Siwy Wierch
na ekstremalną codzienność ekstremalna niedziela
czyli o zaletach górskiej homeopatii lub jak kto woli „klina klinem”
Na Siwy Wierch wybraliśmy się z tęsknoty za beztroską. Obecność kochanych osób była dla mnie podczas tej wędrówki dużo ważniejsza niż otaczające mnie piękno przyrody. Bo to, że Siwy Wierch to bajecznie urocze miejsce jest bezsprzeczne. Cieszę się, że Moi Chłopcy byli tam ze mną, z cierpliwą miłością i dystansem znosili moją nadopiekuńczość, z poczuciem humoru niwelowali moje obawy. Cieszę się, że Moja Przyjaciółka (szczęśliwa posiadaczka aparatu fotograficznego) była z nami i mogłyśmy powspominać nasze pierwsze wypady w góry. Czy siedząc w wypielęgnowanym ogrodzie pośród strzelistych mieczyków i pachnących słodko róż zobaczyłabym to samo?
    Na szczyt Siwego Wierchu (1805 m n.p.m.) zamierzamy wejść czerwonym szlakiem, zatem wędrówkę rozpoczynamy w Białej Skale. Samochód zostawiamy nieopodal drogi na Huciańską Przełęcz i dziarsko wkraczamy w las.
Szlak na samym początku wiedzie szeroką drogą przez las, ale już po kilkudziesięciu metrach zaczyna ostro piąć się w górę i tak właściwie będzie już cały czas. Jest upalny, słoneczny dzień zatem cień drzew zapewnia nam odrobinę chłodu i czyni naszą wędrówkę przyjemniejszą.
    W okolicach niewielkiego szczytu, zwanego Białą Skałą, na Białych Wrótkach, po raz pierwszy widzimy panoramę Małej Fatry i Gór Choczańskich. Majaczą niewyraźnym konturem na zamglonym horyzoncie. Mała przejrzystość powietrza lekko nas rozczarowuje ale miłym pocieszeniem są liczne skały rozrzucone tu i ówdzie, wyłaniające się między drzewami niczym białe wyspy w oceanie zieleni. Wieje lekki wiatr więc nie odczuwamy tak bardzo lejącego się z nieba żaru. Cała ekipa, jeszcze przy samochodzie, wsmarowała w siebie kremy z filtrami UV o numerze 50, co ma zapewnić nam bezpieczny kontakt ze słońcem.
    Wędrując dolomitowym zboczem co kawałek spotykamy kwitnące jeszcze lilie złotogłów, niektóre mają po kilkanaście kielichów na jednej łodydze. Kwitną także fioletowe tojady i żółte jastrzębce.
    Po około 2 godzinach dochodzimy do malowniczych Rzędowych Skał - dolomitowego grzbietu, który ciągnąć się będzie aż na sam szczyt Siwego Wierchu. Ich biel na tle lazurowego nieba, rozświetlona ostrym słońcem, niemal oślepia a mimo to, urzeczona ich wyjątkowością, nie mogę oderwać od nich wzroku.
    Od tego miejsca szlak staje się trudniejszy. Sugeruję aby wszyscy wzmogli swoją czujność na szlaku, o szczególną uwagę proszę na sypkich piargach, które raz po raz uciekają nam spod stóp. Tutaj zauważam, że kije trekingowe zostawiliśmy w samochodzie. A teraz tak by się przydały!!!
    Marek junior znacznie nas wyprzedził i czekając aż do niego dojdziemy obserwował schodzących ze szczytu ludzi. Jego buty ułatwiają wspinanie się po skałach ale są bardzo niewygodne na skalistym , nierównym podłożu a ponadto nie chronią kostki. Mijający go ludzie obdarowują go solidnym, prostym kijaszkiem. To zdobycz strategiczna bo na otwartej skalistej przestrzeni niełatwo wcale wypatrzeć takie cudo. Kij często przechodzi z rak do rąk, ratujemy się nim w różnych sytuacjach, czasem jednak przeszkadza.
   Przy skalnym mieście zatrzymujemy się nieco dłużej. Ciekawe formy skalne prowokują do bliższego ich zbadania więc wdrapujemy się na niektóre z nich.
    Rzędowe skały są cudem natury, bardziej mnie zachwyciły od samego szczytu Siwego Wierchu a ilość wykrzykników umieszczonych na szlaku mapy wydanej przez ExpresMap nie wydaje się być przesadzona.
    Kiedy pojawiają się pierwsze łańcuchy przezornie chowam kij w kępach kosodrzewiny - przyda się jeszcze w drodze powrotnej. Drugi łańcuch umocowany jest w skalnym kominie bardzo nieporęcznie i trzeba bardzo polegać na sile rąk gdyż trudno miejscami znaleźć solidne oparcie dla nóg.
    Góry pozwalają mi spojrzeć na wszystko inaczej, zobaczyć to co na co dzień pozostaje w ukryciu, nadają dystans do wielu spraw a czasem demaskują i konfrontują z ciemną stroną życia. Potrzebuję tego miejsca, to źródło mojej harmonii. A kiedy są tam ze mną kochane osoby to cóż może być piękniejszego!
    Chłopcy chcą jak najprędzej zdobyć szczyt zaś ja i Marek senior wolimy kontemplować urodę okolicy.
    Jako ostatni z naszej pięcioosobowej ekipy stajemy na szczycie Siwego Wierchu, a po nas wejdzie tam jeszcze tylko dwójka młodych mężczyzn. W Słowackich Tatrach rzadko kiedy zdarzają się tłumy na szlaku.
    Popołudniowe słońce pięknie rozświetla okolicę, podziwiamy zatem Tatry Zachodnie i Liptowską Marę. Przed nami Jałowiecka Góra i Wielki Łysiec, tuż za ich rozłożystą bryłą jawią się wierzchołki Brestowej, Spalonej Kopy, Salatyna (2048 m n.p.m.), Pachoła (2167 m n.p.m.), Banówki(2178 m n.p.m.) i Barańca. Ostra po prawej kusi i nęci, zostawiamy ją na inne czasy. Góry Choczańskie i Małą Fatrę kryje zamglone powietrze. Szczyt Siwego Wierchu jest dość rozłożysty więc swobodnie urządzamy sobie tutaj solidny, jak na górskie warunki, obiad.
    Ja zaczynam kombinować jakby tu nakłonić moich kompanów do zmiany planów i powrotu przez Ostry i Babki. Wspólnie z Markiem analizujemy mapę i szybko dochodzimy do wniosku, że nie jest to najlepsze rozwiązanie bo schodząc zielonym szlakiem do Bobroveckej Vapenicy zafundowalibyśmy sobie kilkugodzinny marsz asfaltem do samochodu ( 34 km). Marek proponuje, że sam zejdzie szlakiem czerwonym i potem podjedzie po nas samochodem ale takie rozwiązanie nikomu się nie podoba. Trudno, musimy wracać po własnych śladach.
    Jestem pełna niepokoju, martwię się brakiem odpowiedniego obuwia u Marka juniora. Okazji do skręcenia lub zwichnięcia kostki jest mnóstwo w drodze powrotnej. Marek senior widząc moje obawy „pilotuje” chłopaków na trudniejszych fragmentach a Ci radzą sobie znakomicie.
    W drodze powrotnej, pomimo dużej czujności gubimy szlak. Otóż znaki starego szlaku nie zostały zmazane i podążając za nimi stajemy wkrótce nad skalną, kilkumetrową przepaścią. Wobec dylematu wracać na nowy szlak czy schodzić starym bardziej niebezpiecznym szlakiem decyzje podejmujemy wspólnie. Skoro kiedyś wszyscy tędy schodzili to i my damy radę. Ostrożnie schodzimy, Marek asekuruje każdego z nas, a ja myślę sobie przekornie, że mam oto właśnie zejście innym szlakiem ;-) Ech…
    Dopiero podczas drogi powrotnej uświadamiam sobie jak stroma jest ta trasa - na odległości 4500 metrów pokonuje się 875 metrów przewyższenia więc to jakieś 40% nachylenia. Schodzimy bez odpoczynku, wszyscy są w dobrej kondycji, nikt nie marudzi.
    Siwy Wierch od dawna kręcił nas, ubiegłej jesieni podjęliśmy nawet próbę wejścia na szczyt ale skutecznie zniechęciły nas do tego dwa autobusy dzieciaków, które w tym samym czasie co my weszły na szlak. Ponad setka zmierzającej na szczyt energii akustycznej powstrzymała nas przed dalszą wędrówką, zawinęliśmy ogony i zdecydowaliśmy się wtedy na…wycieczkę samochodową wokół Tatr. I nawet fajnie było pooglądać sobie szczyty z dołu, ogarnąć jednym zamachem całość.
    Następnego dnia po górskiej wędrówce wszyscy skoro świt podjęliśmy się czynności codziennych i niecodziennych ale wymagających uwagi i zaangażowania. Dzień w górach, wykradziony z pełnej trosk codzienności, wypełnił mnie wdzięcznością i refleksją.
Plecak Marka ciężki był jak zwykle. „On nosi w nim chyba kamienie”- skwitowała to kiedyś zdumiona Kasia. Chyba? Ja wiem, że na pewno ;-)
I znów marzę o spokojnym pobycie w górach, takim bez pośpiechu, bez presji czasu, uważnym i świadomym życiu chwilą, życiu tu i teraz, zanurzeniu się w subtelności zapachów, doświadczeniu bogactwa dźwięków przyrody. Szmer strumyka, powiew wiatru w czubkach drzew, cykanie świerszczy, ptasie trele… Te i inne cuda umykają nader często mojej uwadze kiedy w kilkunastu godzin kompresuję zadania, które potrzebowałyby na realizację dwa razy tyle czasu. Czym są dla mnie góry? Są stylem życia.
Możliwości dalszej wędrówki:
Szlak zielony: Babki (1556 m n.p.m.- Chata pod Náružím - Jalovec
Szlak czerwony-Granią słowackich Tatr Zachodnich: Palenica Jałowiecka (1573 m n.p.m.)- Brestowa (1934 m n.p.m.)- Salatyn (2048 m n.p.m.)- Mały Salatyn (2046 m n.p.m.)- Spalona (2083 m n.p.m.)- Pahoł (2167 m n.p.m.)- Przełęcz Banikowska (2040 m n.p.m.)- Banówka (2178 m n.p.m.)- Hruba Kopa (2166 m n.p.m.) — Trzy Kopy (2136 m n.p.m.)- Smutna Przełęcz (1963 m n.p.m.)- Rohacz Płaczliwy (2125 m n.p.m.)- Rohacz Ostry (2088 m n.p.m.)- Jamnicka Przełęcz (1908 m n.p.m.)- Wołowiec (2064 m n.p.m.)
Podziel się z innymi swoją opinią...