Relacje z wycieczek

perforacja

perforacja




Siedmioszczytowe buty - dzień pierwszy.


       Podróż rozpoczęła się pechowo: autobus który wiózł mnie do Żywca, tuż za Głogoczowem utknął w korku. I nie był to zwykły korek, bo jak się później okazało, był on skutkiem zaistniałego siedem kilometrów dalej wypadku. Autobus był duży, więc nie miał szans by zawrócić na wąskiej drodze i spróbować objazdu. Nie pozostawało więc nic innego jak w narastającej duchocie cierpliwie czekać. W majowym ostrym słońcu, metalowa puszka bez klimatyzacji była niezbyt przyjemnym więzieniem, więc kiedy po przeszło godzinie udało się nam skręcić w stronę Sułkowic, odetchnąłem z ulgą. Jednak pech nadal mnie nie opuszczał: w Żywcu spóźniłem się na autobus jadący na Przełęcz Glinne a kiedy okazało się, że do Korbielowa pojedzie dopiero za 40 minut - poszedłem na poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Niedaleko dworca autobusowego znalazłem mały ale ładny barek i postanowiłem tam usiąść i pokrzepić się przed dalszą drogą. Niestety jedzenie było tam tak paskudne, że tylko wypiłem żywieckie piwo (wątpliwego zresztą rodowodu). Kiedy wreszcie wsiadłem do autobusu i rozgościłem się na tylnym siedzeniu, okazało się, że autobus ma problemy z silnikiem. Na szczęście rezerwowy podjechał natychmiast. Kilkanaście minut jazdy wysłużonym autobusem i wysiadam na początku Korbielowa.

       Minęła właśnie piętnasta. Okazuje się, że wysiadłem troszkę za wcześnie i do miejsca gdzie zaczyna się żółty szlak, muszę podreptać jeszcze kawałek asfaltem. Idę chodnikiem podziwiając korbielowską architekturę drewnianą oraz górujące nad wsią Pilsko; obok Domu Rekolekcyjnego skręcam w prawo, na żółty szlak prowadzący na Przełęcz Przysłopy. Tu na szczęście opuszcza mnie pech i dalej idę już sam. Po kilkunastu minutach w gęstwinie młodych liści coś się poruszyło. Raz, drugi, trzeci... Nieruchomieję i wpatruję się w przeciwległy brzeg wąwozu którym szedłem - po chwili dostrzegam tam śliczną sarenkę. Kilka sekund na ostrożne wyjęcie aparatu. Pstryk! Sarenka chyżo zmyka w las.

       Biorę to za dobrą wróżbę. Odkąd wszedłem na szlak minęło dopiero kilkanaście minut ale szedłem chyba zbyt szybko bo czuję kryzys. Rozglądam się zatem wokół i nieopodal dostrzegam ścięty pień drzewa. Siadam z zamiarem pokrzepienia się batonikiem i wystawiam twarz do prześwitującego przez rzadkie jeszcze, młodziutkie liście buczyny, popołudniowego słońca. Kiedy kończę chrupać pistacjowego batonika, zauważam spory ruch w okolicach moich butów: usiadłem nieopatrznie na trasie zaopatrzeniowej do leżącego kilkanaście metrów dalej mrowiska. By nie stać się smacznym kąskiem tych miłych lecz żarłocznych zwierzątek, przenoszę się kilka metrów dalej lecz z braku kolejnego pniaka klękam na ściółce. Kiedy zniżam się do poziomu gleby dostrzegam cudowny mikroświat: uwikłany w maleńką pajęczynę walczy o ocalenie życia młody komar, kilka centymetrów od niego chrząszcz czule obmacuje czułkami galasówkę a na fioletowym kwiatku przylaszczki przycupnął nieznany mi bliżej gatunek motyla. Widać podobnie jak ja zmęczył się wiosenną krzątaniną bo leniwie wachluje skrzydłami i wcale nie ucieka, kiedy delikatnie na czworakach zbliżam się do niego z aparatem. Dopiero ruch zooma budzi w nim podejrzenia i odfruwa w nieznane. Wzrok mój wędrujący za odlatującym motylem, spoczywa na kępie młodych orlic, które niczym artystki na koncercie, cudnie punktowo oświetla słoneczny reflektor. Gdy fotografuję tę scenę, kątem oka zauważam dwa ptaszki z zaciekawieniem przyglądające się brodzącemu na kolanach w uschłych liściach człowiekowi. Ciekawe jak one mnie teraz postrzegają? Ptaszki niestety są zbyt płoche jak na moje słoniowate ruchy, i pierwsza próba odwrócenia się ku nim z aparatem, kończy się głośnym furkotem. Żeby obserwować taką przyrodę trzeba mieć duuuużo czasu i (co tu owijać w bawełnę?) odrobinę delikatności. Niestety, tego drugiego składnika ciągle mi brakuje a zatem ornitologa już chyba nigdy ze mnie nie będzie. Dobrze że owady nie mają takich szybkich reakcji. Zatem poprzestać muszę na robakach, ślimakach i ewentualnie żółwiach!

