„Jeśli pat­rzy się ra­zem w górę, niebo się przybliża.”
Phil Bosmans
To była wycieczka Mateuszka. A on na Rysy po prostu chciał wejść. I bynajmniej nie dla widoków. Bo dla widoków to wdrapuję się na szczyty ja.
16 września nie było pogody z widokami ale były Rysy i była niedziela, i to był wystarczający powód aby zerwać się z łóżka o 4:00 i jak w somnambulicznym śnie zebrać się do wyjścia. Godzinę później wszyscy siedzimy już w samochodzie, wszyscy podekscytowani pogodą.
Kiedy dojeżdżamy do Jurgowa mgły rozstępują się i naszym oczom ukazują się rozświetlone wierzchołki najwyższych tatrzańskich szczytów. Wyglądają zjawiskowo, niemal jak fatamorgana. W dole szaruga, nieco wyżej mgły a nad nimi niczym okręty: Łomnica, Wysoka, Gerlach… Pojawia się nikła nadzieja na inwersję.
Korzystając z nadarzającej się okazji Marek tłumaczy Mateuszowi to fenomenalne zjawisko. Śpieszymy się, więc nie ma szans na zatrzymanie. Usiłuję fotografować z pędzącego samochodu - wszystkie zdjęcia są poruszone. A tu takie śliczności!!!
O 7:55 wjeżdżamy na parking. 5 euro i 30 centów - opłata za cały dzień. Tyle kosztuje nas wejście na Rysy od strony słowackiej.
O 8:15 rozpoczynamy naszą wędrówkę na najwyższy z polskich szczytów. Takich jak my jest mnóstwo. Na szerokiej asfaltowej drodze nie stanowi to żadnego problemu. Przy łańcuchach odczujemy to jako znaczącą niedogodność, ale w podejściu na szczyt będzie to już tylko małe utrudnienie. Podejście asfaltowym fragmentem mija nam niepostrzeżenie, chłopcy zajęci rozmową ledwo co zwracają na mnie uwagę.
Mam wrażenie, że niewiele trzeba aby mnie zgubili, bo zapomnieli o mnie na pewno. Muszę więc przypominać im o sobie, co czynię chętnie dokumentując ich wejście na szczyt. Zamieszczone poniżej zdjęcia są moim aktem determinacji (też desperacji) w dotrzymaniu im kroku oraz prawdziwego poświęcenia celem złapania w kadr najważniejszych i najpiękniejszych chwil, jakie miały miejsce owego dnia.
A dzień to był szczególny ze wszech miar :-) 1300 m przewyższenia, 20 km drogi.
Nie było słodkich, pocztówkowych pejzaży dalekosiężnych, nie zobaczyliśmy ani okolicznych szczytów ani tym bardziej Krakowa.
Zdobywaliśmy Rysy idąc w wilgotnej chmurze, która wchodziła nam we wszystkie zakamarki włącznie z kieszeniami. Jednak na szczycie, kiedy wpisywaliśmy się do Księgi Wejść, wszyscy czuliśmy satysfakcję i radość.

Grań Baszt ponad Doliną Mięguszowiecką szybko ginie w chmurach.

Żabie Stawy Mięguszowieckie w stalowo- szarej barwie dodają dolinie surowości.

Widok na Żabią Dolinę z łańcuchowego odcinka szlaku.

Chłopaki bawią się znakomicie na łańcuchach, szczególnie Mateuszkowi sprawiają one wielką frajdę.

Mateusz sprawnie porusza się na łańcuchach nawet w mocno eksponowanych miejscach.
Po prawej: Szatana skutecznie zasłaniają szybko napływające ołowiane chmury.

Podczas gdy od strony południowej przybywa chmur, na północy niebo rozdziera ich gęstą zasłonę i oto przez krótką chwilę otulają nas ciepłe promienie jesiennego słońca.
Mati spogląda co chwilkę w kierunku niebieskiej dziury w niebie obserwując jak szybko znika.

Brama do Wolnego Królestwa Rysów udekorowana barwnymi wstążkami wita nas i zaprasza do dalszej wędrówki.

Na zdjęciu po lewej: Schronisko pod Wagą zwane także Chatą pod Rysami, na wysokości 2250 m n.p.m. zaskakuje nas nowym wyglądem. Trwająca dwa lata rekonstrukcja starego schroniska zakończona została w ubiegłym roku lecz wokół nadal znajduje się mnóstwo różnego rupiecia co paskudzi otoczenie przywołując skojarzenie ze śmietnikiem. Żelbetonowe ściany mają stanowić skuteczne zabezpieczenie przed uszkodzeniami spowodowanymi lawinami. Na sąsiednim zdjęciu: szlak z Chaty pod Rysami w stronę Przełęczy Waga. Po prawej: Marek na Przełęczy Waga na wysokości 2340 m n.p.m. pomiędzy Rysami a Ciężkim Szczytem w masywie Wysokiej na próżno szuka zapowiedzianych nieziemskich widoków.

Mgła towarzyszy nam aż do końca naszej wędrówki na Rysy. Wracający ze szczytu fotograficy nie kryją rozczarowania. Kamienne wieżyczki znaczą wdzięcznie szlak.
Na słupku granicznym znajduję Księgę Wejść. Jest szczelnie zapełniona zapiskami i z trudem odnajdujemy wolny skrawek. Księga jest mocno zawilgocona i uszkodzona. Z niepokojem o jej dalszy los wkładam ją powrotem do metalowej skrytki.

Ach gdyby nie te chmury…
Widać stąd prawie wszystkie tatrzańskie szczyty. Ale nie tym razem.
Dzisiaj cieszę się z obecności moich synów, pochmurna aura jest w tych okolicznościach bez znaczenia.

Marek i Mateusz postanawiają wdrapać się jeszcze na słowacki wierzchołek Rysów. My zostajemy i z trwogą obserwuję poczynania Mateuszka. Jego brak lęku wysokości rodzi we mnie lęk o niego. Cóż za paradoks! Widać taki to już los matki ;-) Ostatecznie zwycięża uczucie dumy :-)
Pochmurna pogoda sprawia, że coraz mniej ludzi zostaje na szczycie. Mati wykorzystuje to i ciesząc się ze zdobycia szczytu ochoczo pozuje do zdjęć.

Tym razem nie zatrzymujemy się w schronisku, śpieszno nam w dół. Chcemy dojść do „asfaltu” przed zmrokiem.


W połowie naszej asfaltowej drogi zabiera nas na przyczepę miły Słowak. Jedziemy w towarzystwie dwojga bratysławian. Słowak okazuje się być chatarem Schroniska pod Rysami.
Żegnamy go z wdzięcznością na parkingu i podwozimy jeszcze do Szczyrbskiego Plesa, gdzie zostawili swoje auto, towarzyszy naszej niekonwencjonalnej podróży.
W domu jesteśmy o 22:30.

Podziel się z innymi swoją opinią...