Trafiliśmy tu przypadkiem. To prawda, że rok temu Marek
postanowił tu wrócić... ale nie powiedział kiedy by to
miało nastapić. Tego dnia mieliśmy pójść na Przednie
Solisko. W tym celu zaprosiliśmy na wycieczkę
rodziców Marka, którzy mieli wygodnie wjechać
kolejką linową na wysokość 1825m n.p.m. do
Chaty pod Soliskiem. W ten sposób uniknęliby
mozolnego podejścia około 500 metrów
przewyższenia i zaoszczędziliby sił
aby później lekko wejść na szczyt.
Nie doceniliśmy jednak najpierw
kapryśnej pogody a potem
możliwości rodziców.
Zaskoczyło nas jak jedno
tak i drugie :-)

Ale po kolei...

Wyjechaliśmy (tym razem)
zgodnie z planem o godzinie
siódmej. Słoneczna pogoda
obiecywała fantastyczne
widoki, na które cieszyliśmy się wszyscy.
Po drodze nigdzie się nie zatrzymywaliśmy
aby jak najszybciej dotrzeć do celu.
Jeszcze w Jurgowie widzieliśy na czystym,
lazurowym niebie rozświetlone jesiennym
słońcem szczyty Tatr (tylko trzech, bo Niżnych
stąd nie widać). Prognozy pogody sprzyjały naszym
planom, zapowiadał się ciekawy, pogodny dzień.
Kiedy minęliśmy Kežmarské Žľaby nastąpiła nagła
i nieoczekiwana zmiana. Znad Tatr Niżnych nadciągały
w szybkim tempie niskie i gęste chmury.
- To nie tak miało być!!! - skowytała moja dusza.
- Co my teraz zrobimy? - lamentowałam w myślach.
Chcieliśmy pokazać rodzicom skaliste turnie, dumnie wznoszące się
ku niebu granie, strzeliste szczyty a tymczasem nasze marzenie powoli
lecz skutecznie pochłaniały szaro-buraśne chmury.
- To może do Jaskini Bielańskiej zawróćmy? - mruczę do Marka ale bez przekonania.
- Wiem! - woła mój mąż a w jego głosie pobrzmiewa mocno "nuta" optymizmu.
- Idziemy na Osterwę!
I w taki oto sposób zamiast dwa grzbiety dalej doszliśmy do Popradzkiego Stawu.
Tam, po obiedzie zjedzonym na świeżym powietrzu, udaliśmy się na szlak.
Tata Marka dość szybko oprotestował dalszą trasę. Mniej więcej
po przejściu 1/3 drogi zakomunikował, że on dalej nie idzie bo stąd
też dobrze wszystko widać a on woli pospacerować wokół stawu,
zatem zawraca i poczeka na nas. Mama dzielnie pokonywała kolejne
metry w górę i z wdziękiem pozowała do zdjęć.
Śmiało mogę powiedzieć, że tylko ona rozumiała,
że w tak trudnych warunkach oświetleniowych
nie jest wcale łatwo dobrze dobrać wszystkie parametry
i że wymaga to wielkiego wysiłku z mojej strony
a z ich strony odrobiny poświęcenia
Kiedy rozpoczęliśmy wędrówkę na Przełęcz
pod Osterwą zaczęło powoli się wypogadzać,
coraz częściej pojawiały się rozleglejsze
skrawki błękitu a nawet świeciło słońce.
Sceneria zmieniała się gwałtownie
kreując dramatyczne pejzaże.
Jakże inaczej było rok temu!
Ale przecież zawsze
jest inaczej.

Dbając o morale naszej
czteroosobowej grupy
pilnowałam aby iść na końcu,
jedynie dla potrzeb zdjęcia,
czyli kierowana absolutnie
wyższymi pobudkami, od czasu
do czasu decydowałam się wyprzedzić moich
kompanów, ale zaraz potem wracałam
na "swoje miejsce". Podejście na Przełęcz
pod Osterwą nie należy do trudnych.
Szlak wiedzie ostrymi zakosami jednak nigdzie
nie stwarza technicznych trudności. Mam wrażenie jakby
wytyczył go początkujący narciarz zjeżdżając zimą szerokimi
zakosami po zboczu Osterwy. Kiedy dotarliśmy do celu,
nad Szatanem, Koprowym, Rysami, Wysoką i Rumanowym
z impetem sunęły chmury. Mama Marka zaimponowała mi
swoją determinacją i kondycją. Pokonała 746 metrów przewyższenia!
Robię im pamiątkowe zdjęcie na tle Tatr.
"Masz świat u stóp. Masz życia cud".
Nucę sobie w myślach słowa piosenki Moniki Kuszyńskiej.
Rozgladam się wokół i znów mój wzrok zatrzymuje się na Tatrach Niżnych.
Ciągnie mnie do nich, oj ciągnie! Jest tyle piękna wokół nas.
Na twarzy mamy Marka maluje się zachwyt i... wdzięczność.
- Dziękuję, że mnie tu zabraliście - mówi. Marek obejmuje jedną z najważniejszych
Kobiet Swojego Życia a mnie przypada zaszczyt sfotografowania tej chwili, czuję
jej doniosłość a jednocześnie ulotność. Fotografia pozwala zatrzymać
emocje, uczucia nawet jeśli schowane są pod "konwencją"
"Nie ma chwili do stracenia, żyjesz tu i teraz".
Pstrykam. Ale to wcale nie taki zwykły "pstryk". Nieco dłużej patrzę na nich
przez wizjer, jakbym podgladała tę chwilę z ukrycia.
"Kocham Cię Mamo"- tytułuję w myślach zrobione zdjęcie.
A potem w pośpiechu fotografujemy się we wszystkich
możliwych konfiguracjach. Najchętniej zostałabym tu
na dłużej, przycupnęłabym na kamieniu, zanurzyła się
w otaczające mnie piękno i chłonęła je wszystkimi zmysłami.
A potem? Potem... poszłabym na Tupę... na Kończystą...
Kiedy tylko napomknęłam Markowi,
że kicnę sobie na Tupę natychmiast
zaprotestował malując przede mną
najtragiczniejsze scenariusze z deportacją
włącznie. Wyobraźni mi nie brakuje, więc
dość łatwo mnie zniechęcił
I chyba tylko my, tacy niby
grzeczni, tacy niby
zdyscyplinowani zostaliśmy...
na Osterwie. Tak, tak!
Na Osterwie!
Za Osterwę deportacja
nie grozi -
to oficjalna
wersja Marka

- Co tam jest?
- pyta Mateusz
wskazując południe.
I zaczyna się.
Uwielbiam tę zabawę.
Marek wylicza: "Skrajna Baszta,
Mała Baszta, Pośrednia Baszta,
Szatan, Zadnia Baszta..."

- E... gdzie?
Dopytuje zdezorientowany Mati.
Jego wzrok błądził już w okolicach Wysokiej.
- To wielkie to...Szatan, zaraz za nim Koprowa
Przełęcz, dalej Koprowy Wierch, Cubryna,
Mięguszowiecki, Hińczowa i Wołowa Turnia...
Mała Kopa Popradzka i Wielka Kopa Popradzka...

- Ta Mała jest stąd większa od Wielkiej
- wtrącam się ale oni i tak mnie nie słyszą.
- Rysy - uroczyście informuje Marek na chwilkę
przerywając wyliczankę. - Dalej jest Ciężki Szczyt
i dwuwierzchołkowa Wysoka, Smoczy, Ganek...
Rumanowy...Żłobisty...Tępa... Zmieniające się światło,
rozświetlając co chwilkę inne partie gór, podarowało nam niecodzienny
spektakl. Jak ja nie lubię się śpieszyć! A tymczasem cała moja codzienność
to pośpiech. "Obudź się i żyj!" Nie zabawiliśmy zbyt długo na szczycie
mając na uwadze czekajacego na nas tatę Marka. Zejście również
nie nastręczało nikomu żadnych trudności. Mniej więcej w połowie
zejścia Mateusz i ja zatrzymujemy się na podwieczorek. Nigdzie tak świetnie
jak górach nie smakują kanapki. Delektujemy się smakiem pomidorów, papryki,
kiszonych ogórków i oliwek... czekolady też. W drodze powrotnej pozwoliliśmy
Mateuszowi aby wreszcie szedł własnym tempem. Ledwo co udało mi się
dotrzymać mu kroku Marek dotrzymywał towarzystwa swojej mamie.
Tak jest zbudowany świat
Najpierw my opiekujemy się dziećmi a potem, niepostrzeżenie szybko,
one nami. "Dziecko jest jak walizka, to z niej wyjmiesz, co do niej włożysz"
- ileż prawdy w tym popularnym powiedzeniu!
Przy Majláthovej Chacie spotykamy tatę Marka. Informuje nas,
że obszedł cały Popradzki Staw dookoła i... nie zjadł wszystkich kanapek
To był taki niby zwykły wypad w góry
i plany nie zrealizowane...
"Nie odpływaj w inny wymiar,
tu jest nasze miejsce.
Nie pamiętaj i nie planuj,
nie musisz nic".

To był wspaniały dzień.
Do domu wracamy w korkach



                        Dorota

4 października 2015r.



Ps.

Nie zjedzone przez Tatę Marka kanapki pałaszuję w okolicach Rabki.
Czasem jednak warto... czegoś NIE ZROBIĆ
Baliśmy się czy Rodzice przejdą 292 metry przewyższenia, bo tyle jest spod Chaty pod Soliskiem
na Skrajne Solisko, a tymczasem 746 metrów przewyższenia i 15 kilometrów pokonała Mama
a Tata odpowiednio 325m i 10 km.
Lubię planować bo to prawie jak marzyć.
Lubię też zmieniać plany, bo najważniesze to... podążać za tym co niesie ŻYCIE.



"Nie ma chwili do stracenia, żyjesz tu i teraz.
Na szukanie szczęścia w innych światach szkoda Nas.
Tyle jest piękna, gdy umiesz patrzeć.
Kłaniaj się chwili, która trwa.

Masz świat u stóp.
Masz życia cud.
Masz wolność, zew krwi.
Obudź się i żyj!

Nie odpływaj w inny wymiar, tu jest nasze miejsce.
Nie pamiętaj i nie planuj nie musisz nic.
Tyle jest piękna, gdy umiesz patrzeć.
Kłaniaj się chwili, która trwa.

Masz świat u stóp.
Masz życia cud.
Masz wolność, zew krwi.
Obudź się i żyj!
Masz świat u stóp.
Masz życia cud.
Masz wolność, zew krwi.

Obudź się i żyj!
Obudź się i żyj!
Obudź się...!

Masz świat u stóp.
Masz życia cud.
Masz wolność, zew krwi.
Obudź się i żyj!
Masz świat u stóp.
Masz życia cud.
Masz wolność, zew krwi.
Obudź się i żyj!"

Monika Kuszyńska 

Podziel się z innymi swoją opinią...