Siedem dni w Pirynie
perforacja

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

Pirin

perforacja
1.  Podróż

       Jest wczesny poranek 2 września kiedy od płyty startowej lotniska Pyrzowice odrywa się nasz airbus, a sympatyczne stwewardessy Wizzair'a informują, że nasz lot odbywać się będzie na wysokości około 9000 metrów i potrwa niecałe półtorej godziny. Tak więc stało się: przed nami długa podróż na końcu której staniemy po raz pierwszy w górach bułgarskiego Pirynu! Silniki samolotu pracują na pełnych obrotach i rozświetlone lotnisko szybko niknie w warstwie niskich chmur a naszym oczom ukazuje się czyste błękitne niebo na którym lada moment powinno pojawić się słońce. Przelatujemy w okolicach Krakowa kiedy spod skrzydła rozbłyska pierwszy czerwony promień. Lot rzeczywiście mija szybko i (uwzględniając różnicę czasową +1 godzina) na kilka minut przed godziną ósmą odbieramy nasze plecaki w terminalu lotniska w Bourgas.

       Plecaki przezornie zapakowaliśmy w polipropylenowe worki aby zapobiec ewentualnemu wciągnięciu troków w szczeliny taśmy transportowej. Różnie to bywa więc lepiej na zimne dmuchać - wszak worek kosztuje 2 złote i waży prawie nic a chodzenie po górach z porozpruwanym plecakiem nie jest takie przyjemne. Wreszcie ukazują się nasze worki na taśmie (co niektórzy obserwują nas podejrzliwie: co oni w tych workach przemycają?), łapiemy je i zarzuciwszy na ramię podążamy do wyjścia. Tam wsiadamy do taksówki która za 20 lewa zawozi nas pod Dworzec Kolejowy.

       Do pociągu mamy ponad dwie godziny więc korzystamy z okazji by wypić poranną kawę, "obrabować" bankomat i obejrzeć okolice dworca. Spacer z ciężkimi plecakami po miejskim trotuarze nie należy do szczególnie przyjemnych ale zwiedziliśmy kilka sąsiednich ulic. Nasz pociąg odjeżdżał o 10.40 i o dziwo był prawie pusty. Kolejnym zdziwieniem okazały się ceny biletów: w 2 klasie podróż Bourgas - Septemvri (odległość 347 kilometrów) kosztowała tylko 19 lewa. Pociąg niestety nie był klimatyzowany więc szybko zrobiło się niemiłosiernie duszno i nawet otwieranie okna nie bardzo pomagało. Bułgarzy którzy się do nas dosiadali do przedziału byli bardzo rozmowni i uprzejmi - szybko dogadywaliśmy się mieszając słowa bułgarskie z rosyjskimi i polskimi a od czasu do czasu pomagając sobie również gestami rąk a nawet nóg. Krajobrazy przesuwające się za oknami nie były zbyt piękne: spalona słońcem trawa, uschnięte krzewy i leżące dookoła każdej miejscowości sterty śmieci! Minęlismy Karnobat, Starą Zagorę, Płowdiw, Pazardżik i o 16.30 wysiedliśmy na dworcu w Septemvri.

       Na przesiadkę mieliśmy tylko pół godziny więc nie dane nam było zapoznać się z miasteczkiem. Kupiliśmy bilet na kolejny odcinek trasy Septemvri-Bansko i resztę czasu zajęło nam zaznajomienie się z tutejszym piwem marki Pirinsko w przydworcowym barku. Nasz "pociąg" składający się ze spalinowej lokomotywki i czterech zielonych wagoników już czekał na swoim bocznym peronie. Wsiadamy i zajmujemy miejsca w przedziale. Obok nas jeszcze tylko kilka osób więc zostaje sporo wolnych miejsc.

       Pociąg rusza i tu rozpoczyna się kolejny etap naszej przygody: pięciogodzinna podróż górską wąskotorową kolejką (119 kilometrów za 5,60 lewa). Szyny kolejki prawie cały czas biegną równolegle z asfaltową szosą i dość szerokim strumieniem. Wielką atrakcją okazują się tunele w które wjeżdżamy co najmniej 20 razy (szkoda że nie liczyłem dokładnie). Krótkie i długie, proste i kręte, wznoszące się ku górze i opadające w dół - wszystkie jednakowo ciemne i ciasne. Zdarzają się też miejsca poza tunelami gdzie odległość między ścianą wagonika a skałą nie przekracza pół metra - nie polecam zatem wychylania się z okien kolejki gdyż o wypadek nietrudno (również dlatego że gałęzie rosnących obok torów drzew i krzaków szorują po ścianach wagonów). Mijamy kolejne stacyjki, dosiada się coraz więcej ludzi, dzień chyli się ku zachodowi a skład cały czas uparcie pnie się w górę.

       Około godziny 20.30 zatrzymujemy się na stacji Awramowo - najwyżej położonej stacji kolejowej na Bałkanach. Jesteśmy na wysokości 1267 m nad poziomem morza. Tu pociąg stoi prawie pół godziny w oczekiwaniu na "mijankę" - w tym czasie robi się ciemno a konduktor zapala w pociągu światło. Jest ono bardzo mizerne - pozwala zaledwie na rozpoznanie twarzy - o czytaniu można zapomnieć. Zatem pozostaje nam już tylko czekanie i zjadanie resztek zapasów przeznaczonych na drogę bo za oknami głucha ciemność. Teraz toczymy się szybko w dół gdyż docelowe Bansko leży na wysokości tylko 936 mnpm. Zdarzają się jeszcze tunele ale tylko kilka. W pociągu ludzi z każdą stacją sukcesywnie ubywa i do Banska przyjeżdża prawie pusty skład. Oprócz na wysiadają jeszcze dwie osoby.

       Jesteśmy w Bansku. Dookoła pusto i głucho - jest przecież godzina 23. Przez wyjątkowo czysty i zadbany hall dworcowy udajemy się w stronę miasta dzierżąc w ręku jego plan. Zadanie priorytetowe: znaleźć nocleg! Przed wyjazdem wyszukaliśmy sobie kilka kwater i poznaczyliśmy je na mapie. Jakież było nasze zdziwienie gdy idąc ulicami miasta za żadne skarby nie mogliśmy sie zorientować w numeracji domów! Nie dość że tabliczki z nazwami ulic są tylko na niektórych ulicach i to raczej tych położonych bliżej centrum to na dodatek numery domów są maleńkie i nigdy nie oświetlone (o ile w ogóle są)! Przeszliśmy spory kawałek a tu poszukiwanej kyszy ani śladu :-( Pojawiła się natomiast stacja benzynowa. Uff! Może tu coś będą wiedzieć. Niestety dwóch zaspanych młodych mężczyzn wzrusza ramionami. Kysza? Tutaj? Nie, na pewno nie, zdecydowanie nie! Radzą nam byśmy poszli do nowego miasta - tam są same hotele. Dziękujemy za poradę i udajemy się w przeciwnym kierunku - aż tak nie zależy nam na ilości gwiazdek a raczej na umiarkowanej cenie - wszak zatrzymujemy się tylko na kilka godzin by rano pojechać w stronę gór.

       Zmierzamy teraz w kierunku centrum gdzie na mapie mamy oznaczoną kolejną kyszę przy ulicy Szipka. Przyplątuje się do nas bezpański pies i idzie z nami krok w krok - zdaje się jakby nas prowadził właśnie tam gdzie powinien być nasz nocleg. Rzeczywiście gdy po kilkunastu minutach odnajdujemy ulicę i oświetlony budynek z napisem "Kałojanowa Kysza" opuszcza nas nasz pies przewodnik a my próbujemy dostać się do środka. Nie jest to łatwe zadanie bo dzwonka przy drzwiach nie ma, a brama prowadząca na wewnętrzny dziedziniec jest zamknięta. Kombinujemy przez chwilę i ostatecznie decydujemy się zapukać w najniżej położone ciemne okno. Pukamy i po chwili w oknie na piętrze ukazuje się zaspany człowiek który każe nam chwilkę poczekać - jest więc nadzieja że coś się znajdzie. Czekamy cierpliwie i otwiera się brama a w niej stoi młoda kobieta która nas zaprasza do środka. Dostajemy ładny duży dwuosobowy pokój na parterze z oknami na podwórze i łazienką z prysznicem (jak zwykle w tym kraju prysznic jest bez brodzika). Cena 40 lewa za pokój. Wreszcie po 22 godzinach podróży można wziąć prysznic i wyciągnąć się horyzontalnie....

       Zasypiamy twardym kamiennym snem z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.


...tak nastal wieczór i poranek dnia drugiego


zobacz wszystkie zdjęcia
Robert & Marek      2008-09-02

  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter