Rozsutec, Rozsudziec, Rozsypaniec...
­Niedawno przemierzaliśmy jeden z piękniejszych zakątków Tatr Zachodnich. Całodniowa trasa wiodła odkrytym, widokowym terenem. Patrząc na Rohacze przypomniałam sobie, że już od dawna wybieramy się na Veľký Rozsutec i jakoś ciągle nam nie po drodze. Zanim zabierzemy Mateusza na stromą i urwistą grań Rohaczy, nie bez powodu nazywaną Orlą Percią Tatr Zachodnich, najpierw zdobędziemy Wielki a następnym razem Mały Rozsutec. Wbrew nazwie to właśnie ten mniejszy wymaga większych umiejętności i doświadczenia. Do tej pory Mateusz znakomicie radził sobie w skalistym terenie, świetnie reagował na dużą ekspozycję. Jednak ja jestem mama, a mama... wiadomo... Zatem, mając na uwadze moje mamine zastrzeżenia, ostrożnie planujemy wycieczkę.
Z domu wyjeżdżamy zgodnie z planem, punktualnie o godzinie 5:30. Musimy pokonać 164 km drogi do Stefanowej. Marek stanowczo oświadczył, że prowadzi samochód w obie strony.
Mnie zostawił całą przyjemność z podziwiania widoków. Jednak tym razem widoków nie za wiele. Powietrze jest gęste, zapowiada się duszny i parny dzień.

Veľký Rozsutec, zbudowany z wapieni i dolomitów, przez wielu uważany jest za najbardziej interesujący szczyt Małej Fatry. Jego imponującą sylwetkę podziwialiśmy podczas wielu naszych fatrzańskich wędrówek i wreszcie postanowliśmy wybrać się do niego z wizytą.
Wysoki na 1610 m n.p.m. leży w głównej grani Małej Fatry. Początek i koniec naszej wycieczki ma miejsce małej wsi Štefanová. Na Sedlo Medziholie (1185 m n.p.m.) powinniśmy dojść szlakiem zielonym w półtorej godziny. Początkowo droga wiedzie nas łąkami, z których rozciągają się widoki na Vrátną Dolinę i otaczające ją szczyty: Baraniarky (1270 m n.p.m.), Sokolie (1172 m n.p.m.) i Boboty (1086 m n.p.m.).

Wkrótce szlak prowadzi nas stromo przez las, skąd również widzimy masyw Baraniarek. Pomimo wczesnej pory doskwiera nam zarówno wysoka temperatura powietrza jak i duchota. Ciepłolubne małofatrzańskie łąki parują. Turyści, których spotykamy na szlaku to w większości Słowacy; wymieniamy uśmiechy i pozdrowienia, cierpiąc wspólnie niewygody lata. Na przełęcz dochodzimy już łagodnym, odkrytym terenem z widokiem na urwiste ściany Veľkego Rozsutca z lewej strony i zalesione zbocza Stoha (1607 m n.p.m.) z prawej.

Zatrzymujemy się na przełęczy na krótki odpoczynek. Lekki wiaterek od czasu do czasu owiewa nasze rozgrzane do bólu ciała. Spoglądam na Velki Rozsutec z nadzieją, że może chociaż na szczycie będą jakieś przeciągi. Tabliczka informuje nas, że potrzebujemy zaledwie godzinę z kwadransem aby się o tym przekonać. Nie wiem, kto te czasy oblicza, ale mam uzasadnione obawy, że czynią to po zmroku jakieś słowackie cyborgi/chochliki :-(
Zamglone powietrze pozbawia mnie złudzeń: dalekosiężnych panoram nie będzie. Na ostatnim planie jawi się nam Wielki Chocz. Tatr nie zobaczymy tym razem. Trudno, po tatrzańskie widoki przyjdziemy tu późną jesienią a najlepiej zimą.

Teraz czerwonym szlakiem wspinamy się na szczyt Veľkego Rozsutca. Początkowo podejście wydaje się niepozorne, najpierw idziemy przez łąkę, dalej lasem. Ścieżka szybko przechodzi w skalistą grań. Spotykamy pierwsze na tej trasie łańcuchy. I właśnie wtedy słyszymy głośny grzmot nad Wielką Fatrą. Czyżby burza?
Ustalamy, że przy drugim robimy odwrót. Nasłuchujemy czujnie odgłosów. Z nieba wciąż leje się niemiłosierny żar. Z mozołem wspinamy się na szczyt. Momentami musimy omijać drabinki szukając innych rozwiązań we wcale nie łatwym terenie. Rozgrzane południowym słońcem metalowe elementy parzą nieprzyjemnie dłonie. A trzeba było jednak zabrać rękawiczki.

Podejście od przełęczy na szczyt trwa zwykle 1h 15 min. Nie aspiruję do tego wyniku. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Upał paraliżuje moje mięśnie. Suche powietrze niemal parzy moje płuca. Raz po raz sięgam po butelkę z wodą. Mateusz i Marek dużo lepiej radzą sobie z tym żarem. W ogóle nie widzę po nich ani zmęczenia, ani odwodnienia, aczkolwiek wiem, że stać ich na dużo więcej. Zaczynam powątpiewać, czy dokonałam właściwego wyboru. Może jednak rozsądniej było iść w przeciwnym kierunku? W Hornych Dierach teraz na pewno panuje przyjemnych wilgotny chłód... i jest cień...

Tu mamy widok na na zbocze Stoha, Południowy Gruń, Wielki i Mały Krywań, Przełęcz Medzihole... cudnej urody świerszcze, fioletowe osty i wapienne skały. Najczęściej spotykanym przez nas świerszczem jest tutaj licznie wystepująca miramella alpina. W Polsce owad ten występuje niezwykle rzadko i znajduje się w Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych.
Utrudzeni wdrapujemy się na najpiękniejszy ze słowackich szczytów. Z ulgą zauważam, że pozostali wędrowcy reagują na ten upał podobnie jak my. Postanawiam skonstruować wiatraczek. Taki na czubek głowy. Żeby chłodził i odganiał ewentualne owady namolne.

Na wielu skalnych półkach widzimy malownicze skupiska rojnika górskiego. W Polsce rojnik objęty jest ścisłą ochroną gatunkową, tu pewnie też.
Spotkamy tu wiele cennych słowackich endemitów w tym również rośliny ciepłolubne. Wśród nich znajdują się także gatunki chronione, jak na przykład goryczka alpejska.

Wielki Rozsutec zbudowany jest z wapieni i dolomitów. Występują tu wszystkie możliwe formy geomorfologiczne typowe dla tych skał: urwiste ściany, strzeliste turnie, głębokie wąwozy i jaskinie.

Wielki Rozsutec należy do najbardziej obfitych miejsc botanicznych w Słowacji.
Rozglądamy się też za długodziobym pomurnikiem, przepięknym ptakiem występującym na Rozsudźcu, ale zamiast niego spotykamy płochacza halnego, który wbrew nazwie wcale na płochliwego nie wygląda.

Po półtorej godzinie dumnie stajemy na upragnionym wierzchołku. Marzenie o wiatraczku nabiera monstrualnych rozmiarów. Gdzieś nieopodal szczytu wylęgły się mrówki. Teraz atakują nas i resztę towarzystwa.
Z wierzchołka Veľkego Rozsutca rozpościerają się imponujące, szerokie widoki. Zakładam przeciwsłoneczne okulary aby więcej zobaczyć. Na zachodzie widzimy cały grzbiet Małej Fatry Krywańskiej, masywy Sokolie i Boboty oraz Baraniarky (1270 m n.p.m., bardziej na południu ukazuje się nam Wielka Fatra, Niżnych Tatr nie widać, ale dalej na wschód podziwiamy samotną sylwetkę Wielkiego Chocza (1611 m n.p.m.), oraz szczyty Beskidu Żywieckiego.

Na zamglononym horyzocie całkiem łatwo rozpoznajemy Pilsko (1557 m n.p.m.) i Babią Górę (1725 m n.p.m.). Pomimo licznych niewygód odczuwam spełnienie i radość. Marek ugania się za płochaczem, Mati pałaszuje ostanią bułkę jako obiad, a ja rozczulam się nad niedocenianą Ośnicą. Może i niewysoka ale łatwa i gościnna... a jak ktoś chce, żeby trudniej było to zawzsze może wejść na nią przez Strungowy Przysłop :-) zimową porą... tak jak kiedyś my.

Nagle uświadamiam sobie, że moją ulubioną porą roku jest i zawsze była zima. No to co ja robię tu w ten upał??? Płochacze halne, gustujące w kwasie mrówkowym, zajadają się mrówkami co zdecydowanie ułatwia Markowi fotografowanie ptaków. Rozhisteryzowane, żądne zemsty mrówki terroryzują nas i pozostałych wędrowców atakując zarówno z ziemi jak i powietrza.
Po półgodzinnej obecności na szczycie schodzimy z ulgą w dół. Na szczęście mrówki zostają.

Początkowo idziemy dróżką w skalnej scenerii, którą niżej uświetnia kosówka. Cóż... poszliśmy nieuważnie ścieżką, którą kiedyś biegł szlak. Kiedyś... bo teraz jest zamknięty. Domagam się od moich współtowarzyszy szybkiego powrotu na legalną dróżkę! Chłopaki zostawiają mi pod opieką plecaki i truchcikiem zbiegają w dół na rekonesans. Ja tymczasem dematerializuję taliczkę czekolady. Mati i Marek powróciwszy z przeszpiegów również delektują się czekoladowymi specjałami. Obaj uważają, że lepiej wrócić na szlak...
Wkrótce znów idziemy lasem w kojącym cieniu.

Po około godzinie docieramy do Przełęczy Medzirozsutce (1200 m n.p.m.). Dosłownie leży ona między dwoma Rozsudzcami - Wielkim i Małym. Niezwykle malowniczo prezentuje się stąd opadający na wschód od Małego Rozsutca (1344 m n.p.m.) skalisty grzbiet Białych Ścian. Na przełęczy zatrzymujemy się na półgodzinny odpoczynek. Chętnie zostalibyśmy na dłużej, ale trudno znaleźć tu sensowny kawałek cienia a słońce nadal piecze niemiłosiernie. Mati ucina sobie krótką drzemkę, Marek fotografuje owady, których jest tu nieprzebrana ilość, a ja próbuję nakłonić obu chłopaków do wejścia na Mały Rozsutec. To zaledwie 20 minut i jesteśmy na szczycie - argumentuję. Marek jest zdania, aby na Mały Rozsutec wybrać się "specjalnie" bo jest tego wart. Proponuje zrobić to jesienią jeszcze tego roku, co ostatecznie mnie przekonuje i zyskuje aprobatę Mateusza.

W masywie Rozsudźca rośnie dużo ostrożenia głowacza. Roślina ta lubi wapienne podłoże więc tutaj ma idealne warunki do życia. Na kwitnących fioletowych główkach roi się od os, pszczół i trzmieli. Lubią także na nich siedzieć świerszcze- śliczne, żywozielone miramelle alpiny i motyle.

Zatem schodzimy niebieskim szlakiem na Polanę pod Tanecnicou 1170 m n.p.m. Okazale prezentuje się stąd, rozświetlona popołudniowym światłem, urwista ściana Małego Rozsutca. Na dalszy etap także wybieramy niebieski szlak. Ustaliliśmy to jeszcze w domu w nadziei, że po południu Horne Diery mają szansę byś oświetlone.

I rzeczywiście tak jest. Słońce przedziera się między bukowymi liśćmi i nad naszymi głowami unosi się ażurowy, soczyście zielony baldachim. Niewiele jednak mamy czasu na zachwycanie się tym rozkołysanym dachem bo pod nogami mamy na przemian: śliskie kamienie, błoto, wodospady i strumyki, metalowe kładki, drabinki, łańcuchy, klamry i liny.
Jakby tego było mało, Mateusz w nieznanym mi celu, wdrapuje się na złamany pień wiekowego buka. Ja od dłuższego czasu zaniepokojona jestem tatą z trójką synów wieku około 12, 5 i 3 lat. Starsi chłopcy idą z przodu i samodzielnie schodzą drabinkami. Malucha tata asekuruje. Chłopcy znakomicie radzą sobie z trudnościami ale ich sprawność wcale mnie nie uspokaja. Jestem głeboko przekonana, że tata podjął bardzo nieprzemyślaną i nierozsądną decyzję, naraża dzieci na niebezpieczeństwo.

Chłopcy mają na nogach sandały, ubrani są w krótkie spodenki. Marek uspokaja mnie, że chłopcy są na pewno przyzwyczajeni do takiej aktywności. Kto wie, może tu nawet raczkowały? Przecież wiadomo, że wszystkie niemowlęta mają niezwykle silny uchwyt i potrafią się wspinać. Do końca pozostaję nieprzekonana. Niektóre drabinki wiszące nad przepaściami mają prawie pionowe umocowania a odległość między stopniami zdecydowanie nie przystosowaną do tak małych nóżek. Wystarczy się poślizgnąć i mały chłopczyk spada między szczeblami w pionową, skalną czeluść.

Do dyskusji włącza się Mateusz i twierdzi, że dzieci odmiennie używają swojej wyobraźni i zdecydowanie nie w celu takich wizualizacji, jego zdaniem są bardziej konstruktywne i w pewien sposób przewidujące a ponadto nie odczuwają strachu, który w takich sytuacjach jest paraliżujący a przez to niebezpieczny. Ja na to, że upadek na kamienne podłoże z dziesięciu metrów czy ze stu ma takie same skutki. Równie dobrze hardcorowy tata mógłby zabrać synów na Orlą Perć. Tata i jego synowie nie słyszą naszej rozmowy, mimo wszystko nie chcę podrywać jego autorytetu u dzieci ani tym bardziej ich straszyć. Oddycham z ulgą kiedy kończą się trudności na szlaku a oni cali i zdrowi, "cudownie ocaleni" zbiegają w dół.
Dalsza trasa to relaksujący spacer w miłym cieniu. To niesamowite, że wciąż dokucza nam upał. Jest godzina szósta po południu a tamperatura w cieniu nie spada poniżej 30°C. Nie chcę wiedzieć ile było i jest w słońcu.

Czuję się nieco sponiewierana ;-) w plecaku taszczę wciąż półtoralitrową butelkę wody. Dotychczas wypiłam 3 litry płynów. Podobnie chłopaki. Przewidując takie temperatury załadowałam wszystkim po 5 litrów wody do plecaków. Hmm... zabraliśmy także po polarze (sic!) i pelerynie przeciwdeszczowej... Większość spotkanych przez nas na szlaku Słowaków szła bez plecaków, dzierżąc w dłoniach małe butelki wody. Czyżby uzupełniali jej zapasy w napotykanych źródełkach?
Tuż przed Przełęczą Medzihole widzieliśmy ciek wody, zapewne pitnej, bo uzbrojonej w metalową rurkę, żeby łatwiej napełnić butelki. Ale potem, aż do Hornych Dierów susza absolutna!
W drodze między Podžiarem a Štefanovą robię sobie podsumowanie i nadal nie wiem jakie rozwiązanie jest najodpowiedniejsze. My w góry idziemy zwykle z zamiarem spędzenia tam całego dnia. Nigdy nie biegniemy po trasie gnani informacjami o czasach przejść. Taki mamy styl ;-) no to jak tu nie zabrać tych wszystkich akcesoriów, tych kanapeczek, czekoladek, pomidorków, jabłuszek, śliweczek...
Tuż przed wsią, na podrozsudzkiej łące, spotykamy łaciatą krowę. Pomimo wyjątkowo smukłej, jak na krowę, sylwetki prezentuje się w tych okolicznościach intrygująco.

W Štefanovej jesteśmy przed siódmą - polskiego czasu. Zachwycamy się urodą wiejskich ogródków, w których prym wiodą karminowe floksy. Widać, że mieszkańcy dbają o swoje obejścia. We wsi zauważamy wiele pensjonatów, wszystkie pełne gości. Na parkingu zastajemy zaledwie parę samochodów. Podobnie było wczesnym rankiem. 2 euro za cały dzień - tyle zapłaciliśmy za pozostawienie samochodu na parkingu.
Mała Fatra i tym razem zachwyciła nas. Na dole, na tablicy informacyjnej przy parkingu uwiodło mnie zdjęcie przestawiające Velki Rozsutec w jesiennej szacie. I właśnie sobie uzmysłowiłam, że znamy wiosenną, letnią a nawet zimową Małą Fatrę, ale jesienią to jeszcze tu nie gościliśmy. A przecież jesień to musi tu być niezwykle barwna. Zapominam o zmęczeniu i pytam się moich mężczyzn czy wrócą tu ze mną jesienią.
Jasne, że tak!
                                                                                                                                                Dorota

Nasza górska wycieczka miała 12,5 km długości, 1057 metrów przewyższenia i w porywach 35°C.

Informacje specjalne


  • Odcinek szlaku czerwonego biegnący od sedla Medziholie przez Veľký Rozsutec na sedlo Medzirozsutce, jest zamknięty w okresie od 1 marca do 15 czerwca, ponieważ wtedy ptaki zakładają gniazda.

  • Szlak od Przełęczy Medzihole mimo trudności technicznych poprowadzony jest w miarę bezpiecznie, jednak wielu turystów skuszonych nadzieją na lepsze zdjęcie opuszcza go, a wydreptane "ścieżki" kończą się nieoczekiwanie tuż nad urwiskiem.

  • Ze względu na znaczne nagromadzenie metalowego osprzętu na szlaku, podczas burzy rozsądniej jest ewakuować się ze szczytu w kierunku Przełęczy Medzirozsutce, ale potem iść szlakiem zielonym, który omija Horne Diery.

  • Jak należy zachować się podczas burzy? Polecam film pt. "Burze", opracowany w ramach Akademii Górskiej przez ratowników TOPR.
    Cytaty z filmu:
  • "Szukaj schronienia jeśli od błyskawicy do grzmotu jest mniej niż 30 sekund. Wyjdź z ukrycia 30 minut po ostatnim grzmocie".
    "Im niżej, tym bezpieczniej".
    "Nie powinniśmy przeczekiwać burzy w ciekach wodnych, w żlebach, potoczkach. To są miejsca, po których może przepłynąć ładunek od pioruna, który gdzieś uderzył".
    "Nie bliżej niż metr od skały, jeśli nad nami jest skała, ta zaleca się aby to było aż trzy metry. Nie stoimy w rozkroku, nie trzymamy się za ręce. Powinniśmy mieć złączone stopy razem, nie stać, najlepiej kucnąć i nie w jednej grupie tylko po prostu rozproszyć się. Jeśli by coś złego się stało, to nie będzie to porażenie całej grupy, ewentualnie jednego członka z tej grupy".
    "Stopy złączone, pozycja embrionalna, najlepiej odizolować się jeszcze od podłoża. Można to zrobić za pomocą liny, plecaka, rzeczy, które są w plecaku".
    "Nie powinniśmy się bać używania telefonu komórkowego. Telefon, jak się okazuje nie jest niebezpieczny, nie ściąga piorunów, nie jonizuje powietrza".
    "Chroń telefon przed zamoknięciem".
    "Jeśli mamy więcej metalowych elementów w plecaku można je nieco odsunąć od siebie. One nie będą ściągały pioruna, nie będą tym inicjatorem."
    "Nie powinniśmy wykorzystywać drzew, jako schronienia przed deszczem".
    "Schronienie minimum 5 metrów poza obrysem korony drzewa".
    "Piorun może uderzyć powtórnie w to samo miejsce. Musimy sobie i poszkodowanym zapewnić bezpieczeństwo".
    "Osoba porażona musi trafić do szpitala".
    "Kontrolować oddech osoby poszkodowanej i chronić ją przed wychłodzeniem".
    "Jeżeli poszkodowany nie oddycha rozpoczynamy akcję reanimacyjną. Udrażniamy drogi oddechowe przez przyciśnięcie żuchwy do szczęki, o ile to możliwe unikamy odchylania głowy do tyłu. Sprawdzamy oddech przez 10 sekund - jeżeli w tym czasie nie usłyszymy oddechu, musimy rozpocząć masaż serca. W tym celu rozpinamy ubranie, kładziemy ręce na klatce piersiowej i naciskamy 30 razy. Po 30 ucisnięciach musimy wykonać dwa sztuczne wdechy. Zaciskamy nos pacjenta, obejmujemy ustami całe jego usta". "Cykle uciśnięć mostka i wdechów: 30 uciśnięć - dwa wdechy".
    "Cykl masażu serca prowadzimy aż do pojawienia się odpowiednich służb lub odzyskania przez poszkodowanego oddechu".
    "Bezpieczeństwo to umiejętność przewidywania".

    Telefon alarmowy do TOPR: 601-100-300 lub 112

    Podziel się z innymi swoją opinią...