Choć raz trzymajmy się planu

 

- czyli o tym, że... warto zmieniać plany

Osterwa
Wysokość: 1984 m n.p.m.
Położenie: 49°08′58″N  20°05′19″E
Przewyższenie: 1127 m
Dystans: 22 km
Czas: 8h 50m
Data: 2014.09.28

                    ......

4:00 - Co to to nie! - sprzeciwia się moje sponiewierane sobotnią krzątaniną ciało.
6:30 - No sam zobacz jaka brzydka pogoda! - udaje mi się przekonać Marka
8:00 - Marek? Ty widziałeś jak za oknem jest ładnie? - zrywamy się z łóżka i w pośpiechu pakujemy plecaki.
8:30 - Jesteśmy już w aucie.

Ustalona w nocy trasa zdaje się być na ten moment nieosiągalna. Braknie nam czasu, bylibyśmy zmuszeni wędrować po zmroku i drażnić misia. Jarząbczy od słowackiej strony musi poczekać na łaskawsze czasy.
- No to Zielony Staw od strony Doliny Kieżmarskiej - ponownie proponuje Marek.
- Na pewno nie wybarwiły się jeszcze jarzębiny i wierzby... -znów marudzę.
- No to Osterwa! - przypomina sobie Marek, że całkiem niedawno chcieliśmy przejść pętlą pod Gerlach.
- Jasne! – szybko godzę się odczuwając ulgę, że jeszcze przed Makowem Podhalańskim udaje się nam ustalić trasę. Przed nami jedzie wolno autobus.
- No to się powleczemy... - konstatuje mąż.
- A którędy jedziemy? -pytam i szybko dodaję - bo z Przełęczy Huciańskiej na pewno będą niesamowite widoki, te mgiełki... te satynowe wstążki... - zachęcam Marka.
- Dobra, ale pod warunkiem, że autobus pojedzie prosto - zastrzega Marek. Autobus niespodziewanie skręca w prawo na Krowiarki.
- Jadę prosto! - oznajmia Marek
- Skręć w lewo! - domagam się stanowczo.
- Prosto - protestuje Marek.
- W lewo! - ponawiam żądanie.
- Prosto!
- W lewo!

Marek skręca w prawo. Wybuchamy śmiechem i aż po same Krowiarki męczymy się za autobusem.
- A czemu miałem jechać w lewo? - retorycznie pyta rozbawiony Marek.

Doskonale wie, że w lewo znaczy w prawo, chyba że akurat znaczy w lewo. Tym razem znaczyło w prawo. W Jabłonce, kiedy kupuję na kilogramy czekoladowe smakołyki, Marek oblicza trasę. Wychodzi mu, że przez Przełęcz Huciańska będzie o 18 km dalej niż przez Jurgów. Znów zmieniamy plany. Żegnajcie mgielne wstęgi wijące się między Niżnymi Tatrami, Choczańskimi Górami i Fatrą... Ostatecznie o 12:15 parkujemy na poboczu drogi w pobliżu szlaku do Popradzkiego Stawu. Zarówno parking jak i pobocze drogi przy skręcie na staw zastawione są ciaśniutko samochodami.

Jest piękna, słoneczna pogoda, góry przyprószone śniegiem wyglądają jak polukrowane - takie słodkie jawią się nam Tatry.
- Czemuś ty mnie o tej czwartej posłuchał... - robię Markowi wyrzuty.
- Czemu cię o wpół do siódmej posłuchałem... - komentuje Marek i znów wybuchamy śmiechem.

Równym krokiem bez jednego przystanku idziemy do schroniska. Tym razem nikt nas nie wyprzedza. Pod schroniskiem, a raczej górskim hotelem, zjadamy obiad i bez zbędnej zwłoki wyruszamy na przełęcz pod Osterwą.

Szlak, ostrymi zygzakami, wije się po zboczu góry raz po raz ukazując nam coraz szersze widoki na tatrzańskie kolosy: Szatan, Ganek, Rumanowy Szczyt, Wysoką, fragment Rysów, Mięguszowieckie szczyty, Koprowy… Spod schroniska trasa sprawiała wrażenie niezwykle stromej a tymczasem wcale tak nie jest. Czuję się jak na górskiej promenadzie – cały czas mam przed oczami tę samą panoramę, co bardzo mnie relaksuje i odpręża. Bardzo nam się tu podoba. W wyznaczonym czasie docieramy na Przełęcz.

Jak to zwykle z nami bywa, więcej jest schodzących niż wchodzących co ma oczywiste plusy. Zarówno na przełęczy jak i samej Osterwie jest zaledwie parę osób. Marek wygłodzony wędrówką najpierw zjada kanapki, delektuje się kawą i czekoladkami, potem studiuje uważnie mapę... i na koniec pyta: - Zrobić ci zdjęcie?

Ja obfotografowałam już po kilka razy całą okolicę. Znam też przyczynę szybkiego znikania wędrowców z przełęczy. Prawie każdy (poza nami) wdrapuje się na Tępą. Prowadzi tam szeroka i wygodna ścieżka. - 66 euro - odpowiada Marek podążając za moim wzrokiem- więcej niż wjazd na Łomnicę.
- Nie lubię cię! - mam ochotę pokazać mu język.

Zostajemy na Przełęczy i przez godzinę napawamy się przecudną panoramą Tatr Wysokich. Od lewej widać Solisko, grań Baszt, Szatana, Koprowy Wierch, Cubrynę, Mięguszowieckie szczyty, Wołowy Grzbiet, Popradzką Kopę, Rysy, Ciężki Szczyt, Wysoka, Smoczy Szczyt, Ganek, Rumanowy, Żłobisty... Tępą.
- Z tej Tępej to muszą być wspaniałe widoki... - kuszę Marka.