       Czas mija nieubłagalnie więc chcę czy nie chcę muszę założyć plecak i iść dalej. Noc w lesie mimo zapasu latarek i baterii nie jest dla mnie miłą perspektywą. "Straciłem" już prawie godzinę więc nie ma żartów - ruszam żwawo w stronę Przełęczy Przysłopy. Po kilku minutach staję na niewielkiej polance na szczycie Łabysówki (904m npm) skąd w prześwicie między drzewami, nad Przełęczą Glinne dostrzegam ośnieżone Tatry i fotografuje je jednocześnie gubiąc szlak. Jak się potem okazało szlak wiedzie dalej na wprost a ja zmyliłem drogę idąc szeroką droga służącą leśnikom do transportu drewna. Odtąd wąziutka ścieżka (chyba naprawdę rzadko kto tędy chodzi) zaczyna opadać w dół i po kilku minutach staję na brzegu skąpanej słońcem Przełęczy Przysłopy (847m npm). Przełęcz ta jest ważnym węzłem szlaków turystycznych.

       W oddali rysuje się jakaś drewniana zabudowa a obok niej rośnie osypane białym puchem drzewo. To przystrojona majowym kwieciem czereśnia. Na lewo od przełęczy widać Polanę Piekło, a jeszcze dalej w dole zabudowania Korbielowa, ponad którymi dumnie wznosi się masyw Babiej Góry. Polana Piekło jest bujną, kwiecistą, wielokolorową łąką; tutaj znajduje się stanowisko rzadkiej i pięknej, lecz coraz rzadszej górskiej rośliny: mieczyka dachówkowatego. Niestety o tak wczesnej wiosennej porze pokrywała ją tylko zielona trawa ozdobiona tu i ówdzie maleńkimi białymi gwiazdkami stokrotek i bladoróżowymi parasolkami rzeżuchy łąkowej. Pełnia kwitnienia tej łąki przypada podobno na przełom czerwca i lipca - muszę kiedyś sprawdzić to naocznie.

       Teraz szlak wznosi się do góry kamienistym wąwozem wśród starych, masywnych, poskręcanych buków. Liście na nich są coraz mniej rozwinięte - znak że muszą panować tu niższe temperatury - rzeczywiście, kilkadziesiąt kroków dalej natrafiam na pierwszy płat śniegu leżący na skraju olbrzymiej polany. Robi się chłodniej więc zakładam kurtkę i przy okazji analizuję mapę: przede mną Hala Uszczawne (1030m npm). Na obrzeżach tej hali występuje charakterystyczna tzw. "pastwiskowa" forma buka. Drzewa te mają pokrzywione i poskręcane pnie, nierzadko wyrastają po kilka pni z jednego korzenia. Dzieje się tak na skutek zgryzania młodych drzew przez zwierzęta pasterskie. Buki o tej porze roku są najbardziej urocze: ich młode, jasnozielone liście poryte są długimi włoskami - obserwowane "pod słońce" sprawiają wrażenie świecenia.

       Pokonuję niewielki odcinek lasu i znów kolejna odkryta łąka. To Hala Malarka. Roztacza się stad widok na kopulę szczytową Pilska, Halę Miziową wraz ze schroniskiem turystycznym oraz cale pasmo Romanki. Występuje tu również, rzadki w masywie Pilska dzwonek lancetowaty, o pięknych ciemnofioletowych kwiatach. Niestety jeszcze nie kwitnie i jedynie w kilku miejscach udaje mi się dostrzec jego charakterystyczne znacznie ciemniejsze niz trawa liście. Idąc dalej mijam wierzchołek Malarki (1051m npm) i niewielkim obniżeniem dochodzę do skraju świerkowego lasu pokrywającego Gawory (1145m npm). Gawory mają dwa wierzchołki ale szlak omija każdy z nich przedostając się przełączka między nimi w stronę wzniesienia Hunców zwanego również Buczynką(1205m npm).

