Relacje z podróży

perforacja

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

perforacja


Szary dzień w szarej mgle.

       Sobota - wyjazd z Bukowiny. Dzień rozpoczynamy od pożegnania, bo część z naszej grupy wraca dzisiaj do swoich domów. Na placu boju pozostają tylko Grażynka z Robertem, Dorotka, ja, oraz Leszek który dziś rano do nas dołączył. To właśnie jemu zawdzięczamy transport na słowacką stronę Tatr. Parkujemy w okolicach dolnej stacji kolejki na Łomnicę i zastanawiamy się co dalej? Niezbyt przychylne na dzisiejszy dzień prognozy pogody, właśnie zaczynają się spełniać. O ile jeszcze rano spomiędzy chmur przeglądało słońce, to tutaj już nie tylko niebo ale i co wyższe szczyty pogrążone są w gęstych chmurach. Na dzisiejszy dzień zaplanowane mamy dotarcie do Schroniska przy Zielonym Stawie Kieżmarskim gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Początkowo zamierzaliśmy pójść stąd na piechotę, zielonym i niebieskim szlakiem, ale po głębszym namyśle ruszamy w stronę kolejki. Kupujemy bilet w jedną stronę do stacji Skalnate Pleso. Tym sposobem pozbywając się z kieszeni ośmiu euro mamy trasę skróconą o dwie godziny drogi. Kolejnym plusem jest to, że pójdziemy nie leśnym traktem, ale ładną widokowo skalną ścieżką trawersującą zbocze Huncowskiego Szczytu.

       Jest 10.40 kiedy wsiadamy do kolejki; zajmujemy dwie maleńkie czteroosobowe przeszklone kabinki i powoli szybujemy ku Skalnemu Stawowi. Po drodze mijamy smutne widoki zniszczonych wichurą tatrzańskich lasów. Za oknem przesuwają się coraz gęstsze chmury, które z każdą chwilą szczelniej okrywają okoliczne szczyty. Jedynie w dole błyszczą w słońcu oddalające się zabudowania Tatrzańskiej Łomnicy. Kiedy docieramy do górnej stacji, okazuje się że zaczyna padać. Deszcz z każdą minutą przybiera na sile, więc zanim opuścimy bezpieczny budynek, zakładamy na siebie kurtki przeciwdeszczowe i pokrowce na plecaki. Wokół nas stoi jeszcze kilkadziesiąt osób czekających na przejaśnienie.

       My nie czekamy, lecz ruszamy w strugach lodowatego deszczu. Skalnate Pleso prezentuje się w tej scenerii mało ciekawie. Przechodzimy obok obserwatorium astronomicznego i czerwonym szlakiem kierujemy się ku wierzchołkowi Huncowskiego Szczytu. Wtem poprzez dudnienie ciężkich kropel na kapturach naszych kurtek, przedziera się huk pioruna. Dziwne, bo nie było widać błysku, a przecież jest wyjątkowo ciemno jak na przedpołudniową godzinę. Zatrzymujemy się i spoglądamy po sobie: lepiej byłoby zawrócić, póki jesteśmy jeszcze w miarę blisko bezpiecznego schronu, lecz z drugiej strony, deszczowa pogoda i tak zapowiada się na cały dzień, a my przecież musimy dziś dotrzeć do schroniska. Stoimy niepewnie i wyczekujemy następnego uderzenia. Mija kilkadziesiąt sekund i znów nie dostrzegając błysku słyszymy dochodzący z południowego zachodu grzmot. Zatem burza jest dość daleko, a biorąc pod uwagę kierunek wiatru - ta "atrakcja" powinna nas ominąć. Jedno jest pewne: trzeba jak najszybciej oddalić się od lini energetycznej, biegnącej równolegle ze szlakiem, która doprowadza prąd na szczyt Łommnicy. Wszak jest to spora masa metalu, która przyciąga wyładowania. Całe szczęście, że szlak trawersuje zbocze i poza Rakuską Przełęczą nie wydostaje się na grań. Sądząc z mapy, w jego pobliżu nie ma też stawów ani strumieni, które zwiększają prawdopodobieństwo uderzenia pioruna.

