Sekretny urok Tatr Zachodnich
czyli szlakiem wykrzykników

Brestowa-Salatyn-Spalona-Pachoł

"Małe tęsknoty, krótkie tęsknoty,
znaczące prawie tyle co nic
Nagłe i szybkie serca łopoty,
kto by nie znał ich.

Małe tęsknoty, ciche marzenia,
zwiewne jak obłok, kruche jak dym.
Nieodgadnione w nas duszy westchnienia,
kto by tam nie znał ich".


zobacz wszystkie zdjęcia

08.08.2016r.

Za Tatrami tęsknię zawsze.
Albo planuję kolejne wycieczki, albo wspominam te już odbyte, albo właśnie w Tatrach jestem.
Nawet gdy idę w Góry Inne to szukam takich miejsc skąd widać Tatry. Tą swoją słabością często rozśmieszam Marka ale on, jak zawsze, ma do moich fanaberii sporo cierpliwości i wyrozumiałości.
Kiedy kilka lat temu Marek wspomniał o Salatynie uprzejmie się zgodziłam. I tyle. Wtedy było jeszcze tak wiele innych miejsc dokąd chcieliśmy pójść, że o Salatynie oboje zapomnieliśmy. Jednak on wciąż wracał do nas w marzeniach. Przymierzałam się do niego przez Brestową, przez Parichvost, przez Banówkę, przez Spaloną Dolinę... Skąd by nie iść zawsze daleko, zawsze wysoko!!!
W sierpniu tego roku postanowiliśmy zrealizować owe plany i... POSZLIŚMY NA CAŁOŚĆ!
Cztery dwutysięczniki na jednej trasie to niezła gratka, zapowiedź fantastycznych widoków i obietnica wspinaczki godnej Orlej Perci.

predny salatyn

Trochę niedoceniane są, moim zdaniem, Tatry Zachodnie. Jednak po stronie słowackiej mogą one być ciekawym wyzwaniem dla osób szukających mocnych, górskich wrażeń a jednocześnie poszukujących ciszy, o którą znacznie trudniej po polskiej stronie. Brestowa, Salatyni dwaj ;-) Spalona i Pachoł stały się celem naszej pierwszej w tym roku tatrzańskiej wędrówki.
W piątek późnym wieczorem nieco pokrętną drogą

dotarliśmy na parking pod Spaloną. Rozgwieżdżone niebo potwierdzało informacje o słonecznej pogodzie na następny dzień. W kilka minut zamieniliśmy nasze auto w wygodną sypialnię z grubym materacem i świeżutką pościelą (żadne tam turystyczne śpiwory).
Po zjedzeniu wytwornej kolacji zabrałam się za dzierganie koca (czwartego), ale ostatecznie szybko porzuciłam swoje zajęcie, bo szkoda nam było marnować światła czołówek. Zasnęliśmy jeszcze przed północą zatem, bez trudu i wyrzeczeń skoro świt zerwaliśmy się obudzeni świergotem ptaków i szumem drzew.

Teraz już mieliśmy pewność, że zapowiada się słoneczny dzień i nie trzeba taszczyć ze sobą cieplejszej odzieży tudzież kurtek przeciwdeszczowych, termosów z gorącą herbatą na rozgrzewkę... Za to należało zabrać większą niż zwykle ilość napojów.
Po zjedzeniu "dobrze zbilansowanego śniadania" ruszamy na Predny Salatyn 1624m n.p.m. Jest 6:30- tak w sam raz ;-)

Podejście na pierwszy szczyt jest dość mozolne ale przyjemne rześkie powietrze, smakowite borówki rosnące gęstymi kępami przy szlaku i coraz szersze widoki na najpiękniejsze szczyty zachodniotarzańskie sprawiają, że całkiem niepostrzeżenie stajemy na pierwszym Salatynie. Wspaniale widać stąd Osobitą a wygodna ławeczka zachęca do zatrzymania się.

Jednak nie ulegamy pokusie i zmierzamy na Brestową 1934 m n.p.m. Wkrótce napytkamy na pierwszych turystów, którzy zdecydowali się skorzystać z kolejki gondolowej i skrócili sobie podejście na Brestową o co najmniej dwie godziny.

Rozłożysty i jednocześnie łagodny szczyt Brestowej oferuje szeroką panoramę na Babią Górę, Liptowskie Morze, Góry Choczańskie i Tatry Niżne, Siwy Wierch a z drugiej strony na Osobitą i szerokie ramię łączące ją z Grzesiem. Najbardziej jednak przykłuwa wzrok widok Salatynów, Spalonej. Mamy doskonałą widoczność więc z przyjemnością wypatrujemy znane nam wierzchołki szczytów.

Tatry ukazują się nam w zupełnie nowej perspektywie. Z satysfakcją rozpoznajemy tatrzańskie szczyty i wspominamy kiedy na nich byliśmy, gdy zauważamy, że robi się tu coraz tłoczniej. Niepodobne to w słowackich Tatrach ale zacne widoki jakie roztaczają się przed naszymi oczyma są trafnym wytłumaczeniem obecności coraz większej liczby turystów, w większości jednak Polaków.

Schodzimy zatem z Brestowej na Przełęcz Parichwost 1856m n.p.m. aby ponownie z mozołem wspinać się na pierwszego (a może jednak drugiego?) Salatyna.

Te Salatyny to dwutysięczniki. Niewielka przełęcz, niepozorna niecka dzieli dwa oddzielne szczyty o niemal identycznej wyskości: 2046 i 2048m n.p.m. Na wyższym zjadamy drugie śniadanie. Dopilnowałam aby było wykwintne ;-) Zjadając pyszne kanapki wypatruję gdzież to na Grani Skrzyniarek mogą być te trudne fragmenty, które na mapie zaznaczono rzędem wykrzykników. Marek miałby ochotę zostać tu nieco dłużej ala ja się niecierpliwię. To nasze pierwsze w tym roku wyjście w Tatry nie wiem zatem jaką mamy kondycję a przed nami naprawdę długi i wymagający szlak.

Wkrótce okazuje się, że mamy do pokonania prawdziwe alpejski fragment szlaku. Niestety tylko w jednym miejscu zamontowano łańcuchy zatem w trudniejszym terenie pomagam sobie rękami. Chwilami rozglądam się bezradnie w którą stronę pójść niedowierzając, że znak namalowany jest we właściwym miejscu czyli na rosohatej grani, pełnej uskoków i zakrętów. Bywa, że czuję się jak w potrzasku: ani w te, ani we wte, nie umiem się pewnie ruszyć. Tuż przed kulminacją Spalonej nieoczekiwanie pojawia się skalna bula, najtrudniejszy do pokonania odcinek na tej trasie. Mijamy ją w pionie przechodząc wąską skalną półką ze zbyt małą, jak na moje potrzeby, długością łańcucha. Potem szlak znów staje się łatwy i spokojnie docieramy do wypłaszczonego szczytu Spalonej.

Wspaniale prezentuje się stąd grań Wołowca i obu Rohaczy. Zachwycona ogromem przestrzeni dla odprężenia robię serię zdjęć, które potem układam w 360° panoramę:

Po lewej Rohackie Stawy, na wprost potężny masyw Hrubej Kopy i postrzępiona grań Banówki, Banikowska Przełęcz i Pachoł, zaś całkiem na prawo nasza dotychczasowa trasa z ładnie widocznymi Salatynami i Brestową.

Widzimy długi szlak spod Przełęczy pod Osobitą na Grzesia, dalej grzbietem na Rakoń, Wołowiec, Rohacza Ostrego i Płaczliwego. W dole jeszcze w słońcu Stawy Rohackie.

