Mój pierwszy raz

Ten wyjazd zrodził się z potrzeby serca i chwili. Skrzyknęliśmy się w ciągu kilku dni i postanowiliśmy pojechać na Słowację by od tamtej strony zdobyć nasze polskie Rysy. Pomysł wejścia na Rysy od strony słowackiej powstał dlatego, że od strony Morskiego Oka w żlebach prowadzących na szczyt zalegała jeszcze spora warstwa śniegu. Początkowo planowaliśmy przejście przez Rysy i powrót przez Morskie Oko, ale za namową Kasi i Dorotki, które nie czuły się wystarczająco mocne by pokonywać zaśnieżone, przepaściste żleby, zmienilismy zdanie by zejść z powrotem na słowacką stronę.

Kiedy zadzwonił budzik, wokół rozlewała się jeszcze nieprzenikniona ciemnośc nocy. Kwadrans po trzeciej zmierzaliśmy na dworzec w Krakowie skąd o 3.40 odjechaliśmy do Zakopanego. Jeszcze nigdy tak wcześnie nie byłem w Zakopanem. O tej porze nawet toalety były jeszcze nieczynne. Na parkingu przesiedliśmy się do ekskluzywnej, świeżo nabytej Hondy Dorotki, i trąc oponami o nadkola pomknęliśmy ku Łysej Polanie. Nic dziwnego - wszak było nas pięć osób i tyleż samo wypchanych mocno plecaków, a samochody tej marki mają bardzo niskie zawieszenia. Droga Oswalda Baltzera, która nas prowadziła ku Łysej Polanie jest w opłakanym stanie technicznym, więc nasza koleżanka co chwilę musiała niemalże dokonywać cudów, by przemknąć między głębokimi dziurami.

Przekraczamy granicę w Łysej Polanie i Drogą Wolności mkniemy w stronę Szczyrbskiego Plesa. Po drodze mijamy kilka pięknych, wypoczynkowych miejscowości, które kiedyś być może odwiedzimy. Żdziar, Smokowiec czy Tatrzańska Łomnica stanowią znakomite przyczółki do zdobywania Tatr Wysokich. Kwadrans po siódmej docieramy na parking przy stacji elektryczki "Szczyrbskie Pleso", wypakowujemy plecaki, przebieramy buty, i przy okazji nawiązujemy rozmowę z bardzo sympatyczną panią obsługującą parking. Radzi nam ona, byśmy najpierw zarezerwowali sobie nocleg w schronisku przy Popradzkim Stawie, a jeśli nie byłoby wolnych miejsc (co podobno czasem się zdarza) to od razu z marszu zdobywali Rysy, a zanocowali w Chacie pod Rysami. Tam dla każdego na podłodze powinno znaleźć się miejsce. Dziękujemy za dobra radę i ruszamy asfaltową drogą w górę. Nawierzchnia jest świeżo zrobiona i idealnie równa; samochodów jeździ bardzo mało a co najważniejsze powoli, więc idzie się znakomicie. W odróżnieniu od drogi do Morskiego Oka, gdzie tłumy turystów, gwar i smród końskiego moczu skutecznie zniechęcają do wędrówki. Idziemy rzadkim niestety lasem, gdyż większość drzew została powalona huraganem, który przeszedł na Słowackimi Tatrami 19 listopada 2004 roku. To,co się tam wtedy wydarzyło, Słowacy określają nazwą "Velka Kalamita" (***).

Huragan z prędkością dochodzącą do 230 km/h, atakował od północy między godziną piętnastą a osiemnastą. Zniszczeniu uległ pas o długości ok. 50 km (od Tatrzańskiej Kotliny po Podbanską) i szerokości miejscami do 5 km. Zniszczony został las na powierzchni prawie 14 tys. hektarów. Ucierpiało wtedy również wiele zwierząt. Ciekawostką jest fakt, że na około godzinę przed huraganem zaobserwowano dwa duże stada jeleni, które od północy przekraczały szosę i linię kolejową Poprad - Liptowski Mikulasz; niesamowity instynkt. Widok do dziś przerażający - tylko gdzieniegdzie ostały się pojedyncze modrzewie. Im wyżej tym drzew i cienia jest więcej a chłód poranka i wilgoć emanująca z przepływającego nieopodal Potoku Krupa tworzą sprzyjające warunki do szybkiego marszu. Szybko decydujemy się na pozbycie części odzieży, bo droga wznosi się dość ostro w górę. Mniej więcej w połowie odległości do schroniska siadamy w przydrożnej wiacie i zajadamy przepyszne maliny, które Grażynka przydźwigała aż tutaj. Smakują tak jakby przed chwilą z krzaka były zerwane.

Idziemy dalej. Droga wznosi się i opada na przemian, a nad głowami przyświeca bardzo ostre jak na poranek słońce. Kwadrans przed dziewiątą ukazuje się nam Popradzki Staw i wielka, masywna bryła schroniska. Wchodzimy do środka i załatwiamy formalności przy okienku. Oczywiście po polsku. Dziewczę w recepcji co prawda nie mówi naszym językiem ale znakomicie rozumie - podobnie jak my rozumiemy ją. Zatem rezerwujemy pokój na jedną noc. Prawdopodobnie cała "ósemka" bedzie do naszej dyspozycji. Cena 16E za osobę nie jest niska, ale nie bardzo mamy inne wyjście. Niestety jest jeszcze zbyt wcześnie by zostawić nadmiar bagaży w pokoju więc korzystamy z przechowlani. Przepakowujemy plecaki tak, by nie zabierać ze sobą niepotrzebnych rzeczy, pozostałe rzeczy upychając do plastikowych reklamówek. Wyglądamy po tej operacji jak wędrowni Rumuni, z wyjątkiem Kasi, która zapobiegliwie (ma to już chyba we krwi) zabrała ze sobą płócienny worek. Potem korzystając z pieknej aury spożywamy drugie sniadanie na stojacym między schroniskiem a brzegiem stawu stole. Potem zostawiamy nadmiarowe bagaże w piwnicach schroniska i ruszamy na szlak. Początkowo mieliśmy plan by w pierwszy dzień zrobić jakiś mniej forsowny trekking, np. na Koprowy Szczyt, na Rysy przeznaczając niedzielę, lecz zmieniliśmy plany by skorzystać z dość dobrej pogody jaka była tego poranka. Kto wie co przyniesie następny dzień? Zatem ruszamy na podbój Rysów.

Początek szlaku to punkt, w którym można wziąść zaopatrzenie dla schroniska "Chata pod Rysami". Tu leżą zgrzewki wody mineralnej, cukru, ziemniaków i innych wiktuałów oraz drewniane nosidła do transportu. Nosidło jest tak skonstruowane, że można do niego przymocować również swój własny plecak. Wyniesienie ładunku w granicach 5-10 kilogramów jest nagradzane w schronisku symboliczną herbatą z rumem. Ja nie zabieram nic, bo nie wiem jakie są trudności na szlaku, a ponadto takie nosidło znacznie komplikowałoby mi fotografowanie. A przecież dla mnie to jeden z istotniejszych aspektów górskich wędrówek. Wchodzimy zatem na szlak i rzadkim lasem wśród olbrzymich paproci i krzewów borówek zmierzamy ku naszym Rysom. Nareszcie przyszedł ten dzień. Tak sie składało, że Rysy do tej pory nie przyciągały mnie ku sobie, raz ze względu na odwiedzające je tłumy a dwa przez przekorę. Przekora to nieodłączna cecha mojego charakteru. Nauczyły mnie jej moje koty - podobnie jak one, przywykłem chadzać własnymi, nieutartymi szlakami, wybierać miejsca dziwne i z pozoru mało interesujące. Dzięki temu dostrzegam wiele przedmiotów i sytuacji które mało kto zauważa. Staram się wydobywać z otaczającej mnie rzeczywistości drobiazgi, które potrafią zachwycić, mimo że nie są spektakularnymi osiągnieciami. Dlatego do tej pory nie byłem na Rysach. Teraz też wraz z przyjaciółmi wybierałem się na Rysy, wcale nie bedąc nastawionym że muszę je zdobyć - bardziej zależało mi na Dolinie Mięguszowieckiej i samym obcowaniu z przyrodą.

Po kilkunastu minutach świerkowy las zaczął rzednąć a potem przeszedł w gęstą i wysoką kosodrzewinę z rosnącymi tu i ówdzie pięknymi okazami limb. Równocześnie ukazały się nam pierwsze widoki na Wołowiec Mięguszowiecki, Baszty i Szatana po lewej stronie oraz Popradzki Grzebień po prawej. Z każdą chwilą nachylenie szlaku wzrasta, więc po napotkaniu odpowiedniego miejsca nad Żabim Potokiem zdejmujemy część ubrań. Pojawia się też wiaterek który znad Polski przywiewa białe kłęby, powoli zakrywające wierzchołki gór. Tuż za rozwidleniem szlaków napotykam chrząszcza w niecodziennym kolorze oraz piękny okaz rutewki orlikolistnej - rośliny kwiatami przypominającej mimozę. Szlak wije się zakosami wśród bujnej soczystej trawy, gęsto przetykanej białym i niebieskim kwieciem. Powoli i mozolnie wznosimy się w górę by punktualnie w południe przekroczyć morenę Żabich Stawów Mięguszowieckich. Teraz już szlak jest bardziej płaski; idąc można trochę odpocząć i napatrzeć się na ostatnie mijane w dzisiejszym dniu, lustro wody. Ten stosunkowo niewielki i płytki stawek ozdobiony jest jeszcze niewielką kamienną wyspą.

Po okrążeniu stawu docieramy do ostrego zakrętu w prawo, a za nim napotykamy na łańcuchy. Jak to zwykle w takich miejscach bywa, tworza się tu zatory, ale odcinek ten jest stosunkowo krótki (30-50 metrów). Potem wkraczamy w dziką i kamienistą Kotlinkę pod Wagą. Kiedy tak mozolnie wspinaliśmy się w górę, nie zauważyliśmy jak drastycznie obniżył się pułap chmur. Robi się też coraz zimniej, więc zakładam kurtkę. Chwilę później pokonujemy kolejny, tym razem dość niebezpieczny bo mocno stromy płat śniegu. Jak widać nie wszyscy dają sobie z nim radę, bo od czasu do czasu słychać krzyk i ktoś zjeżdża parę metrów w dół. Choć niektórych sytuacja ta bawi, to nie ma w niej bynajmniej nic śmiesznego: u podnóża tego płata sterczą kamienne głazy. Hamowanie na nich może skończyc się tragicznie. Nam udaje się pokonać ten odcinek bez zjazdu i po przekroczeniu symbolicznej bramy Wolnego Królestwa Rysów, dostrzegamy . Jesteśmy o minutę od Chaty pod Rysami. Ziąb daje się we znaki, więc prawie biegiem ruszamy w jego kierunku.

Docieramy na miejsce o 13.30. i oczywiście od razu kierujemy kroki do położonej o minutę drogi od schroniska, słynnej "toalety z widokiem". Czytałem o niej w wielu relacjach i przewodnikach i powiem, że nie ma w nich ani cienia przesady: to miejsce jest naprawdę wyjątkowe. Zarówno ze względu na swoje położenie jak i na widoki, które można kontemplować podczas tego zwyczajnego i nudnego na codzień obrządku. Kibelek ma rzeczywiście i gust i smak (o ile można tak w tym przypadku powiedzieć), a co najważniejsze: jest w nim czysto i bezpiecznie. Bezpiecznie, bo przybytek ten jest zakotwiczony w skale za pomocą grubych stalowych lin. Nie powinien odlecieć ;-) Dla oczekujących na swoją kolejkę nieopodal zakotwiczono w skale bujaną ławeczkę. Dziś jest zbyt zimno na dłuższe siedzenie tutaj, ale kiedy świeci słońce to na pewno ma ona wielu użytkowników. W schronisku po zjedzeniu pysznej zupy i wypiciu jeszcze lepszej kawy, sympatyczne Słowaczki robią nam pamiątkowe zdjęcie. Potem opuszczamy ciepłą, przytulną atmosferę i zderzamy się z szarą i zimną rzeczywistością: chmury zakryły juz wszystko! Z trudem odnajdujemy szlak wiodący na Przełęcz Waga.

Przechodzimy teraz przez kolejne dwa bardzo rozległe płaty śniegu; widoczność spada do 2-3 metrów. Jedynie wydeptana na śniegu ścieżka świadczy o tym, że idziemy w dobrym kierunku. Grażynka z Robertem robią mniej zdjęć niż nasza trójka, więc odłączają się i ruszają na szczyt swoim nieco szybszym tempem. My pomimo wszystko próbujemy uchwycić w kadrze jakieś szczegóły krajobrazu. Tuż przed przełęczą śnieg kończy się ale niestety widoczności nadal nie ma prawie żadnej. Spoglądam w prawo gdzie powiniem znajdować się Ciężki Szczyt ale wyobraźnia tym razem nie działa: nadal widzę tylko chmurę. Skręcamy ostro w lewo i szlakiem oznaczonym setkami kamiennych kopczyków podążamy w stronę szczytu. Jest stromo, ale bezpiecznie i sucho. Po przekroczeniu skalnego garbu najpierw nieco schodzimy w dół a potem znowu pniemy się ku szczytowi Rysów. Ten ostatni odcinek jest rzeczywiście stromy, miejscami piarżysty i niebezpieczny. Zwłaszcza, że szlak biegnie dość dowolnie i zdarza się, że jego znaki pojawiają się w kilku miejscach jednocześnie, tak jakby była tu dowolność we wchodzeniu. A może to są dwa równoległe odcinki, każdy w swoim kierunku? Tego nie wiem, a zgadnąć nie mogę, bo widoczność jest mocno ograniczona. Jedynie na kilka minut przed wejściem na wierzchołek, w chumurach otwiera się okienko, przez które dostrzec można skraj Grani Baszt i miasteczko Ważec. Po chwili okienko zamyka się, a my kontynuujemy marsz. Okazuje się, że nawet w tym miejscu, na wysokości dochodzącej do 2,5 tys metrów rośnie sporo kwitnących roślin. Dorotka której kończy się akumulator w aparacie a zatem nie robi zdjęć, wspina się szybciej a my z Kasią podziwiamy i utrwalamy dla Was, drodzy Czytelnicy: skalnice, lepnice, gnidosze, złocienie...

Na polski szczyt Rysów (2499m npm) docieramy jako ostatni z naszej grupy o 15.50 - tu czeka na nas Dorota, Robert i zziębnięta już nieco Grażyna. Nic dziwnego bo zdystansowali nas o ponad kwadrans. Tymczasem zrywa się dość mocny wiatr, który przegania chmury raz w prawo a raz w lewo, od czasu do czasu otwierając niezbyt rozległe widoki na Żabią Dolinę. Widoków na stronę polską nie ma żadnych. Traktuję to jako znak, że polskie szczyty powinno zdobywac się od polskiej strony. Zatem pewnie kiedyś tu jeszcze powrócę. Grażynka która zaczyna już dygotać namawia nas do schodzenia, ale my jeszcze przedostajemy się szybko na słowacki, wyższy o cztery metry wierzchołek by zrobić sobie pamiątkową fotografię. Robert staje tam jako pierwszy a potem przychodzi kolej na naszą trójkę.

Grażynka tymczasem rozpoczyna schodzenie. My również podążamy jej śladem, ale już po kilku minutach nie wytrzymuję i klękam na skale znów rozkoszując oczy widokiem kwiatów. Kiedy tak skaczę z kwiatka na kwiatek, chmury nieco się rozstępują i ukazują nam Żabią Przełęcz i Żabie Stawy Mięguszowieckie. I tym razem jest to tylko chwilowe przejaśnienie, bo kiedy docieramy na Przełęcz Waga znów widać wielkie nic! Pozostaje nam jeszcze tylko śliski manewr na śnieżnych płatach i kwadrans po siedemnastej znów stoimy przy Chacie pod Rysami. Tym razem zahaczamy tylko o kibelek a potem ruszamy w dół bo dzień już mocno się nachylił. Przed nami nieciekawe zejście do Żabiej Doliny czyli nuda! I tu właśnie rozluźnienie i brak czujności doprowadzają do niegroźnego na szczęście upadku. Z początku wglada to bardzo poważnie, bo Kasia upadając uderza głową o skałę, ale ostatecznie obywa się bez interwencji apteczki. Przypomina się nam wtedy, że rano idąc tędy widzieliśmy właśnie krwią znaczony szlak.

Teraz postanawiamy już się nie śpieszyć, i tak rozkładamy czas zejścia by tylko zdążyć przed zmrokiem. Wprawdzie Grażynka z Robertem są już daleko, daleko przed nami, a może nawet za chwilę dotrą do schroniska, lecz nam się nie śpieszy. Przysiadamy na prawie pustym już szlaku i oddajemy się kontemplacji przyrody. Szczyty otulają się kożuszkiem chmur a kwiaty powoli zamykają swoje kielichy. Zbliża się zmrok. Nad sennym Popradzkim Stawem stajemy parę minut po dwudziestej. Nasi przodownicy, odświeżeni i radośni, zajadają kolację w restauracji, a my brudasy udajemy się do pokoju na pierwszym pietrze. Gdy zmrok szczelnie otulił już góry, gromadzimy się wokół małej buteleczki by uczcić nasze zwycięstwo. Przeglądamy zdjęcia i snujemy plany na jutro. Wtem Grażynka zrywając się z krzesła podnosi larum: "Lis! Lis, kradnie buty!" Siedzacy najbliżej tarasu Robert zrywa się niczym strażak do pożaru i rusza na ratunek butom. I słusznie bowiem lisek upatrzył sobie właśnie jego nowiutkiego Hanwaga i chwyciwszy zębami, próbował dać drapaka do lasu. Zapewne but pachniał jeszcze świeżą skórą i rude biedaczysko myślało, że w środku będzie mięso. But został uratowany, a dla nas pozostałych było to nauczką by na noc jednak zabrać buty do pokoju. Po tym incydencie postanowiliśmy obudzić się rano metodą naturalną czyli bezstresowo, i zgasiwszy światło zagrzebaliśmy się w białe otchłanie pachnącej pościeli.

D z i e ń    d r u g i

Bezstresowo budzę się około piątej, ale sumienie nie pozwala mi na zmuszanie innych do tego samego. Leżę zatem z otwartymi oczami i przeglądam w myślach wczorajszy dzień. Minuty wloką się niemiłosiernie; rozpoczynam gimnastykę dłoni a potem zabieram się do obejrzenia wczorajszych zdjęć. Wszystko to jednak mało. Co chwilę spoglądam z nadzieją na sąsiednie łóżka ale ani Kasia ani Grażynka nie wykazują jeszcze żadnej aktywności. Wkurzam się na samego siebie, że nie zabrałem słuchawek - mógłbym przynajmniej posłuchać muzyki. Czas rozciąga się jakby był gumowy, ale nie bardzo widzę inną alternatywę - jeśli wstanę i zacznę szeleścić ubraniem - na pewno wszyscy się obudzą, a wtedy mogę nie zdążyć ujść z życiem.

Dopiero kwadrans przed siódmą podejmuję decyzję: wstaję. Kiedy wracam z toalety, okazuje sie, ze nikt już nie śpi a Kasia nawet już jest na nogach. Zabieramy się do mycia, pakowania no i oczywiście do śniadania. Biegnę na dół po wrzątek a kiedy wracam do pokoju zastaję stół zastawiony jak na przyjęciu. To nasza Kasia tak się postarała: kabanosy, salami, sery, pomidory, ogórki, pasztety, kawa i cztery gatunki herbaty a nawet zielone listki bazylii! Przystępujemy do ucztowania. Każdy z nas przyniósł trochę wiktuałów i teraz mamy problem: trzeba to wszystko zjeść, a jednocześnie nie przejeść się by ociężałe brzuchy nie spowalniały naszego marszu na Koprowy. Tak, bo naszym dzisiejszym celem będzie najpierw Koprowa Przełęcz, a jesli starczy czasu to jeszcze Koprowy Wierch. Dziś tego czasu jest nieco mniejniz wczoraj, bo musimy jeszcze wrócić do Polski.

Pakujemy do plecaków tylko niezbędne nam w górach rzeczy a resztę znowu upychamy w foliowych torbach które zostawiamy w piwnicznej przecholwalni bagażu. Na koniec robimy sobie na tarasie pamiątkowe fotografie nad Popradzkim Stawem i opuszczamy schronisko. Teraz podobnie jak wczoraj maszerujemy lasem w stronę Rozstaju nad Żabim Potokiem. Słychać śpiew ptaków, szum wody i mocno stukające w piersi serducho. O dziwo, po wczorajszej wcale nie najłatwiejszej przecież trasie w ogóle nie czuję zmęczenia.

O godzinie dziesiątej nieco zdyszani i przegrzani stajemy na Rozstaju nad Żabim Potokiem gdzie w palącym słońcu pozbywamy się nadmiaru odzieży, a potem skręcamy w lewo na szlak wiodący do Doliny Hińczowej. W okolicach Hińczowego Potoku spotykam kilka olbrzymich okazów gnidosza dwubarwnego, a także wyniosłe rdesty wężowniki, na tle Wielkiej Capiej Wieży i Hlińskiej Turni dumnie prężące swoje różowe głowy. Kiedy kończy się kosówka, szlak zaczyna piąć się coraz wyżej i stromiej. Marsz jest coraz trudniejszy więc tym chętniej fotografuję kolejne okazy tatrzańskich roślin. Ty razem sporo uwagi poświęcam cięmiężycy zielonej, która na tle grubego brzucha Szatana świetnie komponuje się z miłosną górską. Chwilę później stajemy na prawie płaskiej, szerokiej, trawiastej łączce, która od strony południowej zakończona jest skalną półką niczym Mięguszowiecka Kazalnica. Rozciaga się stąd doskonały widok na całe wnętrze Mięguszowieckiej Doliny oraz na Grań Baszt. Kilka minut później po raz pierwszy dostrzegam dobrze mi znaną Przełęcz pod Chłopkiem. Od południowej strony wygląda zupełnie przeciętnie, i wcale nie wydaje się być tak trudno dostępna jak z polskiej strony.

Nad pierwszy z Hińczowych Stawów docieram o 11.30 - staję jak wryty. Widok zaiste przecudny! Stawki są niewielkie i płytkie a krystalicznie czysta woda, poruszana lekkim wiatrem delikatnie pieści skórę gdy zanurzam w niej dłoń. Podczas fotografowania panoramy z żabiej perspektywy o mały włos nie tracę aparatu. Ale jak widać warto było ryzykować. Brzegi stawków porośnięte są gęstym kożuchem kaczeńców sponad których dumnie wystaje Koprowy Wierch. Jest tu tak pięknie, że wcale nie chce mi się tam iść, i nawet szukam pretekstu by móc odłączyć się od grupy. Zniecierpliwiona Grażynka z Robertem ruszają w górę pierwsi, a nasza trójka jeszcze długo szaleje z z aparatami przy oku.

Jest dokładnie południe kiedy decydujemy się na pogoń za Grażyną: mijamy Mały Hinczowy Staw i pniemy się ku Koprowej Przełęczy. Nie jest to łatwe bo ścieżka jest bardzo stroma i piarżysta, a tuż obok niej kuszą i wabią nasz wzrok kobierce omiegów, niezapominajek, rojników... Spotykam też dziwną roślinę, której do tej pory nie udało mi się zidentyfikować. Z Przełęczy Koprowej roztacza się szeroki widok na Popradzki Grzebień, Grań Baszt i Grań Hrubego - jedynie okolice Orlej Perci zasłonięte są przez wierzchołek Koprowego Wierchu. To ostatecznie przekonuje nas do podjęcia wysiłku wejścia na szczyt. Tymczasem słońce częściowo chowa się za chmurami i zrywa się mocny wiatr - nie jest to dla nas specjalnym zaskoczeniem bo przecież znajdujemy się na wysokości prawie 2200 metrów. Zwłaszcza, że na północnych stokach Grani Hrubego Wierchu zalega jeszcze sporo śnieżnych płatów, więc siłą rzeczy musi być zimno. Przed nami jeszcze niecałe 200 metrów przewyższenia które powinniśmy pokonać w pół godziny. Ruszamy ku wierzchołkowi.

Mniej więcej w połowie drogi spotykamy schodzącego już ze szczytu Roberta, który mimo solidnego ubioru jest trochę wychłodzony; za nim w niewielkiej odległości podąża Grażynka. Przystajemy na moment rozmowy a Kasia częstuje wszystkich pomidorowym kwiatem. Przez kilka minut podziwiamy tonące w chmurach, majestatyczne wierzchołki Ciężkiego Szczytu i Wysokiej a potem rozstajemy się z naszymi Przodownikami, i wspinamy się dalej ku kopule szczytowej, gdzie majaczą sylwetki stojących na wierzchołku turystów.

Tuż przed godziną czternastą, po pokonaniu 870 metrów deniwelacji, Dorota, Kasia i ja, stajemy na Koprowym Wierchu (2363m npm). Oprócz nas jest tu jeszcze tylko kilka osób, więc tłok nam nie doskwiera. To dobrze bo wierzchołek Koprowego nie jest zbyt rozległy, a za to dość przepaścisty. Osoby z lękiem przestrzeni mogą tu dotrzeć bez większych problemów ale kiedy już usiądą na wierzchołku, mogą mieć "pełne gacie" - przestrzeń jest baardzo rozległa! Siadamy na szczycie i rozglądamy się dookoła: w dole u naszych stóp lekko zamglone Ciemnosmreczyńskie Stawy, nieco w prawo od nich, za Liptowskimi Murami obserwujemy wijącą się Orlą Perć, a daleko za nią, na tle zamglonej Orawy, rysuje się znajoma sylwetka śpiącego rycerza. Jakże blisko wydaje się być stąd do Szpiglasowego Wierchu, Mięguszy, Przełęczy pod Chłopkiem... nic tylko ręką siegnąć. Nawet wyzierający zza Grani Hrubego Krywań, wydaje się taki bliski! Słońca już prawie nie widać i wiatr się wzmaga; robię więc jeszcze tylko kilka panoram i zaczynamy schodzenie.

Tym razem przoduje Kasia a my z Dorotą wleczemy się z tyłu. Nie żeby przez zmeczenie, ale jak zwykle najwięcej czasu zajmuje nam robienie zdjęć i bardzo interesująca rozmowa. Tematy wysypują się jak z rękawa a wiatr świszczący w uszach zmusza do uważnego nasłuchiwania interlokutora. To z kolei spowalnia nasze schodzenie. W pewnej chwili dostrzegamy, że Kasia już stoi na Koprowej Przełęczy i daje nam jakieś znaki; przyśpieszamy więc nieco kroku. Niestety od Kasi dostaje się nam kubeł zimnej wody na nasze głowy:

-Przecież przed nami jeszcze ponad 3 godziny drogi, a jeszcze trzeba wrócić do Polski! Nie widzicie która jest godzina? Zachowujecie się bardzo nieodpowiedzialnie, jak dzieci - łaje nas Kasia - gdybym to ja była kierowcą - dodaje - to pojechałabym bez was!

-Na szczęście to ja prowadzę ten samochód - odcina się Dorotka - więc i tak jesteście na mnie skazani!

-No dobra, postaramy się trochę przyśpieszyć - dodaje po chwili.

-Od tej pory zero zdjęć - tonem nie znoszącym sprzeciwu zarządza Kasia - i tak macie już wszystko sfotografowane. Wystarczy, a najlepiej to schować aparaty do plecaków!

Przyrzekam Kasi że przyśpieszymy i gesiego udajemy się w stronę Wielkiego Hińczowego Stawu. Z przyrzeczenia staram się wywiązać, ale marnie mi to wychodzi: Dorota co jakiś czas przystaje i próbuje coś pstryknąć. Posuwam się wtedy do ostateczności, i kiedy widzę Canona przy jej oku, wpadam w kontrolowane poślizgi. Wiem, że tylko tego się boi.

Nad Wielkim Stawem spotykamy Grażynę z Robertem - oboje mają niewesołe miny. Okazuje się, że tym razem Grażyny buty rozleciały się już na dobre. Podeszwa trzyma się korpusu buta tylko dzięki misternie uplecionemu sznurówkowemu kagańcowi. Zatem schodzenie na pewno będzie wolniejsze niż zakładaliśmy. Zjadamy tutaj resztki zapasów i po krótkiej sesji foto żegnamy Dolinę Hińczową i jej bajkowe stawy. Dorotka już zniknęła z pola widzenia a ja rzucam ostatnie spojrzenie na przystrojone pełnikiem alpejskim rozlewiska Hińczowego Potoku i schodze w dół. W przedwieczornym słońcu znów wabi mnie ku sobie Dolina Mięguszowiecka. Po krótkim czasie doganiam Grażynkę i Roberta, którzy dokonują poprawek w mocowaniu podeszwy. Potem wraz z Kasią próbujemy dogonić Dorotę, która chyba jest na nas obrażona, bo biegnie w dół szybko jak nigdy dotąd. Nie sądziłem że potrafi tak biegać po górach.

O siedemnastej docieramy do naszego schroniska i odbieramy z przechowalni nasze bagaże. Łyk zimnego piwa (Grażynka preferuje czeską Beherovkę) w nagrodę za zwycięstwo i żegnamy się z czworonożną opiekunką schroniska. Na znak pojednania Kasia z Dorotą padają sobie w objęcia a ktoś robi nam wspólną fotografię na tle Popradzkiego Stawu. Potem asfaltówką zbiegamy w stronę parkingu. Jak to dobrze, że mamy transport do Zakopanego!

W Zakopcu rozstajemy się z naszymi wspaniałymi koleżankami i wsiadamy do autobusu. W ostatniej chwili Grażynka pozbywa się swoich siedemnastoletnich Salomonów, które lądują w dworcowym koszu.
Szkoda, bo przecież prawy był jeszcze całkiem przyzwoity :-)

Tak oto dobiegł do końca "mój pierwszy raz" ze słowackimi Tatrami.

Marek Sikora      2009-07-11
(***)
więcej o tym tragicznym wydarzeniu z 19.11.2004

Podziel się z innymi swoją opinią...