       Gdy wychodzę z gęstego lasu na zarastającą dzikim młodnikiem niewielką polane, oczom moim po raz pierwszy ukazuje się w całości majestatyczny masyw Pilska. Stojąca przy szlaku tablica dydaktyczna informuje ze w tym miejscu można natknąć się na głuszce i cietrzewie. Błoto na szlaku robi się coraz większe ale nie chce mi się zakładać ochraniaczy więc brnę dalej w stronę Hali Jodłowcowej przeskakując z jednej kępy traw na kolejną kępę. Hala Jodłowcowa pokryta jest grubym dywanem uschniętej zeszłorocznej trawy. Kiedy na szarobrunatnej łące dostrzegam jedyny, mocny kolorystycznie akcent w postaci żółtego kaczeńca, decyduję się na zboczenie kilka metrów ze szlaku - stopy zagłębiają się w puszystym, miękkim, sucho szeleszczącym, trawiastym dywanie. Idę po nim zapadając się o kilkanaście centymetrów a spod butów wycieka woda. No tak, przecież kaczeniec to potoczna nazwa knieci błotnej a zatem musi tu być mokro. Radośnie żółty krzaczek kaczeńca jest rzeczywiście piękny w swojej samotności i wspaniale kontrastuje ze smutkiem uschniętej trawy. Idę dalej; niedaleko stoi tabliczka informująca o zejściu do bazy Namiotowej PTTK na Hali Górowej. Słońce tymczasem zaczyna przysiadać w koronach świerków i czas ruszać dalej bo przede mną zostało jeszcze pół godziny drogi.

       Kamienistą, udeptaną ścieżką, wijącą się wśród bujnych kęp borówki ruszam w górę; las robi się rzadszy i coraz częściej pojawiają się leżące przy szlaku duże omszone głazy. Rośnie tutaj kilkanaście okazów limby, nasadzonej sztucznie w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu. Limba jest charakterystyczna odmiana sosny która w dojrzałym wieku górne gałęzie korony ma szersze od dolnych - zatem bardzo łatwo ja zidentyfikować i odróżnić od sosny zwyczajnej czy sosny czarnej. Szyszki limby są krótkie i mają intensywny fioletowy kolor przed dojrzeniem. Według mapy miejsce to nosi nazwę Skałki a zatem rozglądam się za jakąś większa skalną formacją. Rzeczywiście, w bliskim sąsiedztwie szlaku napotykam kilka okazałych skałek; na jednej z nich jest punkt widokowy skąd można podziwiać widoki w stronę Rysianki, Palenicy i Hali Cudzichowej. Potem szlak ostrym zakrętem nurkuje w las i za kwadrans staję na brzegu Hali Miziowej.

       Jest kwadrans po osiemnastej. Ostatnie promienie zachodzącego słońca liżą stoki Pilska i rozświetlają dach schroniska - celu mojej dzisiejszej wędrówki. Korzystając z resztek dziennego oświetlenia fotografuję schronisko, panoramę w kierunku północnym oraz Babią Górę z nietypowego dla mnie południowego kierunku a potem udaje się do środka. Mam zarezerwowany jednoosobowy pokoik z widokiem na Babią Górę. Korzystam jeszcze z usług schroniskowej restauracji gdzie wyborny posiłek wcale nie rujnuje mi kieszeni a potem udaję się na odpoczynek. Jutro przede mną bardzo długi i trudny dzień więc trzeba jak najszybciej położyć się spać. Upewniam się jeszcze w recepcji, że schronisko otwarte jest w nocy i można go opuścić przed świtem, gdyż właśnie jutro, po raz pierwszy w życiu mam nadzieję zobaczyć świt w górach. Za oknem zapada zmrok kiedy zasypiam kamiennym snem.



Marek,      2008-05-11




DZIEŃ DRUGI


  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter