• w ciemności,
    we mgle,
    w burzy śnieżnej…
    w drodze do siebie

    W listopadzie 2009 roku na Podbeskidziu padało i padało niezmiennie. Zmęczeni szarugą szukamy ratunku w Tatrach, bo tam jest śnieg. Punktem wypadowym staje się dla nas Hala Gąsienicowa, na którą w piątkowy wieczór zmierzamy pięcioosobową ekipą. Zdecydowaliśmy się iść przez Boczań licząc na nocną panoramę Podhala. Nasze oczekiwania spełniają się, więc znów ja i Marek wleczemy się na samym końcu. Jeśli ktoś fotografował nocą to wie ile trzeba czasu aby wykonać dobre zdjęcie.

    Nasi towarzysze podróży znikają nam z oczu zanim dojdziemy na Skupniów Upłaz. Dzięki rakom i mocno świecącym czołówkom idziemy pewnym krokiem. Od Przełęczy Między Kopami towarzyszy nam absolutna ciemność i takaż sama cisza zmącona jedynie chrzęstem zmrożonego śniegu, jaki czynimy każdym krokiem. Kiedy przystajemy aby odpocząć gasimy latarki i wsłuchujemy się w noc.

    Światło wydobywające się z Betlejemki widać z dużej odległości, bo choć sączy się zaledwie z maleńkiego okna, to jednak rozświetla nam drogę. W schronisku panuje gwar i przyjemny nastrój natychmiast się nam udziela. Ja i Marek zamawiamy naleśniki z serem, nasi kompani są już po kolacji ale towarzyszą nam. Wesołą pogawędkę i rozwiązywanie krzyżówek ze „Zwierciadła” przerywa gospodarz schroniska ogłaszając o 21 zamknięcie jadalni. Pora myć się (gorący prysznic to rozkosz dla ciała i ducha) i spać, bo jutro czeka nas wyjście w góry.

    Noc mija szybko, jak zwykle w górach. Pogoda jest nieszczególna, naokoło wprawdzie śnieg ale brak słońca sprawia, że otoczenie tonie w pełnej skali monochromatycznych odcieni. Na dodatek zaczyna padać gęsty śnieg i widoczność staje się coraz mniejsza. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności decydujemy się wejść na Przełęcz Karb „a potem… się zobaczy”. Kościelec? Jest lawinowa jedynka więc bezpiecznie, zatem może Kościelec…

    Guzdrzemy się z wyjściem, kilka razy reguluję wiązanie butów albo zapięcie raków. W końcu Marek bierze to w swoje ręce i wreszcie jest jak należy, nic nie uwiera ani nie ściska za mocno.

    Zielony Staw Gąsienicowy tylko nieznacznie jest zamarznięty. To niesamowite ale rok temu dokładnie o tej samej porze szłam tędy zaledwie w T-shircie. Zatrzymujemy się na chwilkę aby napić się gorącej herbaty, która w tym szczególnym otoczeniu nabiera niezwykłego smaku. Zbyszek jest pierwszy raz zimową porą w Tatrach i bez entuzjazmu zapatruje się na wejście na Kościelec. Zapewniamy go, że my także rezygnujemy z Kościelca bo skały są oblodzone a ponadto niczego nie zobaczymy ze szczytu, więc dla samego wejścia nie warto podejmować tego trudu. Zachęcamy go aby wszedł na przełęcz, ale ponieważ nie ma raków, to dalsza wędrówka staje się co nieco ryzykowna. Żegnamy się, Zbyszek wraca do schroniska. I to była słuszna decyzja. Zejście z Przełęczy Karb (1853 m n.p.m.) do Stawu Gąsienicowego (1624 m n.p.m.) przypomina stąpanie po drabinie - takiej długiej na 249 metrów.

    Na samej przełęczy na kwadrans przejaśnia się i mamy sposobność ujrzenia jednocześnie wszystkich stawów, a jest ich tu kilkanaście. Szczyty okolicznych gór pochłonęła szara maź śniegowych chmur. W tej scenerii malownicze Czerwone Stawki Gąsienicowe, podobnie jak pozostałe, wyglądają jak odłamki rozbitego kryształowego lustra. Wkrótce niebo na powrót spada gęstymi płatkami śniegu na tę Krainę Nieprzebranej Szarości nadając jej baśniowy wymiar. Płatki śniegu są tak wielkie, że prawie słyszymy jak ciężko opadają na ziemię. Lita skała Kościelca widziana z Karbu wydaje się nam łatwym celem, ale doskonale wiemy, że to niebezpieczne złudzenie.