Na najdalszym planie Góry Choczańskie z charakterystyczną sylwetką Wielkiego Chocza, Mała Fatra z łatwo rozpoznawalnym Rozsudźcem, nieco bliżej grań Babek, Ostrej i Siwego Wierchu, w centralnej części kadru Salatyn.
Miejsce urzeka nas i jak nigdy, oboje chcemy mieć zdjęcie na tle szczytów. Czas mamy dobry więc pozwalamy sobie na chwilę słabości i na przemian... pozujemy Niestety, jak na złość, nie ma w pobliżu nikogo, kto mógłby zrobić nam wspólne zdjęcie Tak bardzo mi się tu podoba, że aż żałuję iż nie wolno w Tatrach przebywać po zmroku, bo bez wahania założyłabym tu "koczowisko" i poczekała na wschód słońca. Brrrrrrrrr! Jak dobrze, że to jednak nie jest możliwe. Wyobrażam sobie co by się wówczas działo w Tatrach! Masakra! Wielu z nas marzy o dzikiej naturze ale jedynie bez naszej nachalnej obecności ta dzikość jest możliwa. Nie da się tego pogodzić, nie może być od tej reguły wyjątku, chyba, że... jest się strażnikiem parku Kombiuję w myślach jakby tu zostać Strażnikiem Tatrzańskiego Parku Narodowego... i tak sobie chodzić po niedostępnych tatrzańskich rewirach... oczywiście w celach wyższych ale nadal "z miłości do gór"

Pełna niepokoju udaję się w dalszą wędrówkę. Przed nami jeszcze jeden "wykrzyknik"- wąska i nastroszona grań z zaledwie jednym łańcuchem. Nie posądzałam Słowaków o takie skąpstwo, zwłaszcza że tak szczodrze wyposażyli trasę na Rysy w metalowe schody! Tu zdecydowanie przydałoby się zmontować kilka klamer. Cieszę się, że nie pada deszcz, bo mokre skały w tym miejscu stanowiłyby śmiertelną pułapkę.

Niezwykły wręcz widok wynagradza podjęty wysiłek i ...ryzyko.
Na szczycie Pachoła wreszcie odzyskuję poczucie bezpieczeństwa.
Spędzamy tu ponad godzinę.

Marek czeka "na wiatr co rozgoni ciemne, skłębione zasłony". Ja cieszę się tym co jest i nie zrażona nagłym załamaniem pogody fotografuję zapamiętale panoramę ze wszystkich stron. Nad naszymi głowami szalonym świstem, niczym szabla tnie powietrze szybowiec. Sądząc ze znaków rozpoznawczych za sterami zasiada Polak. Marek czeka na cud. Cud się jednak nie zdarza i nad Spaloną cały czas wisi ciężka czapa chmur.
Niepocieszony ulega moim perswazjom i rezygnuje z dalszych oczekiwań.
Mamy za sobą prawie 1500 metrów przewyższeń, tyleż samo metrów zejścia więc coraz bardziej stanowczo nalegam na opuszczenie Pachoła. Pięć minut po czwartej rozpoczynamy zejście do Przełęczy Banikowskiej.

Stamtąd bez zbędnej zwłoki skręcamy w Dolinę Spaloną. I idziemy, idziemy, idziemy skalnymi zakosami ze dwie godziny. Dolina, jak na tatrzańskie warunki, wydaje się być monumentalna i pełna majestatu. Zdaniem Józefa Nyki dolina ta jest jedną z najpiękniejszych w Słowackiej części Tatr Zachodnich.
Do samochodu-sypialni docieramy niemal w ostatniej chwili przed zapadnięciem zmroku. Szybka kolacja, jeszcze szybsza toaleta i dzieląc się wrażeniami z całego dnia zasypiamy w pachnącej pościeli z widokiem na rozgwieżdżone niebo, z wdzięcznością w sercu za cudowny dzień, z nadzieją, że jutro starczy nam sił na kolejną wędrówkę. Dokąd? Okaże się rano, ale póki co to ciągnie nas w zupełnie różne strony. Musimy jakoś pogodzić te różne potrzeby i znaleźć satysfakcjonujący obie strony kompromis.

- No to niech będzie ta twoja Osobita - mruczę cicho Markowi do ucha i zapadam w głęboki sen.

1465 m

1465 m

16,2 km

7h 50'

Podziel się z innymi swoją opinią...