Relacje z trekkingów

Po kociemu na Rysiankę
(czyli rzecz o błądzeniu)

     Końcem marca zimy w naszej okolicy już nie było. Była ta nieszczególnej urody pora roku odziana w burą sepię, zszarzałą żółć zeszłorocznych traw i szarą biel resztek śniegu. Niebo także nie wyróżniało się tego dnia barwą. Całość tworzyła raczej niezdecydowany i przygnębiający nastrój. Przedwiośnie pamiętam z dzieciństwa zupełnie inaczej. W moich wspomnieniach zapisało się jako czas pełen energii, dynamiczny, skąpany w mocnym słońcu, nasycony zapachami topniejącej ziemi, szczebiotem ptaków, stukotem kropel spływających z dachów, brzęczeniem pierwszych pszczół poszukujących kwitnących podbiałów, które zbierałam w bukiety i ustawione rządkiem na parapecie kuchennym zwiastowały wiosnę. Zatęskniłam za tymi wrażeniami i aby do cna nie zapaść w szaro-burą sepię melancholii zaproponowałam Markowi wyjazd w Beskidy. Wybór padł na Rysiankę (1322 m n.p.m.) w Beskidzie Żywieckim. Bo blisko, bo… widać Tatry.

   Guzdrzemy się rano, celebrujemy poranną kawę i nieśpiesznie pakujemy plecaki. Ach jak fajnie że tak blisko! Po drodze też zatrzymujemy się kilkakrotnie i właściwie to błądząc w okolicach Sopotni przypadkiem odkrywamy malowniczą drogę wijąca się pośród łąk i pól z widokiem na Babią Górę. Droga okazuje się być całkiem sporym skrótem a na dodatek wiedzie nas wprost do celu. Zjeżdżając z wschodniego zbocza na zachodni otwiera się przed nami inny świat. Drzewa uginają się pod ciężarem bielutkiego i puszystego śniegu, oślepia nas intensywne słońce i słychać jak skrzypi pod kołami auta śnieg.

   Tuż przed celem zatrzymuje nas niecodzienny autostopowicz - mężczyzna w wieku bliżej nieokreślonym o niesamowitej rzeźbie twarzy. Zmarszczki żłobią na niej gęstą sieć głębokich i płytkich zmarszczek pośród których błyszczy para niemal lazurowych oczu a usta znają tylko jeden kierunek bo wyglądają jakby nigdy nie opuszczał ich uśmiech. ”Jak Mona Liza”- nasuwa mi się skojarzenie. Jedziemy razem zaledwie kilka minut a mężczyzna zdążył nam opowiedzieć zarówno historię swojego życia jak i wczorajszego dnia, kiedy to rozszalała się śnieżna zamieć, której skutki teraz wywołują w nas zachwyt. Mam wielką ochotę poprosić mężczyznę o zgodę na wykonanie portretu i kiedy zbieram się na odwagę ten oznajmia, że chce wysiąść. Dziękuje nam za przysługę i jak niespodziewanie się pojawił tak też znika.

   Po kilku minutach jesteśmy u celu. Las na tle błękitnego nieba wygląda jak z bajki o Królowej Śniegu. Świeci tak mocne słońce, że na pewno za kilka godzin pozostanie jedynie wspomnienie tej kryształowej bieli. Biorę głęboki wdech i wraz z rześkim powietrzem wypełnia mnie błoga radość. Kiedy Marek dokonuje ostatecznego przegrupowania w plecaku ja stoję nad brzegiem górskiego potoku i ze zdumieniem obserwuję kundelka z entuzjazmem pluskającego się w wodzie, która jak się domyślam, musi być lodowato zimna. Ten widząc moje zainteresowanie nieruchomieje i również mi się chwilę przygląda. „A czyj żeś Ty?”- pytam. Piesek zbywa mnie milczeniem i wesoło merdając ogonem dalej brodzi w płytkiej wodzie.

   Idziemy. Jest punktualnie dwunasta. Na szczycie mamy być za jakieś dwie godziny. Ale jesteśmy za dwie i pół choć idziemy na skróty, stromą przecinką. To świetne osiągnięcie biorąc pod uwagę ilość zdjęć dokumentujących naszą wędrówkę. Mamy dużo czasu i w ogóle nie musimy się spieszyć. Jak przyjemnie doświadczać życia tu i teraz ! Marek trochę się na mnie dąsa, bo jest okrutnie głodny i chce wreszcie cokolwiek zjeść, bo nie samymi pejzażami człowiek żyje. Raczę go kabanosami a sama fotografuję na przemian Babią Górę, Romankę i Tatry. Nie wchodzimy do schroniska. Żal nam stracić choćby kilka minut słonecznej zimowej aury- pewnie już po raz ostatni w tym sezonie. A góry z hali wyglądają niezwykle malowniczo, jak przekładaniec poprószony cukrem pudrem z laskami wanilii i cynamonu, czekoladowymi wiórkami i delikatna miętą… Ech! Na nic moje mocne postanowienie! Z poczuciem winy sięgam po tabliczkę miętowej czekolady ale już bez tego kłopotliwego zażenowania zajadam się nią. Marek ratuje mnie przed niechybną katastrofą domagając się przynależnej mu części. Dzielę się z nim choć nie bez walki. Marek nie zgadza się na wymianę, dodatkowa porcja kabanosów nie satysfakcjonuje go.

   Po krótkim posiedzeniu na słonecznym stoku maszerujemy na Halę Lipowską skąd rozpościera się również szeroka i urozmaicona panorama na najwyższe szczyty Beskidu Żywieckiego a także Małą Fatrę i Tatry. Nad tymi ostatnimi unosi się gruba warstwa puchatych jak wata cukrowa chmurek i czasem trudno odróżnić co jest ośnieżonym szczytem a co puchatym obłokiem. Udaje się nam rozpoznać kilka szczytów w paśmie Tatr Zachodnich i czyn ten napawa nas nieskromnie dumą a we mnie rodzi ponadto tęsknotę za Tatrami. Jednak wiem, że nie uda mi się namówić Marka na wypad w Tatry dopóki nie zejdą śniegi - żadnego igrania z lawinami! Jestem mu wdzięczna za tę roztropność bo pozwala mi to na bycie nierozważną i romantyczną ;-) No…bo gdyby to Marek miał takie zakusy to wtedy ja musiałabym być tą rozsądną a to szalenie męczące i pragmatyczne… i przyziemne ;-) A ja taka racjonalna już się nabyłam i cudownie, że taka akuratna już być nie muszę. Zatem snuję marzenia o zimowym wejściu na Wołowiec a może jeszcze Łopatę i Jarząbczy… Przypominam Markowi o grudniowym Zawracie i inwersji… Nic z tego! W grudniu zagrożenie lawinami jest mniejsze wobec tego jak niebezpiecznie jest na przedwiośniu i wiosną! W głębi rozumu całkowicie się z nim zgadzam. Jedynie co jako kompromis osiągamy to wejście na Babią i Pilsko. Stamtąd też widać Tatry! No ale co „w tych Tatrach” jest takiego, że ja zawsze do nich tęsknię?

   Wracamy na Halę Rysiankę a stamtąd spacerujemy w kierunku Romanki na Halę Pawlusią. Ostatecznie nie docieramy na szczyt bo ja się gubię. Zamiast śledzić jak biegnie szlak ja bezmyślnie podążam szeroką dróżką i schodzę w dół. O tym, że nie wolno lekceważyć nawet stosunkowo łatwych gór przekonamy się tego dnia jeszcze raz. Otóż chcąc obejrzeć zachód słońca a jednocześnie nie nadkładać drogi idziemy na skróty. Te okazały się jednymi z najdłuższych jakich doświadczyłam. Tymczasem szczęśliwie odnajdujemy się i postanawiamy jeszcze raz wrócić na Halę Rysiankę aby zanim słońce zajdzie zobaczyć Tatry w miedzianej poświacie. Te jednak coraz mocniej zanurzają się w mgielną zasłonę chmur. Choć bez Tatr na horyzoncie to i tak panorama okolicznych pasm górskich urzeka nas. Za siedmioma górami dumnie choć mało wyraźnie wznosi się Wielki Chocz. My jednak wracamy na Halę Pawlusią i cierpliwie oczekujemy na zachód słońca. Robi się coraz mroźniej i zawartość plecaka szybko ląduje na naszych grzbietach. Mimo to dotkliwie odczuwam zimno. Warto jednak było zmarznąć. Zachód słońca nad Beskidem Śląskim dostarczył nam wiele estetyczno-metafizycznych wrażeń. Późniejsze zejście w kierunku wschodnim również obfitowało w malownicze widoki.

   Licząc na skrót nadkładamy kilka kilometrów i docieramy do auta w absolutnej ciemności. Przezornie zabraliśmy ze sobą czołówki więc ciemność nie jest tak dokuczliwa za to pozwala nam napawać oczy i dusze rozgwieżdżonym niebem. Już dawno nie widziałam takiej ilości gwiazd. Marek na moją prośbę wykonuje z ręki kilka zdjęć. Celujemy w gwiazdozbiór Oriona, najbardziej wyróżniającą się na skraju lasu konstelację. Kiedy docieramy do auta mamy za sobą 13 km marszu i w trakcie tej popołudniowej wędrówki spotkaliśmy nie więcej jak kilkunastu wędrowców. Dziwi mnie to zważywszy że pogoda cudowna a miejsce malownicze. Punktualnie o 21 odjeżdżamy. Czy tu jeszcze wrócimy? Chcemy wrócić i doświadczyć tu wschodu słońca. Bo tu tyle gór, z każdej strony przeplatają się pasmo za pasmem. I tyle hal, przestrzeni i słońca. Warto tam… zabłądzić.

Dorota 2011-03-27

Podziel się z innymi swoją opinią...