       Idziemy zatem dalej. Rzęsisty deszcz nie ustaje, więc idzie się ciężko, tym bardziej, że szlak prowadzi po kamienistym terenie i zdarza się nam kilka razy pomylić drogę. Dopiero po kilkudziesięciu minutach przestaje padać, a nad Spiszem nawet przegląda słońce. Przejaśnienie trwa może z kwadrans, a potem znów nadciąga kolejna fala deszczu i kolejna burza. Tym razem wydaje się, że przejdzie wprost nad nami. Wchodzimy w chmurę więc widocznośc drastycznie spada. Głuche pomruki dochodzą z góry, ale nie są to uderzenia doziemne, zatem nie przerywamy wędrówki. Wierzchołki Huncowskiego i Kieżmarskiego giną w szarej mgle a my mozolnie wdrapujemy się na przełęcz. Kiedy jesteśmy od niej o rzut beretem, zrywa się mocny wiatr i odsłania nieco widoków na południe. Wreszcie kwadrans po trzynastej osiągamy przełęcz. Przed nami górna część Doliny Białej Wody Kieżmarskiej - teoretycznie, bo w praktyce widzimy tylko morze chmur spośród których tu i ówdzie wystają pojedyńcze turniczki i głazy. Tajemnica, niepokój, groza... A deszcz pada i pada.

       Zejście ma nieco inny charakter - najpierw jest piarżystą ścieżką na trawiastym zboczu, później przechodzi w skalne płyty o dość znacznym nachyleniu. Deszcz pada coraz mocniej a ja zaczynam przemakać. Początkowo ścieżka jest ułożona z płaskich ale porowatych kamieni, więc idzie się znakomicie ale im dalej od grani tym więcej piargów i osuwisk. Przechodzimy obok kilkunastometrowego samotnego głazu, który wygląda jakby został rzucony tu z kosmosu i wbił się w zbocze. Na jego powierzchni widać ślady wspinania. W dole gdzie powinno być schronisko, kłębią się zwały chmur - idziemy nie zdając sobie sprawy z odległości; kiedyś przecież musimy tam dojść. Szlak wije się zakosami więc obserwujemy na przemian Rakuską Czubę zwaną Wielką Świstówką i Mały Kieżmarski Szczyt wyłaniający się zza Kieżmarskiej Kopy. Gdy docieramy do pierwszych kęp kosówki deszcz przybiera na sile. Jestem głodny i nie chce mi się iść dalej. W plecaku mam zapasy żywności, ale jak tu się do niej dobrać na takim deszczu? Już od jakiegoś czasu rozglądam się za jakąś kryjówką, ale nic nie ma po drodze. Dobrze że są ze mną Dorota i Leszek, bo nawet nie wiedząc o tym zmuszają mnie do dalszej drogi.

       Jest godzina czternasta kiedy udaje się nam dogonić Grażynę z Robertem - jej żółto-jajeczna karimata jest jedynym weselszym akcentem w tej szarej głuszy. Spoglądam w dół i widzę Grażynkę zawieszoną na łańcuchu. Zastanawiam się jak pokonam ten odcinek w harcerskiej pałatce (kurtka juz dawno mi przemokła) która, nie krępuje ruchów ale za to pałęta się pod nogami. Mógłbym ją zdjąć ale wtedy napewno przemoczę polar - ostatnie suche okrycie. A w czym będę spał jeśli będzie zimna noc? Ostatecznie dochodzę do wniosku, że potrzymam przód pałatki w zębach. Schodzę jako ostatni więc widzę jak to robi idąca przede mną Dorota i korzystam z jej doświadczenia przy wyborze miejsca podparcia dla stóp. Patrząc w dół nie mam lęku, jednak gdy podnoszę wzrok ku górze mam lekkiego pietra: skała błyszczy jakby była naolejona. Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby... Odcinek łańcuchowy nie jest długi (może 30-50m) ale biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne - dość trudny. Wszyscy mijamy go bezszkodowo, no może prawie wszyscy, bo Dorotka nabawiła się tutaj czernicy żałobnej. Ta rzadka i na szczęście uleczalna choroba, charakteryzuje się czarnym podkreśleniem końcówek paznokci. W tym przypadku jej bezpośrednią przyczyną były skórzane czarne rękawiczki, które w połączeniu z tatrzańskim deszczem pusciły farbę i oszpeciły dłonie naszej koleżanki.

       Deszcz, choć nieco mniejszy to jednak ciągle pada i pada. Że też mu się to jeszcze nie znudziło? Bo nam już dawno! Wokół nas niczym walka postu z karnawałem, trwa przepychanka wiatru z chmurami. Są momenty, że w prześwitach ukazują się wierzchołki szczytów, a już po kilku sekundach znów okrywa nas szary tuman. Do schroniska chyba już niedaleko bo daje się wyczuć delikatny zapach dymu. Wśród wielkich połaci wysokiej kosodrzewiny przechodzimy wzdłuż podstawy Małego Kieżmarskiego - z wielu jego żlebów spływają obfite kaskady wody. Ich szum w połączeniu z bebniącym po kapturze deszczem bardzo mnie złości, bo zdarza mi się nie dosłyszeć swoich interlokutorów.

       Gdy docieramy nad brzeg Czarnego Stawu Kieżmarskiego deszcz jeszcze się wzmaga. Mam go już dosyć! Byle prędzej dotrzeć do schroniska gdzie jest ciepło i sucho. Grażynka z Robertem zapewne już się tam rozgościli, więc nam trochę żal i przyśpieszamy kroku. Parę minut przed piętnastą przekraczamy próg Chaty pri Zelenom Plese. Choć mapa mówi o niecałych trzech godzinach, to pokonanie dzisiejszej trasy zajęło nam prawie cztery godziny. Lecz obiektywnie patrząc aura dała nam dziś w d...

       W sali jadalnej upał i zaduch - w powietrzu unosi się gęsty smrodek przepoconych ubrań, połączony z drażniącymi nozdrza zapachami kuchni. W kącie sali siedzą nasi uciekinierzy. Przysiadamy się do nich i zamawiamy sobie jedzonko. Smażony ser smakuje niebiańsko, a pyszna, choć niezbyt mocna kawa stawia nas na nogi. Schodząc w deszczu mieliśmy nadzieję, że w schronisku będą pustki i może nawet uda się nam dostać nocleg w łóżku. Niestety okazuje się, że ludzi jest bardzo dużo i na łóżko nie ma najmniejszych szans! Chyba że ktoś kto rezerwował kilka miejsc, nie zgłosi się przed dziewietnastą - obiecuje Robertowi recepcjonistka. Trwamy więc przy stoliku pełni nadziei, że dostaniemy te miejsca. Przed nami prawie trzy godziny oczekiwania. Wokół ludzie którzy dybią na nasz stolik, więc trwamy na posterunku jedząc, pijąc i rozwiązując krzyżówki... Deszcz za oknem trochę się uspokaja, więc koło osiemnastej wychodzę na krótki spacer z aparatem. Postanawiam dojść do Czarnego Stawu i wrócić. Szlak o tej porze jest już puściusieńki, więc w pewnym momencie lekko z niego zbaczam by sponad ukwieconej łączki sfotografować panoramkę wokół Zelenego Plesa. Dzwonek alpejski w w fioletowej sukience pokrytej ciężkimi kroplami deszczu przywodzi na myśl tańczacą primabalerinę. Idąc dalej tym tropem zaczynam nucić "Singin' in the rain..." Ach, rzeczywiście znowu zaczyna padać! Pojawia się zwątpienie: czy aby są jakiekolwiek szanse na jutrzejszy słoneczny dzień? Wracam do schroniska.

       Po drodze spotykam dwie znajome zakapturzone postaci: Dorotka z Leszkiem też poszli na spacer. Dowiaduję się od nich, że mamy już miejsca do spania, i to nie byle jakie: materace na poddaszu. Okazało się, że ta rezerwacja na której zwolnienie czekaliśmy, to była właśnie nasza!!! Tak więc szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostaliśmy własne miejsca :-)

       Przed drzwiami spotykam Roberta który prowadzi mnie do naszego "apartamentu": obok schroniska stoi drewniana chata która prawdopodobnie jest budynkiem gospodarczym. Na jej strychu urządzono miejsca do spania. Po śliskich drewnianych schodach wdrapujemy się na górę. Za drzwiami uderza w nas duszne powietrze przemieszane z wonią przemoczonych ubrań i sosnowego drewna. Sala w całości mieszcząca się na strychu, posiada około 20 prycz ułożonych po obu stronach skośnych połaci dachu. W jej środku stoją drewniane słupy podtrzymujące antresolę, na którą prowadzi drewniana, prawie zabytkowa drabina: tam właśnie będziemy spać. Wdrapujemy się po niej na górę i zajmujemy po kolei miejsca. Nie jest to zadaniem łatwym, bo nasze legowisko w najwyższym miejscu nie przekracza półtora metra. Czołgamy się zatem jeden przez drugiego taszcząc ze sobą wilgotne plecaki. Jest ciasno i duszno, ale swojsko i wesoło. W końcu to tylko jedna noc, więc jest szansa że nie pomrzemy. Skrajne, najlepsze, bo najbardziej wentylowane miejsca zajmują Leszek i Robert, ale z drugiej strony są to miejsca najbardziej "odlotowe": brzeg materaca kończy się na wysokości dwóch metrów nad podłogą. Ja nie odważyłbym się spać nad przepaścią.

       W tym czasie w schronisku podawana jest kolacja, więc wykorzystujemy ten fakt i udajemy się do umywalni; jeszcze nie powinno być tłoku. Jest to niewielkie lecz czyste pomieszczenie w piwnicach głównego budynku schroniska. Prowadzi do niego osobne wejście z zewnątrz. W środku trzy kabiny prysznicowe, trzy umywalki i... bardzo gorąca woda. Jak błyskawica przelatuje mi przed oczyma wspomnienie bułgarskiej Banderitsy, brrrr... Tu kąpiel to prawdziwa ekstaza! Przy sasiedniej umywalce Dorotka walczy z czernicą przy pomocy Domestosa. Ten specyfik ponoć "zabija wszelkie zarazki - na śmierć". Dłoniom wraca dawny blask, lecz nietety zostaje okropny zapach - jeśli nie zdąży ich wywietrzyć przed nocą, to będzie musiała spać w rękawiczkach...

       Jesteśmy umyci i najedzeni a godzina wciąż zbyt wczesna jak na spanie. Nie ma za bardzo co robić, bo choć deszcz ustał to jest zbyt zimno na wieczorne spacery; zreszta właśnie już się zmierzcha. Jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się wieczór przy buteleczce przydźwiganego przez Roberta ginu. W sali jadalnej tłok, gwar i niemiłosierny zaduch, a jednak udaje się nam znaleźć kilka wolnych miejsc na ławie przy jednym z dwóch olbrzymich stołów. Tu spędzamy resztę wieczoru.

       Do naszego legowiska wracamy grzeczniutko tuż po 22, ale jeszcze prawie nikogo tu nie ma. To dobrze - mamy nadzieję usnąć póki nie jest jeszcze tak okropnie duszno. Płonne były nasze nadzieje: ledwo tylko przyłożyliśmy głowy do poduszek, przez drzwi co kilka minut ktoś wchodzi i krząta się. Dwie mdłe żarówki oświetlające nasz stryszek gasną dopiero gdzieś po północy. Nie mogę spać - jest zbyt gorąco. Przewracam się z boku na bok i słyszę, że nie tylko ja nie moge zasnąć. Jedynie Robertowi chyba się to udało, bo od jego strony dochodzą miarowe pochrapywania. Szczęśliwiec! Czas dłuży się okropnie - żałuję, że z wieczora nie wyciągnąłem z plecaka empetrójki - teraz nie chcę szurać i szeleścić po ciemku. Jedyną rozrywką jest obserwacja Doroty, która co jakiś czas wstaje i popija coca-colę. Mnie też dręczy pragnienie ale nie chcę pić - wolałbym nie musieć przeciskać się do toalety, która jest położona w odległości kilkudziesięciu metrów od naszej szopy - byłaby to spora wyprawa. Tym bardziej, że na zewnątrz wieje mocny wiatr. Co tu zrobić by choć na chwilę zasnąć? Gdy nawet liczenie baranów mi nie pomaga, próbuję się zająć rozróżnianiem tonacji chrapania.

       Tuż nad moją głową ktoś lub coś urządza sobie nocny spacer po dachu - słychać wyraźne tupanie - na niedźwiedzia zbyt delikatne, a na kota stanowczo za mocne :-) Skrobie i tupie przez jakiś kwadrans a potem zalega błoga cisza zakłócana tylko chrapaniem. Już prawie zasypiam kiedy do moich uszu dociera dziki wrzask. Podnoszę głowę znad poduszki i nasłuchuję. Wrzask wygląda na ludzki, więc szybko kojarzę sobie dachowego tupacza i kogoś wracajacego z toalety. Wyobraźnia pracuje wymyślając krwawe sceny. Wrzask się nasila i przechodzi w skomlenie a potem zawodzenie. Ktoś z dolnego piętra wstaje i wyglądając za drzwi rzuca wiązankę słowackich przekleństw. Wrzask uspokaja się na kilka chwil a potem znowu powraca. Prawdopodobnie ktoś śpiący w namiocie obok naszej szopy, przeholował z używkami. Zegarek pokazuje trzecią. Boże, jeszcze trzy godziny! Co tu robić? Morfeuszu przysiądź tu u nas na chwilę...




...a po nocy nastał dzień...
perforacja

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

Rakuski Przechód

perforacja

Podziel się z innymi swoją opinią...