Zimowe niespodzianki
4 i 5 stycznia 2014

"Wystarczy rozbudzić w każdym z nas to,
co mamy w sobie od bardzo dawna,
rozbudzić obecne w nas rozumienie mądrości Ziemi."

Bill Devall, George Sessions

Takiej zimy jeszcze nie było.
Śniegu nie ma nawet w Tatrach. Jest odwilż, na powrót zaczyna wiać halny. Początkowo zamierzaliśmy udać się w Gorce i Pieniny ale przeprowadzony w schroniskach telefoniczny wywiad zniechęcił nas do ich błotnych szlaków. Ostateczna decyzja zapadła na Przełęczy Krowiarki. Gdy zobaczyliśmy, że królowa Beskidów także pozbawiona jest śniegu, kierujemy się w stronę Tatr.
Na Głodówce zatrzymujemy się na kawę i naleśniki. Jesteśmy akurat w chwili gdy gospodarze przyjmują kolędę. W miłym otoczeniu czas upływa szybko i nawet się nie spostrzegliśmy jak minęła godzina.

W samo południe wchodzimy z Zazadniej na szlak prowadzący do Sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr na Wiktorówkach (tam znajduje się źródełko z wodą, która ma szczególne właściwości) i dalej na Rusinową Polanę. Jestem bardzo zaskoczona absolutnym brakiem śniegu. Jedynie na drodze zalega miejscami lód, co znacznie utrudnia poruszanie się. Na przemian ubieramy i zdejmujemy raki.
Przy kapliczce spędzamy pół godziny, wzmocnieni herbatą i czekoladkami, z nadzieją na ślizgawkę, zabieramy uproszczoną wersję sanek i ruszamy w dalszą drogę. Na szlaku spotykam dawno nie widzianych znajomych. W Chochołowie spędzają kilka dni a wiosenna aura bynajmniej nie zniechęciła ich do górskich wędrówek.
Żegnamy się jednak szybko, bo chłopcy mkną już daleko przed nami. Nie mogą się doczekać zabawy na zaśnieżonym zboczu. Obaj mają jeszcze w pamięci świetną zabawę na stoku w Kowańcu, gdzie spędziliśmy sylwestrowe popołudnie. Jakież jest nasze zdziwienie gdy na polanie zamiast śniegu widzimy płowo-burą zeszłoroczną trawę!

Słońce przysłoniły granatowe chmury jednak przebijające się przez nie światło nasyca barwami całe otoczenie i pomimo przewagi monochromatycznej kolorystyki świat wokół wydaje mi się bajkowy, romantyczny i intrygujący zarazem.

Chłopcy szybko godzą się z brakiem śniegu. Mati rozpoznaje na horyzoncie Rysy i teraz wypytuje mnie o nazwy pozostałych szczytów, a także o to, na które z nich można wejść. Niestety zdecydowana większość z nich nie jest dostępna dla zwykłych śmiertelników. Kiedy rozważamy możliwość wejścia z chłopakami na Gęsią Szyję na polanie niespodziewanie pojawia się wielki, bury kot. Początkowo myślałam nawet , że to żbik. Kocur jest oswojony ale zachowuje się powściągliwie i z dystansem, jak na prawdziwego kota przystało. Mateusz częstuje go szynką czym szybko zdobywa zainteresowanie zwierzęcia.

Po kilku minutach karmienia kot pozwala się zabrać na ręce. Mateusz szybko szacuje, że ten jest cięższy od trzech naszych kotów razem wziętych. Kiedy wreszcie Mati pozwala i mnie wziąć go na ręce przekonuję się, że miał całkowitą rację. Ten kot jest nie tylko ogromny ale też ciężki. Ma gęste, lśniące futro ale mnie najbardziej podoba się jego nastroszony, pręgowany ogon. Ja tymczasem nabieram coraz większych wątpliwości czy aby kociak nie jest żbikiem. Oglądam go z każdej strony i właściwie pasują mi do niego prawie wszystkie cechy charakterystyczne dla żbików. Jest cięższy i większy od wszystkich znanych mi domowych kotów, z dachowcami włącznie. Jest obdarzony gęstą i jedwabistą sierścią i ma typowo dla żbika wybarwiony ogon z ciemnymi pierścieniami i ciemną końcówką, dość krótki, bardzo puszysty, na końcu grubszy jakby tępo zakończony. Moją uwagę zwracają ciemne, mało wyraźne pręgi po bokach jego ciała a także na łapach i ogonie oraz ciemna wyraźna pręga wzdłuż jego grzbietu i jak to bywa u żbików kończąca się u nasady ogona. Jego brzuch jest jasno wybarwiony zaś spodnia strona łap ciemno. Ma też jaśniej ubarwiony podbródek.

Szeroka głowa z krótkimi i okrągłymi uszami, mahoniowy nos i długie, białe wibrysy a przy tym mocne i grube choć dość krótkie kończyny ostatecznie przekonują mnie, że w żyłach naszego kociaka na pewno płynie żbicza krew. Pytanie tylko ile %. Żbiki objęte są w Polsce ścisłą ochroną, wpisano je także do Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt. (Po powrocie do domu czytam, że obecnie szacuje się iż na terenie naszego kraju występuje zaledwie 200 osobników żbika a w Tatrach nie widziano go od 2003 roku. Zatem nasz kociak był mieszańcem. Bardziej zainteresowanych odsyłam do artykułu http://pracownia.org.pl/dzikie-zycie-numery-archiwalne,2121,article,2589 ) Kiedy kończy się nam szynka i kindziuk kot bezceremonialnie odchodzi rezygnując z naszego towarzystwa. Spoglądam na zegarek: na zabawie z koto-żbikiem minęła nam godzina.

Zgodnie stwierdzamy, że zamiast spieszyć się na Gęsią Szyję lepiej zagrać w „owce i wilki”. Uczymy Michałka zasad gry i popijając gorącą herbatę bawimy się znakomicie do czasu, aż ktoś zauważa, że zostaliśmy na polanie sami. Czas wracać! Chłopcy postanawiają wykorzystać przywleczony na polanę sprzęt. Michałek sadowi się na „ślizgaczu” a Mati ile sił biegnie z nim w dół ciągnąc po kamienisto lodowej ścieżce. W ten sposób wykorzystują każdy, nawet najmniejszy lodowy fragment szlaku. Tymczasem Kasia i ja co chwilkę musimy ratować się przed upadkiem na śliskiej ścieżce. Kijki trekingowe niewiele się przydają, zaś raki na kamienistym i błotnym szlaku stają się uciążliwe a mnie nie chce się już co chwilkę ich ubierać i zdejmować. No to ślizgamy się i już!

Do góralskiej chaty, gdzie tym razem będziemy nocować, docieramy już po zmroku. Po ciepłej kolacji Kasia i ja sadowimy się wygodnie w łóżkach zaś chłopaki pełni wigoru kończą rozpoczętą podczas podróży zabawę z robotami. Przeglądam jeszcze mapę Tatr i usiłuję znaleźć jakiś ciekawy i niezbyt forsowny szlak, na który jutro moglibyśmy się wybrać. Prognozy pogody nieco nas smucą; jutro ma padać w Tatrach…deszcz. Naszych chłopaków nie martwi jednak ani brak śniegu, ani deszczowa pogoda. Kiedy zasypiam słyszę jeszcze ich dobiegający zza ściany śmiech.


A teraz po kondracku :-)

Wczoraj umówiłyśmy się z Kasią, że pójdziemy zobaczyć wschód słońca. Panorama Tatr z Głodówki przez wielu uważana jest za najpiękniejszą. Jest według mnie imponująca ale ponieważ ja we wszystkich miejscach gdzie jestem szukam widoku na Tatry to zebrałam już całkiem interesującą kolekcję tatrzańskich panoram i ta nie robi już na mnie oszałamiającego wrażenia. Budzik dzwoni o 6:30. Kasia zrywa się na równe nogi i wkrótce jest gotowa do wyjścia. Spoglądam przez okno i widzę niebo całkiem zasnute gęstymi chmurami. Czuję się jednak wyspana i dalsze polegiwanie w łóżku aczkolwiek kuszące jest, to jednak przegrywa z moim wyobrażeniem o wschodzie słońca nad Hawraniem i Muranią. Rześkie powietrze wpływa na mnie mobilizująco i dziarskim krokiem zmierzam ku widokowej polanie. Tymczasem nad Tatrami Bielskimi rozgrywa się dramatyczne widowisko.

Wiatr przegania nad szczytami granatowe chmury zaś w okolicach sąsiadującej z Hawraniem Magury Spiskiej z dolinek wyłaniają się puchate, białe obłoczki. Na porannym spacerze niepostrzeżenie mijają mi dwie godziny. Przyjaciółkę zgubiłam zaraz po wyjściu z domu i zapomniałam tak o niej, jak i o reszcie świata. Teraz Kasia dzwoni informując mnie, że zaparzyła kawę.

Decyzja o dalszym planie dnia zapada szybko. Po śniadaniu szybko się zwijamy i zmierzamy w kierunku Zakopanego. Zostawiamy auto na parkingu pod Krokwią i z Kuźnic wyruszamy przez Kalatówki do schroniska na Hali Kondratowej z zamiarem, o ile pozwolą na to warunki, dalszej wędrówki na Przełęcz Kondracką. Jak łatwo było przewidzieć warunki okazały się dla nas niekorzystne.

W zatłoczonym schronisku słychać rozmowę kilku młodych chłopaków, którzy dopiero co wrócili z przełęczy. Narzekają na straszny wiatr i deszcz, zrezygnowali z tego powodu z wejścia na Kopę Kondracką. Zatem zjadamy borowikową zupę, której aromat roznoszący się naokoło schroniska czuliśmy zanim jeszcze zagościliśmy w jego progach, i podejmujemy decyzję o powrocie.

Kwadrans po drugiej, w deszczu, wyruszamy w drogę powrotną. Mateuszowi zakładam raki, zaś sama za pomocą kijków radzę sobie całkiem nieźle. Ale to tylko złudzenie o czym przekonuję się wkrótce lądując ślizgiem w kałuży. Do Kuźnic wracamy szybko i równie szybko opuszczamy Zakopane.

W drodze do domu podziwiamy jeszcze z Krzeptówek dumną sylwetkę Giewontu. W Kościelisku przygnębiające wrażenie robią na nas powalone halnym stare świerki. Taki sam pejzaż spotykamy jeszcze w okolicach Babiej Góry. Ziemia się przebiegunowuje bo tak namieszaliśmy w jej porządku. Siłą napędową tego procesu są zmiany klimatu, które tak bardzo dają się nam we znaki licznymi kataklizmami i anomaliami.

Ps. Od kilku lat obserwuję jak wzrasta u ludzi świadomość i poczucie bycia cząstką świata. Mieszkamy w domu na wzgórzu, w pobliżu lasu, z widokiem na masyw Babiej Góry. Miejsce o którym marzyliśmy. Ale… zdarza się, że kiedy wieczorem otwieram okno z okolicznych pól wdziera się do naszego domu swąd palonego plastiku. Żadne, nawet najmądrzejsze ustawy niczego nie zmienią, dopóki my, ludzie, sami nie zapragniemy zmiany. Wzbudzam u moich dzieci szacunek i zachwyt dla natury. Uczę ich czym jest ekologia. Śledzę najróżniejsze akcje proekologiczne prowadzone przez najróżniejsze środowiska od naukowych zaczynając a na religijnych kończąc, i co? I mam nadzieję, że kiedyś dorosną wnuki moich sąsiadów i jako mądrzejsze od swoich przodków zaczną segregować śmieci i z ich kominów lecieć będzie dym bez tego toksycznego zapachu. Ale co się jeszcze do tego czasu może wydarzyć skoro:
- rzucona w lesie butelka plastikowa rozłoży się w ziemi po 500 latach, guma do żucia po 5 latach, a niedopałki papierosów po 2 latach
- potrzeba aż 500 lat, żeby wszystkie odpady z polskich wysypisk uległy rozkładowi...

Podziel się z innymi swoją opinią...

  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter