Grzybowym szlakiem na Grzesia
czyli nie tylko Przełęcz pod Osobitą
(9 sierpnia 2016)
Bo miało być lekko i łatwo... Wczoraj po przejściu 1500 m przewyższenia i 16 km drogi Marek chciał zrobić dzisiaj coś... odprężającego. Ja też tego chciałam, ale trasę, którą ostatecznie poszliśmy wybral on. Po prostu się poddałam. Moim faworytem na ten dzień były Babki i Ostra z wizytą w Chacie Czerwieniec czyli po słowacku Chacie pod Náružím. Ale MM uznał (sic!), że to za daleko.
976 m przewyższenia i odległość 12.5 km (Babki) uznał za zbyt forsowne jak na dzień PO. No i w ten oto sposób wyruszyliśmy na niedzielny spacer przez Przełęcz pod Osobitą na Grzesia. Gdybym wiedziała wtedy to co wiem teraz to... hmmmm... pewnie poszłabym tam gdzie poszłam ;-) zatem nie żałuję. Już nie będzie mi MM marudził, mam z głowy Osobitą ;-)
Marek był trasą zachwycony. Ja nie. Nie zaprzeczam, że z licznych na szlaku polan roztaczały się urocze panoramy na Tatry Zachodnie ale wędrówka lasem raz pod górą a raz w dół nie była tym czego pragnęły moje oczy i dusza spragnione przestrzeni. Późnojesienną porą mogłaby to być bardziej ciekawa trasa. Na pewno zimą poszałbym nią w zachwycie. Środek lata to nie pora na taką monotonną wędrówkę. Ale Marek inaczej przeżył ten wypad, więc poczytajcie jak on opisuje swoje wrażenia:
Poprzedniego dnia spacerkiem po Salatynach i innych Pachołkach daliśmy sobie w *** na tyle skutecznie, że choć jeszcze wieczorem mieliśmy większe ambicje, to pierwsze kroki tego ranka postawiły nas do pionu!
Z pokorą w sercach i połową arbuza w plecaku (nieduży był - tak ze sześć kilo), a także zapasem innego ratującego życie pożywienia ruszyliśmy zielonym szlakiem na Przełęcz pod Osobitą. Początkowo zakładałem że tylko przełęcz i nic więcej. Ranek był rześki a pogoda zapowiadała się wyśmienicie więc tym razem polary, czapki i szaliki dostały wolne i zostały w aucie.
W Zwierówce rzucamy okiem na jedną z naszych wczorajszych zdobyczy: na prawo od czerwonego daszka widnieje pólnocne ramię i szczyt Spalonej. Kwadrans po ósmej wkraczamy na szlak.
Tu przystajemy zauroczeni leśnym jeziorkiem Maras zwanym też Jeziorem pod Zwierówką. Potem skręcamy ostro w prawo do Ciepłego Żlebu.
Już po kilku minutach, mimo wczesnej pory robi, się gorąco. Plecaki puchną jeszcze bardziej połknąwszy nasze kurtki.
Maszerując z mozołem (nachylenie średnie: 30%) od czasu do czasu dla złapania oddechu polujemy na grzyby. Ładne są i na szczęście niejadalne. Czemu na szczęście?
Odpowiedź jest prosta: bo nie trzeba ich wnosić na górę.
Godzinę później las rzednieje i zaczynają się widoki. Dorotka, która do tej pory nieustannie marudziła, zaczyna się rozchmurzać.
-No dobra, może rzeczywiście nie tylko las nam dziś przeznaczony
O jedenastej stajemy na przełęczy. To spora łączka porośnięta wysoką, jakby bieszczadzką trawą, upstrzoną gdzieniegdzie żółtymi i różowymi baldachami kwiatów. Nad tym kobiercem unosi się duszący zapach ziół i nieprzebrane roje motyli, pszczół, trzmieli i błonkówek wszelkiej maści. Osobita wygląda stąd niemrawo jakoś, za to na lini wschód-zachód jest na czym oko zawiesić!
Na łączce biesiaduje już kilka osób, więc bez zbytniego ociągania dobywamy z czeluści plecaka naszego zielono-czerwonego hiciora. Kątem oka widzę, że nasz kąsek wzbudza powszechne zainteresowanie. Jak na rasowych wyjadaczy przystało mamy również łyżki więc dość szybko w dłoniach pozostaje nam tylko zielony "hełm" i problem co z nim teraz począć? Na noszenie go nikt z nas nie ma najmniejszej ochoty więc decydujemy, że tak ekologiczny odpad może zasilić runo okolicznego rzadkiego lasu.
Gawędzimy również ze spotkanymi tu Słowakami polecając im kilka miejsc w naszych rodzimych Tatrach.
W kierunku wschodnim mamy widoki na Góry Choczańskie i Małą Fatrę. Przed nimi zaś widać rozłożysty grzbiet Machów (alt. 1202 m) skąd jak sądzę możnaby obserwować ładne zimowe wschody słońca nad Tatrami.
Zachodnia panorama zaskakuje nas przede wszystkim niecodziennym widokiem Giewontu. Śpiący Rycerz z tej perspektywy wygląda na górę pokroju Mnicha czy Jastrzębiej Turni. Długo studiujemy mapę zanim poznajemy Bobrowiec! Ta tak przecież charakterystyczna góra z tej strony zmyliła nas obojga. Dopiero wystający za nim Kominiarski Wierch, co do którego zwłaszcza Dorotka nie miała najmniejszych wątpliwości, dał nam pewność, że to Bobrowiec. Dotka ilekroć widzi Kominiarski to wzdycha głęboko:
-Taka piękna góra a taka niewykorzystana. Szlaku tam nie zrobią bo orły niby gniazdują.
A widział tam kto orła przez ostatnie piętnaście lat?
- utyskuje ze zbolałą miną.
Jak Bobrowiec i Kominiarski, to na prawo jest Trzydniowiański a za nim Czewone Wierchy, zaś na dalekim horyzoncie sterczą strzępiate turnie Tatr Wysokich. Potem w domu analizując powyższe zdjęcie dochodzę do wniosku, że nad wierzchołkiem Bobrowca widać Mięgusze.
No no no... jest na co popatrzeć!
Jeszcze wspólna fotka i ku niezadowoleniu Dorotki ruszamy w stronę lasu. Tam kilkaset metrów dalej (mamy nadzieję, że poza granicą rezerwatu) powierzamy naturze resztki smakowitego owocu i zajadamy się obficie tu występującymi jagodami, co potem niestety widać na niektórych zdjęciach
Osobita zostaje w tyle i zgodnie z moimi przewidywaniami między drzewami coraz częściej pojawia się otwarta przestrzeń.
Szlak malowniczo kluczy pomiędzy skałkami wznosząc się i opadając na zmianę. W niewielkich obniżeniach terenu zdarzają się błotniste kilkumetrowe kałuże. Wszędzie wokół nieprzebrane ilości jagód. W prześwicie po lewej stronie lokalizujemy Oravice.
Nieoczekiwanie stajemy na olbrzymiej polanie szczelnie porośniętej półmetrowej wysokości borówczyskiem. Brodzimy w tym jagodowym oceanie barwiąc dłonie i usta i fotografując panoramy. Ładnie tu
No i stało się! Przecież takiego okazu nie można po prostu minąć obojętnie. Przymykam oczy na wszystko i od tej pory oprócz wypatrywania gór na horyzoncie coraz częściej idziemy z nosem przy ziemi. Coś czuję, że może miejsca w plecaku zabraknąć
Wojski je zbierał - my tylko fotografujemy. No bo Amanita Muscaria urodziwe są i tak śmiesznie się nazywają! Gdy przechodzące obok Słowaczki widząc moje tarzanie się w trawie oznajmiły, że piękna ta "muchotrałka", trudno mi było powstrzymać się od śmiechu. Zapytały więc jakże się ten grzyb po naszemu nazywa. Jak się łatwo domyśleć polski "muchomor" tym razem u nich wzbudził salwy śmiechu.
To i tak nic w porównaniu z rumuńskim
"Buretele Musztelor" lub tureckim "Sinkiem Mantari"!
Mijamy szczyt Kasne (alt. 1541 m) i wychodzimy na kolejną widokową polanę. Fantastyczne miejsce.
Na tym zdjęciu widać naszą (prawie całą) wczorajsza trasę: z prawej dwa Salatyny, potem długi łańcuch łańcuchowych Skrzyniarek, kopułę Spalonej, szpiczasty wierzchołek Pachoła i Banikowską Przełęcz, gdzie opuściliśmy grzbiet dzień wcześniej.
Tu zaś inny fragment łańcucha grzbietowego Tatr Zachodnich.
Od prawej: Jarząbczy i Jakubina, Kończysty, Starorobociański, Bystra i Błyszcz.
Dzięki kłębiącym się na niebie obłokom krajobrazy nabierają głębi i plastyki. Niepozorny od strony Grzesia Rakoń tu prezentuje się wyjątkowo dostojnie.
Wychodzimy na ostatnią i jednocześnie największą polanę na dzisiejszej trasie. Pusta Rówień ma ponad dwieście metrów długości i oferuje widoki w każdą stronę świata. Poniżej 360° panorama z tego właśnie miejsca.
Daleko na horyzoncie
Królowa Beskidów
Pustą Rówień prócz tradycyjnych borówek porastają jeszcze wielkie kępy wrzosów.
Spędzamy tu prawie pół godziny. Potem dość mozolnym podejściem zmierzamy na szczyt Roha (alt 1573m). To już ostatni wierzchołek przed Grzesiem.
Bobrowiec. Jak pisze w swym przewodniku Józef Nyka,
"z pokrytego kosówką wierzchołka roztacza się rzadkiej piękności panorama - na Tatry Orawskie oraz otoczenie Doliny Chochołowskiej, której topografię można przestudiować w każdym szczególe".
Niestety jedyny wiodący na szczyt szlak został przez TANAP zamknięty w 2008 roku. Obecnie znajduje się w obszarze ochrony ścisłej Juraniowa Dolina/Bobrowiec.
Tuż za szczytem Roha rzadki las się kończy i przed nami ukazuje się rozłożysta sylwetka Grzesia.
Lúčna na wyciągnięcie ręki więc nieśpieszymy się już wcale i delektujemy się dawno nie doświadczanymi widokami. Nie byłem w tych okolicach już sześć lat! Może dlatego tak mi się tu podoba?
Jesteśmy na Grzesiu. Chociaż moim zdaniem słowacka nazwa Lúčna (Łąka) bardziej obrazuje charakter tej góry. Panorama z tego niewysokiego w końcu wzniesienia (alt 1653 m) rzuca na kolana. Zwłaszcza przy takiej jak dzisiejsza pogodzie.
Tłumów nie ma bo i pora nie za wczesna zatem bez trudu znajdujemy kawałek miejsca by przepakować resztę zabranych z sobą wiktuałów. Oczywiście wiadmo skąd i dokąd
Po prawie godzinnym leżakowaniu w trakcie którego szczególnie starannie przepatrujemy Kominy Tylkowe (w poszukiwaniu orłów oczywiście) udajemy się w stronę Rakonia. Ale tylko kawałeczek bo kilkadziesiąt metrów poniżej skręcamy na zielony szlak do Doliny Łatanej. Jakoś tak się złożyło, że przegapiliśmy go na samym szczycie, za to nie przeoczyliśmy urodziwych prawdziwków, których wcale nie trzeba było szukać. Same wychylały się z trawy uchylając kapeluszy. Jakże było im odmówić?
Jeszcze pożegnalne zdjęcie naszych wczorajszych zdobyczy. Od prawej: Brestova, Salatyńskie Wierchy, Skrzyniarki, Spalona, Pachoł
i Banikowska Przełęcz.
Na koniec krótka anegdota.
Razu pewnego spotkaliśmy turystkę (na oko nieźle z górami zaprzyjaźnioną), która uparcie twierdziła, że góra na zdjęciu obok nazywa się Osobista. Niestety nie potrafiła powiedzieć do kogo należy. Dziś wydaje mi się, że mogła mieć rację skoro nie wolno na nią wchodzić.
Súkromný priestor i już!

940 m

940 m

15,1 km

5h 20'

Podziel się z innymi swoją opinią...


  o nas   ciekawe strony   inne blogi o górach   napisz do nas   strona główna   newsletter