Ostry Rohacz
- 19 września 2009

Jest kwadrans po siódmej gdy opuszczamy gościnne progi Schroniska na Polanie Chochołowskiej. Przywędrowaliśmy tu w piatkę późnym wieczorem poprzedniego dnia. Dziś na razie wyruszamy w trzyosobowym składzie, gdyż nie wszyscy mogą się jeszcze dobudzić...

Wysokie trawy Polany Chochołowskiej zdobią błyszczące w słońcu perły rosy. Na wielu z nich oczekują na osuszenie skrzydeł motyle cytrynki. Z daleka dobiega nas pobekiwanie owiec wypędzanych na poranny wypas. Rześki chłód poranka znakomicie komponuje się z ostrymi promieniami porannego słońca, niczym sztylety przebijającymi gęste korony starych samotnych smreków...

Jest chłodno, ale szybki marsz zielonym szlakiem wzdłuż Wyżniej Chochołowskiej Doliny znakomicie nas rozgrzewa. Powoli zrzucamy z siebie kolejne warstwy odzieży. Szlak wiedzie błotnistą, rozjeżdżoną kołami ciagników drogą. W nozdrza wwierca się ostry zapach zgniłych liści i butwiejącego drewna. Co jakiś czas w niewielkich przecinkach błyskają wesoło promienie słońca. Szykuje się gorący, bezchmurny dzień...

Wędrujemy powoli oddając się obserwacjom otaczającego nas lasu. Kwadrans po dziewiątej wychodzimy na niewielką polankę, a oczom naszym ukazuje się Wołowiec (2064m npm) - pierwszy z dzisiejszych szczytów do zdobycia...

Parę minut później doganiają nas nasze śpiochy i od tej pory skupiamy się na poszukiwaniu dogodnego miejsca, by wspólnie zjeść śniadanie. Pół godziny później ucztujemy na leżących przy ścieżce wielkich głazach. Jest tak błogo, że powątpiewamy w sens dalszej wędrówki, a do pełni szczęścia brakuje tylko łóżka...

Od tego miejsca szlak robi się coraz bardziej stromy. Prażące w plecy słońce i duży wysiłek wyciskają z nas siódme poty. Za naszymi plecami rozciagają się niczym nie przysłonięte widoki na Trzydniowiański i Kominiarski Wierch, Ornak i Czerwone Wierchy sponad których wystaje sam czubek Giewontu...

Kwadrans przed jedenastą osiągamy Zawracie pod Wołowcem, a pod naszymi stopami ukazuje się w całej krasie Rohacka Dolina. Po lewej stronie za masywnym garbem bliskiego już (jeno ręką sięgnąć) Wołowca rysuje się cel naszej wędrówki: Rohacze!

Na drugim brzegu doliny dostrzegamy Rohackie Stawy, po lewej Trzy Kopy, a w centrum kadru szczyty Pachoła i Spalonej, rozdzielone kamienistą jamą Spalonej Doliny..

Odpoczywając na szczycie Wołowca podziwiamy panoramę Tatr Wysokich. Jest samo południe gdy ruszamy dalej w stronę Jamnickiej Przełęczy...

Z Jamnickiej Przełęczy (1908m npm) widok w kierunku wschodnim. Na pierwszym planie Wyżni Jamnicki Staw, a w tle Łopata, Jarząbczy i Starorobociański Wierch...

Stojąc na Jamnickiej Przełęczy prowadzimy "naradę wojenną", w wyniku której dochodzi do rozłamu w naszej grupie. Grażynka z Robertem czując w sobie nadmiar kosmicznej energii, postanawiają podeptać obydwa Rohacze, a także Smutną Dolinę. Na taki wyczyn ja nie jestem gotowy, więc kładę uszy po sobie, i jako cel obieram tylko pierwszego Rohacza. Kasia z Dorotą przychylają się do mojej opcji. Przed nami poszarpana bryła Ostrego...

Tymczasem od strony Smutnej Doliny na Rohacza wchodzi wielka biała chmura. Musimy się pośpieszyć by zdobyć wierzchołek jako pierwsi - inaczej zabierze nam wszystkie widoki.
Ruszamy z piskiem podeszew!!!

Podejście na wierzchołek jest bardzo strome, więc pot leje się strumieniami, a piekielna chmura czai się niedaleko. Stoi nieruchomo niby dając nam fory, ale my dobrze wiemy, że dla niej wyskoczyć na szczyt to żaden problem. Pewnie wyprzedzi nas na ostatnich metrach, by zakpić z nas okrutnie!

Zbocze po którym wchodzimy jest prawie całkowicie pozbawione roślinności. Takie okazy pojawiają się sporadycznie. Skała, skała, skała...

Piekielne chmurzysko jednym kłapnięciem pyska pożarło pół Wołowca!
To już koniec, teraz razem z Rohaczem zeżre nas...

Robi się coraz stromiej więc pewnie szczyt już blisko...

W pewnym momencie rzucam ukradkowe spojrzenie w stronę znienawidzonej chmury i... oczom własnym uwierzyć nie mogę: daleko w dole widzę Widmo Brockenu.
Chmuro, kocham Cię!!!

Mamidło górskie, gdyż tak popularnie nazywa się to rzadkie zjawisko, polega na zaobserwowaniu własnego cienia na chmurze znajdującej się poniżej obserwatora. Warunkiem jego powstania jest znalezienie się obserwatora pomiędzy mocno świecącym słońcem, a chmurą pełniącą rolę ekranu projekcyjnego. Często zdarza się, że cień obserwatora otoczony jest tęczową obwódką nazywaną glorią...

Mimo, że po górach chodzę dość często i to od wielu już lat, to Widmo Brockenu dane jest mi obserwować po raz pierwszy w życiu! Marzyłem o tej chwili od dawna - dziś stała się moim udziałem...

Wśród taterników istnieje przesąd, mówiący, że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach. Wymyślił go w 1925 i spopularyzował Jan Alfred Szczepański. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci "odczynia urok", co więcej - szczęśliwiec może się czuć w górach bezpieczny po wsze czasy...

Spektakl trwa około czterech minut, a potem nagle niknie tak jak niespodziewanie się rozpoczął. Wspinamy się dalej - przed nami najtrudniejszy odcinek dzisiejszej trasy: Rohacki Koń!

Na Koniu tworzą się zatory niczym na Orlej Perci, bo większość idących kurczowo trzyma się łańcuchów. Jednak tak jak dziś, gdy skała jest sucha i daje pewny chwyt, można spokojnie bez nich się obejść. Śmiem twierdzić, że w takich warunkach jak dziś, jest to nawet bardziej bezpieczne...

Ekspozycja jest jednak spora. Osoby z lękiem przestrzeni zostają na "końskim zadku"...

Krótkie, przelotne spojrzenie w dół, w stronę Smutnej Doliny, ponowna koncentracja i idę dalej...

Urwisko po lewej stronie nie jest wielkie (może ze 20 metrów) ale wystarczające by się zabić, zaś po prawej - lepiej nie patrzeć! Dobrze, że tamtą stronę spowija chmura...

Jeszcze tylko parę minut i Rohacz będzie mój. Tymczasem podziwiam panoramę...

Rohacki Koń widziany od strony łba. Na zdjęciu wygląda dość groźnie - w rzeczywistości nie sprawił mi żadnego problemu...

Zatem Konia mam już za sobą, a tymczasem po raz drugi pojawia się Widmo Brockenu...

Gdy od szczytu dzieli mnie już tylko kilkadziesiąt kroków, chmura pierwsza włazi na jego wierzchołek.
Zatem przegrałem tę nierówną walkę :-(

O 13.20 staję na szczycie Ostrego Rohacza - na drugim planie rysuje się wierzchołek Płaczliwego - tam gdzieś pewnie już są Robert z Grażynką...

Na szczycie zostaję tylko kilka minut bo jak dla mnie to jest tu zbyt tłoczno; robię w tył zwrot (przez lewe ramię) i odmaszerowuję do posłusznie czekającego nieopodal konika...

Mamidło nie odstępuje mnie ani na chwilę. Z drżącym sercem przeciskam się "pod prąd", bo zdecydowana większość ludzi idzie nadal do góry. Staram się iść z dala od łańcuchów, tak by nie przeszkadzać im we wchodzeniu, a "aniołek" prowadzi mnie bezpiecznie aż do nasady końskiego ogona...

Znów spotykam się z Kasią i Dorotą które nie poszły ze mną na szczyt bo obie nie znoszą koni. Oczywiście tylko tych skalnych!

W pobliżu Jamnickiej Przełęczy obserujemy kolejne niecodzienne zjawisko atmosferyczne: rozszczepienie promieni słonecznych na chmurze i projekcję ludzkich cieni. Czyli jakby Widmo Brockenu "od podszewki" :-)
Potem znów gramolimy się na Wołowcowe plecy...

Jest piękne, słoneczne i ciepłe popołunie. Wygrzewając się w słońcu siedzimy sobie pod szczytem Wołowca i kontemplujemy panoramę: dwie śliczne doliny rozdzielone urokliwym, kolorowym garbem Grzesia. Tymczasem Robert z Grażynką w pocie czoła przemierzają dno Doliny Rohackiej...

Widok z Rakonia na wnętrze Łatanej Doliny i bliskiego już Grzesia...

Króciutki w założeniu popas na Rakoniu, przeistacza się w prawie półgodzinne lenistwo. Ale widoki są tak piękne, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Skąpana w promieniach przedwieczornego słońca, lśni Chochołowska Polana...

Nawet takiemu niepozornemu bajorku nie można odmówić urody...

Za kilka chwil wejdziemy na Grzesia. Tymczasem spoglądamy za siebie...

Szczyt Grzesia osiągamy o szesnastej. Zastanawiamy się czy Grażynka z Robertem zjawią się tu za chwilę, czy może pałszują już pomidorową zupę w schronisku? W ich wykonaniu wszystko jest możliwe...

Po raz ostatni spoglądamy na południe. Między łysym czołem Rakonia a masywnym grzbietem Wołowca, w białej czapeczce prezentuje się nasza dzisiejsza zdobycz. Nie taki ten Rohacz straszny, jak go malują...

Na Grzesiu. 180-stopniowa panorama Tatr Zachodnich od Bobrowca po Rohacze....

Kwadrans po siedemnastej, po dziesięciu godzinach spędzonych na szlaku, kończymy naszą wędrówkę na Chochołowskiej Polanie. Tu czeka nas największa atrakcja dzisiejszego dnia: obiad! Grażynka z Robertem jeszcze są w drodze...


Podziel się z innymi swoją opinią...