Relacje z trekkingów
Dwa zachody
i jeden wschód słońca,
z widokiem na Tatry
(taki prezent urodzinowy otrzymałam)

Tym razem nie mamy wielkiej ochoty na ekstremalną wyprawę górską. Temperatura -20 stopni Celsjusza zmusza nas do racjonalnych wyborów. Marek od kilku miesięcy, ze szczególnym nasileniem jesienią, nalega na Beskid Sądecki a głównie Pasmo Radziejowej. Że kolorowo, że przestrzeń, że cudowne widoki - argumentuje. Przekonał nas obietnicą wyjątkowej panoramy na Pienimy i Tatry oraz Kotlinę Sądecką roztaczającej się z grzbietu Hali Prehyba. Decyzja zapadła.

Spotykamy się w Wadowicach i już całą czwórką zmierzamy do celu. Startujemy z wysokości 340 m n.p.m. Przehyba, szczyt górski w zachodniej części Pasma Radziejowej w Beskidzie Sądeckim, znajduje się na wysokości 1175 m n.p.m. Niby taka niska górka ale przewyższenie jest całkiem spore: 835 metrów. Zimową, śnieżną porą najłatwiej dostać się do schroniska z przysiółka Gaboń. Trzeba skręcić z głównej drogi Stary Sącz - Łącko w Gołkowicach i przejechać ok. 5 km w głąb doliny, do szlabanu.

Drogę z Gabonia , oznaczoną jako szlak narciarski czarnego koloru, poleciła nam w rozmowie telefonicznej gospodyni schroniska (pomarańczowe paski na górze i na dole). Liczy 8 km długości, a wybudowano ją 22 lata temu. Szeroka, łagodnie wznosząca się droga służy narciarzom, ale przede wszystkim jako dojazd do schroniska.

Decydujemy się podjechać samochodem najwyżej jak się da. Poddaję się mniej więcej w połowie drogi, na ostrym zakręcie na dodatek o sporym nachyleniu. Zostawiamy samochód na wysokości 850m n.p.m. Szkoda, że nie zabrałam łańcuchów. Zatem zostaje nam do pokonania zaledwie 325 metrów przewyższenia i jakieś niecałe 4 km. Jest 14:10.

Droga robi na nas niesamowite wrażenie. Drzewa w całości pokryte są białymi kryształkami zamarzniętego śniegu a całość przyprószona delikatnym, lekkim puchem. Słońce nieśmiało przebija się przez gęste i ciężkie chmury. Kiedy o 15:40 dochodzimy do schroniska w niebie pojawia się słoneczny prześwit i na moment widzimy budynek skąpany w słonecznym blasku.

Z uwagi na łatwą dostępność miejsca spodziewamy się zastać w schronisku licznych turystów. Nic takiego się nie dzieje. Czyżby siarczysty mróz skutecznie zniechęcił ludzi do włóczęgi po górach? Przestronne wnętrza świecą pustkami. Zjadamy z apetytem schroniskowy gulasz i udajemy się pokoju po to tylko aby rozpakować plecaki i znów ruszyć na szlak w nadziei na kolorowy zachód słońca. Wiatr wzmaga się nie zachęcając do spaceru. Kiedy niebo różowieje a chmury oblekają się w sino szare barwy to znak, że wkrótce zajdzie słońca i szybko zapadnie zmrok. Wracamy słysząc jak pod butami skrzypie nam śnieg. Nadajnik telewizyjno-radiowy znajdujący się w bliskim sąsiedztwie schroniska jest rozświetlony niczym świąteczna choinka. Podchodzimy do niego najbliżej jak się da i w świetle kolorowych lampek rzeźbimy w śniegu orły. Zapomniana zabawa z dzieciństwa sprawia nam autentyczną radość. Przyjemnie jest turlać się w puszystej toni zwłaszcza kiedy wzbijające się w górę płatki śniegu migoczą w świetle lamp niczym maleńkie gwiazdki. Prawdziwych gwiazd nie widać.
-Ciekawe, czy jutro dopisze nam pogoda? - martwimy się mając wielka ochotę na spacer na Radziejową.

Tymczasem wracamy do schroniska. Kasia przytaszczyła tort urodzinowy dla mnie zatem świętujemy. Kiedy kładę się nocą do łóżka zauważam rozgwieżdżone niebo nad Tatrami i natychmiast tracę ochotę na sen. Bo jak tu spać w tak cudną noc? Na ciemnym firmamencie widać mocno świecące Betelgezę i Aldebarana ale najpiękniej prezentuje się gwiazdozbiór Oriona i Plejady. Łatwo je dostrzec na ciemnej czeluści zimowego nieba, zwłaszcza że Plejady mają bardzo charakterystyczny kształt przypominający Wielki Wóz, zaś w pasie Oriona trzy ułożone w jednej linii gwiazdy także dostrzega się bez trudu. Nazwa Oriona pochodzi jeszcze z Mezopotamii, ma jakieś 3- 4 tysiące lat! Prawie natychmiast przypominam sobie o proroctwach Oriona, które nomen omen pokrywają się z przepowiedniami Majów i magiczną datą: 21.12.2012 r.

Póki co zachwycamy się nieprawdopodobnie rozgwieżdżonym nieboskłonem i czarnym konturem Tatr. Nastawiamy "budzik" na 6:30 aby na pewno nie przegapić wschodu słońca. I udaje się. Zanim kilka minut po siódmej pojawi się na niebie prawie przez godzinę obserwujemy jak barwi różem ośnieżone szczyty Tatr. Jestem wzruszona tym spektaklem tak bardzo, że budzę bez cienia skrupułu moich kompanów aby i oni doświadczyli tego cudu natury, tej mistyki kosmosu!

Około 10 rano (dopiero!) wyruszamy na Radziejową 1266 m n.p.m. Jest piękny, słoneczny dzień, śnieg mieni się wokół milionem iskier, słoneczko otula nasze twarze przyjemnym ciepłem. Droga na Radziejową czerwonym szlakiem obfituje w przecudne widoki jednak to, co nas spotyka na wieży widokowej, zapiera dech w piersiach. Gdy po trzech godzinach a nie, jak podaje przewodnik, półtorej godzinie (ale dlaczego?) stajemy na szczycie, mgły snują się malowniczo wokół Tatr i Pienin. Panująca wokół cisza, niezmącona nawet delikatnym podmuchem wiatru, dodaje chwili majestatu. Wkrótce będziemy świadkami zachodu słońca, które chyli się już ku zachodowi. Krótki ten styczniowy dzień! Na wieży dołącza do nas ojciec z synem, podobnie jak my zadziwieni urodą tego miejsca. Choć dość często, jak mówią, goszczą w tych stronach ale wciąż niezmiennie panorama ta wzbudza w nich zachwyt. Drewniana wieża, wysoka na 20 metrów, wznosi się ponad czubkami świerków i pozwala rozkoszować się widokiem najpiękniejszych pasm górskich. Nieuchronnie nadchodzi czas powrotu.

Zachód słońca obserwujemy ze szlaku. Pomarańczowa piłka szybko niknie za Tatrami. Zjadamy szybką kolację i w blasku gwiazd schodzimy w dół. Znowu towarzyszy nam Orion. Po pół godzinnym marszu docieramy do auta i w ciemności pokonujemy meandry śnieżnej drogi. Dziewczyny służą mi z tylnego siedzenia auta bezcennymi radami a Marek wpiera dokarmiając słodkimi mandarynkami. Właśnie dobiega końca pierwszy dzień mojego 44 roku życia. To był piękny dzień.

Dorota 2011-07-17

Podziel się z innymi swoją opinią...