Tępa wraz z Klinem wygląda dziwnie. Jak z innej bajki. Jak kupka kamieni wysypanych przez gigantyczną ciężarówkę. Ich zboczem poprowadzono tatrzańską magistralę. Czemu właśnie tamtędy? A nie przez szczyty?

Obok nas od dłuższego czasu stoi Słowak. Proszę go aby zrobił nam zdjęcie. No i zaczyna się. Michał - bo tak ma na imię - ambitnie usiłuje sprostać mojej prośbie. Migawka nie pstryka. Marek instruuje Michała jak ma naciskać. Michał naciska i nic. Naciska i nic... i nic... To ja wam zrobię zdjęcie - staram się wyrwać nas z niezręcznej sytuacji. Naciskam i pstryk, naciskam i pstryk... znów pstryk...
- No patrz! Kobiety słucha! - dziwi się Michał - Daj, mnie też posłucha.

Nie chce słuchać. Ponownie biorę aparat do ręki i sama usiłuję zrozumieć jak to się dzieje, że mnie się udaje pstrykać bez problemu a innym nie. Michał wytrwale naciska spust migawki i staje się cud: robi nam kilka całkiem fajnych zdjęć.

Uradowani sukcesem wdajemy się w rozmowę. Michał objaśnia nam nazwy okolicznych szczytów i zwraca uwagę na Kozie Szczyty znajdujące się po południowej stronie, poniżej Tatr Niżnych. Na rozmowie mija nam pół godziny, Michał żegna się i schodzi do Popradzkiego Stawu. My idziemy do Batyżowieckiego Stawu... bo taki był plan i choć raz tego dnia chcemy trzymać się planu. Jest godzina 16:00.

I to był nasz straszny błąd.

Cóż...
Do Batyżowieckiego Stawu dotarliśmy o 17:30. Szlak, o długości 4 km, wiedzie niemal po równym terenie - 200 metrów różnicy poziomów pod górkę i 300 metrów z górki. Kiedy stajemy nad jego brzegiem słońce właśnie zachodzi za granią. Gerlach prezentuje się tu jakoś niepozornie, wcale nie jak najwyższy szczyt Karpat. Szkoda, że wciąż można go zdobyć wyłącznie z przewodnikiem. Wprawdzie Słowacy podjęli już starania o jego otwarcie dla szerszej rzeszy turystów ale wciąż nie wiadomo kiedy to nastąpi.

Marek fotografuje okolicę Batyżowieckego Stawu a ja nadziwić się nie mogę skomplikowanej logice naszego myślenia. Zafiksowaliśmy na celu tak dalece, że straciliśmy zdrowy rozsądek. Bo przecież właśnie dlatego, aby nie włóczyć się po górach o zmroku, tego dnia zrezygnowaliśmy z malowniczej trasy w Tatrach Zachodnich. I co?

Słońce zajdzie za godzinę, około 18:30, zatem mrok zastanie nas mniej więcej w połowie zejścia, czyli 400 metrów przewyższenia pójdziemy lasem w absolutnej ciemności, jedynie w słabym świetle podręcznych latarek ( gdzie są nasze czołówki?!). Z Batyżowieckiego stawu do Wyżnego Hagu jest ponad 5 km, około 820 metrów różnicy poziomów, według Słowaków 1:40 h.

Prawie zbiegamy aby skrócić odcinek przejścia w ciemności, co wcale proste nie jest, bo w górnej części szlak jest dość stromy. Marudzę, narzekam, zarzekam się, że nigdy więcej tatrzańskiej magistrali. O powrocie asfaltową drogą ( 4700 metrów pod górkę) na razie nie myślę. Czy warto było dla tego widoku spod batyżowieckiego stawu iść czternaście kilometrów trasą bez widoków, na dodatek jeszcze siedem w ciemności?
Uważam, że nie!

Z Wyżnego Hagu idziemy do auta niewiele ponad godzinę, jest dwa stopnie na plusie.
Usiłujemy znaleźć korzyści z tej wędrówki.
- Rozgwieżdżone niebo z milionem gwiazd... - Marek wpada (na skutek wychłodzenia/wygłodzenia) w romantyczną nutę.
- Takie samo mamy u siebie w ogródku! - sprzeciwiam się.
Ostatnie metry pokonujemy w milczeniu - dopiero co minęła nas elektriczka...
- Mam! Wiem! Znalazłam tego plusa! - informuję Marka z przekąsem.
- No?
- Już wiem, że mamy znakomitą kondycję!
Marek robi zdziwiona minę.
- No bo co? Zmęczony jesteś? - zaczepnie pytam.
- No... trochę... jeszcze mógłbym iść...
- Na Huciańską Przełęcz, co? - śmiejemy się sami z siebie.
- A tak pięknie było na Osterwie...


Ps.
Na pocieszenie zabieramy z przydrożnego rowu znaleziony w okolicach Jurgowa ogromnych rozmiarów granitowy otoczak. Teraz zdobi Nasz Staw.
Przeszliśmy 22 km, suma przewyższeń 1127m. Gdybyśmy zgodnie z planem poszli z Raczkowej Doliny na Jarząbczy Wierch przeszlibyśmy 21km z przewyższeniem 1295m. Wnioski? Albo stanowczo od początku trzymać się planu albo... konsekwentnie być elastycznym do samego końca. Szkoda, że nie poprzestaliśmy na Osterwie...
Marek marzy o powrocie w ten zakątek Tatr jeszcze tego roku.
Nie wiem, czy z nim pójdę...

Dorota
zobacz wszystkie zdjęcia

 

Podziel się z innymi swoją opinią...

  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter