi Babią Górę jest jednak od niej, moim zdaniem- a ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, jeszcze bardziej humorzasta. Aby nie zostać posądzona o wrogą Śnieżce propagandę podam fakty (te są już profesjonalne, zaczerpnięte u samych źródeł, tzn. z jej własnej strony)

Wniosek nasuwa się sam: na Śnieżce panuje klimat podobny to tego za kołem podbiegunowym. I my mamy się na nią wdrapać w ostatni dzień roku? Już mam przed oczami ten makabryczny widok. Temperatura… no tak bez przesady ale całkiem realnie… no… niech będzie -20°C. Wiatr… czemu nie, 100km/godzinę nie wydaje się być przesadzone przy wiejących na Śnieżce huraganach. Padać przy tak niskiej temperaturze nie będzie ale za to będą zamiecie i zawieje! Widoczność ograniczona do 5 m? Albo inaczej! W końcu tu klimat podbiegunowy. Będzie burza śnieżna. Słoneczna i bezwietrzna pogoda jest tu mało prawdopodobnym zjawiskiem meteorologicznym. Prędzej zobaczymy tu Ognie świętego Elma,* widmo Brockenu,**albo Glorię.*** Dwa ostatnie spotykamy czasem w Tatrach ale te ognie…hmm…jakaś masakra!

31 grudnia 2011 roku weszliśmy na Śnieżkę i z niej zeszli.
I BYŁO TEŻ CAŁKIEM INACZEJ BO PRZECIEŻ ZAWSZE JEST INACZEJ

Najpierw wyciągiem krzesełkowym wyjechaliśmy na Małą Kopę 1375 m n.p.m. co znacznie ułatwiło naszą zimową wędrówkę na szczyt. Krzesełka są jednoosobowe zatem każdy z nas jedzie samodzielnie (Mati zajmuje środkowe, ja jadę ostatnia, Marek nas fotografuje więc siedzi przed nami). Podziwiam Mateuszka za odwagę. Wyciąg momentami osiąga naprawdę imponującą wysokość! Pokonujemy 530 m różnicy poziomów w kilka minut. Zostaje jakieś 300 do samodzielnego marszu.

Zastanawia mnie skąd tak istotna różnica w podawanej wysokości Kopy. Spotkałam się z informacją, że góra ma 1340 m ale także że 1375 m n.p.m. podczas gdy tabliczka obok schroniska podaje wysokość 1300 m n.p.m.

Kopa znajduje się w Głównym Grzbiecie Karkonoszy między Karpaczem a Śnieżką. Z jej niezadrzewionego szczytu roztaczają się przepiękne widoki. Najpierw wszyscy zauważamy budynek Obserwatorium Astronomicznego i kaplicę św. Wawrzyńca, potem schronisko turystyczne i część szlaku na Śnieżkę.

Powietrze jest niebywale przejrzyste, słońce raz po raz przedziera się przez wysoko zawieszone czarne chmury zatem póki co mamy doskonałą widoczność. Mnie najbardziej frapuje sylwetka dwóch bliźniaczych gór, mocno zarysowanych na horyzoncie po północno wschodniej stronie. Marek wyjaśnia nam, że to Rudawy Janowickie z charakterystycznymi szczytami Krzyżnej Góry (653 m n.p.m.) i Sokolika (643 m n.p.m.), zwanymi biustem Lolobrygidy. Dalej na północ wyraźnie widzimy szeroką panoramę Karpacza i Kotlinę Jeleniogórską. Na wschodzie przepięknie prezentuje się Główny Grzbiet Karkonoski z Czarną Kopą, Skalnym Stołem i Czołem. Na północnym zachodzie skały "Słonecznik" przyciągają naszą uwagę. Grupa najwyższych, 25-metrowych skał doskonale widocznych z krzesełkowego wyciągu, przypomina wyrzeźbione w kamieniu postacie. To „Pielgrzymy”- informuje nas Marek. Z Kopy widać też Kocioł Wielkiego Stawu.

Po zejściu z kolejki linowej natychmiast zakładamy raki. Mateusz po raz pierwszy będzie poruszać się z takimi metalowymi zębiskami. Marek daje mu szybki praktyczny kurs chodzenia w okutych butach a ja wspieram go wskazówkami teoretycznymi. Jesteśmy jedynymi na szlaku, którzy zabezpieczyli się w ten sposób, więc przyciągamy uwagę wielu osób, niektórzy dopytują się gdzie się takie buty kupuje. Na śliskiej, oblodzonej nawierzchni czujemy się komfortowo i bezpiecznie ale nie całkiem do końca.

Po dojściu do Śląskiego Domu zatrzymujemy się w schronisku na ciepły posiłek. Mati wypija gorące kakao a my kawę z mlekiem. Czekoladowe cukierki znikają w oka mgnieniu. W schronisku panuje gwar i czuć dobry humor odwiedzających, którzy głośno rozmawiają, śmieją się i żartują. Większość z nich to niedzielni turyści, którzy korzystając z łatwego dostępu na szczyt grzeją się teraz w ciepłych wnętrzach schroniska i poprzestają na podziwianiu Śnieżki z jego okien.

Z uwagi na słoneczna pogodę na Śnieżkę turyści zdążają jednak tłumnie, niektórzy w półbutach, inni w kozaczkach lub lekkim obuwiu sportowym. Podczas podchodzenia na Śnieżkę muszą trzymać się kurczowo łańcuchów aby utrzymać pionową pozycję ciała a mimo to nader często jesteśmy świadkami poślizgnięć i upadków nie przygotowanych na taką trasę osób. Cały czas musimy na nich uważać aby nie potrącili nas bo upadając my moglibyśmy być bardzo niebezpieczni. Mati śmiga pod górkę niczym kozica górska. W Karkonoszach kozic nie ma są za to muflony.****

Muflonów nie spotkaliśmy na szlaku, żyraf i słoni też nie. Mimo to spotkało nas wiele bardziej naturalnych atrakcji. Już samo wejście na szczyt Snieżki dostarczyło nam mnóstwo wrażeń. Pogoda zmieniała się dość często i nawet w przeciągu kilkunastu minut zdarzały się nam gwałtowne zmiany aury, np. ni stąd ni zowąd nadciągały zamiecie albo mgła. Dzięki tym kaprysom Śnieżki mieliśmy okazje zobaczyć ją zarówno w pełnym słońcu jak i otuloną mgłą.

Raki pozwoliły nam wejść na Śnieżkę bez najmniejszych problemów i mogliśmy swobodnie poruszać się na jej szczycie. Tu jednak nie zabawiliśmy długo, zaledwie tyle i trzeba aby w osłoniętym od wiatru miejscu napić się gorącej herbaty. Zrezygnowaliśmy z wejścia do restauracji i kapliczki bo wizja rozbierania i ponownego zakładania raków odstraszyła nas. Paski od raków pokrył szron i szadź, rozsupływanie sztywnego i zmrożonego materiału uznaliśmy za zbędny wysiłek. Z samego szczytu nie zobaczyliśmy żadnych widoków. Akurat zawisła nad nami gęsta chmura i nie chciała ani opaść ani przemieścić się w jakimkolwiek kierunku. Dopiero kiedy szliśmy po Równi ponownie ukazał się nam rozświetlony promieniami zachodzącego słońca czubek Śnieżki.

Największą niespodziankę zafundował nam jednak rozległy płaskowyż Równia pod Śnieżką (1350–1450 m n.p.m.), gdzie wiatr hulał wznosząc ku niebu tumany śniegu. Poza nami nikt nie zmierza do, wszyscy zdążają w stronę górnej stacji kolejki. Śpieszą się aby zdążyć na ostatni zjazd. Kiedy tak wiatr wiał nam prosto w twarz dopadają mnie obawy, że przed zmrokiem nie dotrzemy do Karpacza. Idziemy wolno, z mozołem pokonując wydawałoby się łatwe, bo po prostej, odcinki Równi. 30 mintutowy odcinek dłuży się nam i mam wrażenie, że nigdy się nie skończy. Na rozstaju szlaków kończą się mi baterie w aparacie. Buuuuu…A tu takie niesamowite panoramy!

Samotnię nad Małym Stawem, najpiękniej położone po polskiej stronie Karkonoszy schronisko oglądamy jedynie z daleka.Chłopaki narzucają szybkie tempo podczas schodzenia. Nie zatrzymujemy się aż do dojścia do Strzechy Akademickiej. Panowie zostają w holu na dole bo nie chce im się ściągać raków a ja zostaję oddelegowana do baru po gorącą herbatę. Wlewamy ją do termosu a resztę wypijamy małymi łyczkami, bo bardzo nam spieszno. Panowie mają doskonałe humory i w ogóle nie widać po nich najmniejszego zmęczenia. Mogliby pełnić rolę komitetu powitalnego. Do schroniska schodzą się ostatni sylwestrowi turyści. To może i my zostańmy?- nieśmiało proponuję, co spotyka się z ostrym protestem ze strony Mateuszka i Marka więc natychmiast wycofuję się.

Mateusz po raz pierwszy ma okazję być w górach po zmierzchu i wędrować z czołówką pod niebem gwiazd. I skąd te gwiazdy się tak nagle wzięły? Z tarasu widokowego przed schroniskiem widzimy rozświetlone miasto. Śnieg skrzypi nam pod nogami a wokół cisza. Chłopaki rozprawiają o czymś naukowo, Mati nawet ciekaw jest mojego zdania w jakiejś kwestii i zaprasza mnie do rozmowy, ale ostatecznie Marka zdanie ma dla niego kluczowe znaczenie więc ja tylko z grzeczności odpowiadam, że się z nim zgadzam. Moja wiedza z zakresu fizyki i chemii nie jest dla Mateuszka satysfakcjonująca i kiedy już zaakceptował moją niewiedzę coraz rzadziej zadaje mi z tej dziedziny pytania. I słusznie.

Od kilku dni Moi Panowie czytają fascynującą (ich) książkę („Od ogniska do świetlówki” wydaną przez Wiedzę Powszechną w 1956 roku autorstwa Stefana Sękowskiego) mają więc sporo do omówienia, ja jestem z innej bajki a w tej nie przewidziano dla mnie żadnej roli. Idę przodem samozwańczo stając się przewodnikiem. Choć mamy czołówki to jednak coraz trudniej odnajduję znaki szlaku na drzewach więc zdaję się na wydeptaną szeroką ścieżkę. I słusznie, bo prowadzi nas wprost na parking, przy którym zostawiliśmy samochód.

Na parkingu ostał się jeno nasz pojazd ;-) Cóż się dziwić! Dzisiaj noc sylwestrowa! Wsiadamy do auta i jedziemy wprost na wymarzoną przez Mateuszka pizzę. Wszystkie trzy są gigantycznych rozmiarów i wszystkie pyszne, choć każda inna. Dla mnie właściwie ten dzień już mógłby się skończyć. Jestem przyjemnie zmęczona i jednocześnie zrelaksowana. Panowie są odmiennego zdania. Między jednym a drugim kęsem smakowitej pizzy rozważają czy zostaniemy w Karpaczu na pokaz sztucznych ogni czy też pojedziemy do Jeleniej Góry na koncert Elektrycznych Gitar i pokaz sztucznych ogni. Mati jako początkujący gitarzysta ma zrozumiałą słabość do gitar więc nie umiem mu odmówić. Jednak czuję się w obowiązku sprostować pewien błąd. Otóż w Jeleniej Górze grać ma reaktywowany zespół Czerwonych Gitar (też już elektrycznych) a nie, jak początkowo sądziliśmy, zespół Kuby Sienkiewicza. Marek szuka w necie piosenek legendarnego zespołu aby Mati miał próbkę ich twórczości. Liryczne ballady o dziwo przypadają Mateuszkowi do gustu zatem już nikt nie ma wątpliwości gdzie spędzimy sylwestrową noc.

Po dwugodzinnym odpoczynku zakładamy znowu traperski strój i gotowi na wszystko ruszamy na powitanie Nowego Roku. Nie mam ani szałowej fryzury, ani odlotowego makijażu, ani eleganckiej kreacji sylwestrowej. Mam za to u boku dwóch najfajniejszych facetów na świecie, z którymi mogę w każdej chwili wyruszyć na koniec świata.


* Zwiastują zbliżająca się burzę i są znakomitym ostrzeżeniem przed potencjalnie zagrożonymi uderzeniem pioruna miejscami. Same z siebie nie stanowią zagrożenia. Ognie świętego Elma to małe wyładowania elektryczne, zwykle na krawędziach ostrych przedmiotów np. masztów, anten ale też skał. Zwykle są ciche ale bywa, że towarzyszy im świszczący odgłos. Są wyjątkowo rzadkim zjawiskiem.

** Również rzadkie zjawisko optyczne spotykane w górach. Polega na zaobserwowaniu własnego cienia na chmurze znajdującej się poniżej nas.

*** Wokół cienia obserwatora widocznego na tle chmury albo mgły pojawiają się barwne pierścienie niczym tęcza. Pierścień niebieski ma średnicę mniejszą od pierścienia czerwonego.

**** Zwierzęta te sprowadzono w Sudety około 100 lat temu z Sardynii i Korsyki. Po co? Teraz biedaki cierpią z powodu genetycznych wad wywołanych kazirodztwem. Kiedyś liczne kierdele stanowiły turystyczną atrakcję. Obecnie muflony znajdują się pod opieką myśliwych, którzy wiele robią aby poprawić stan zdrowia rogaczy ale najwyraźniej ta introdukcja nie jest udanym eksperymentem. I po co taka ingerencja w Parku Narodowym? Zwłaszcza, że najnowsze badania i obserwacje udowodniły jak destrukcyjny wpływ mają muflony na wiele cennych naskalnych i narumoszowych zbiorowisk roślinnych. Ustawa o ochronie przyrody z dnia 16 kwietnia 2004 zabrania wprowadzanie gatunków obcych do środowiska przyrodniczego. Jak więc mają się do tego zabiegi kół łowieckich, które sprowadzają do Polski osobniki muflonów np. z Czech? Na pewno wpłynie to pozytywnie na genetykę tych zwierząt ale nie na przyrodę jako całość. Czekać tylko aż do akcji włączy się Greenpeace albo Animalsi. Przecież to oczywiste, że na Sardynii zimy są o wiele łagodniejsze niż w Polsce.
Podziel się z innymi swoją opinią...