    Bez żalu schodzimy do Czarnego Stawu Gąsienicowego, a stamtąd do „Murowańca” (1500 m n.p.m) jest już tylko 20 minut drogi. Krótki ale bardzo szczególny to odcinek. Tu 8 lutego 1909 zginął przysypany lawiną na wschodnich zboczach Małego Kościelca Mieczysław Karłowicz. W miejscu tym stoi obecnie kamień – pomnik zwany Kamieniem Karłowicza z napisem: „Non omnis moriar" (nie wszystek umrę). Umieszczona na nim swastyka to ulubiony znak Karłowicza, przed drugą wojną światową popularny na Podhalu „krzyżyk niespodziany”.

    Swastyka pochodzi z Indii i przez wieki symbolizowała szczęście i pomyślność. Znak ten występuje niemal na całym świecie np. w buddyzmie, jednak w naszych kręgach geograficznych i kulturowych kojarzony jest przede wszystkim z Hitlerem i nazizmem. Symbol szczęścia i wszelkiej pomyślności zaanektowany przez hitlerowców milionom ludzi kojarzy się teraz z największym cierpieniem i ludobójstwem.

    Przechodząc obok pamiątkowej tablicy spotykamy stających tam młodych ludzi, którzy błędnie sądzą, że w dolince znajduje się „grób jakiegoś hitlerowca”. W paru zdaniach wyprowadzam ich z błędu, są zaskoczeni i nieco zażenowani. A ja zastanawiam się jak zgubne jest nasze jakże często magiczne myślenie, wiara że jakiś tam znak-symbol może nas uchronić od zła wszelkiego albo sprzyjać szczęściu. Nadajemy przedmiotom moc a tak naprawdę to siła sprawcza jest w nas. Nasze pojedyncze decyzje składają się na losy świata jak te płatki śniegu na lawinę. Czy aby na pewno tak mało od nas zależy? Może i mało a skoro jednak coś, to na pewno warto za małe co nieco wziąć odpowiedzialność.

    Jeden człowiek pociągnął za sobą prawie cały naród. Czyż to nie fenomen? Naród wychowany na poezji Goethego i Schillera, filozoficznych traktatach Nietschego i Kanta, muzyce Bacha, Beethovena czy Mendelssohna, malarstwie Dürera, mający wśród swoich przodków Gutenberga i twórcę protestantyzmu Lutra czy wybitnego naukowca Rentgena daje porwać się ideologii człowieka bez matury, za to z rozbuchanym ego i na dodatek, jakby nie było obcokrajowca - Hitlera, który przecież był Austriakiem aż do 36 roku życia. Jak do tego doszło? I co ukształtowało jego psychikę? Przecież nie jedno zdarzenie. Pewnie setki drobnych zaniechań lub uchybień, takich niby niewiele znaczących drobiazgów, ledwo co zauważalnych i tak subtelnych, że z pozoru nieistotnych… Czy tak rodzą się szaleństwa? Czy na pewno nie dało się im zapobiec? Na nie wiele mam wpływ ale na to co mam, to nie odpuszczam.

    A może w podobny sposób umierają wielkie miłości? Wcale nie nagle i wcale nie z powodu wielkich spraw a właśnie przez takie codzienne, drobne zaniedbania i brak wdzięczności? "Nie o górę się potkniesz, a o kamień" - mówi stare przysłowie. Ale jeśli z tych drobnych kamyczków usypie się górka to nie dość, że potykać się będziesz raz po raz, to jeszcze istnieje zagrożenie, że stracisz z pola widzenia to co istotne albo nawet najistotniejsze…

    Nie wiem czy to miejsce czy ta pogoda ale cały dzień rozliczam się w myślach z przeszłością. Mój nastrój jest kompatybilny z otaczającą mnie przyrodą. Po co ludzie chodzą w góry?

    Po co ja chodzę? Właśnie dla takich chwil. Tu wracam do swoich źródeł, nabieram dystansu i uzyskuję wgląd w siebie, w swoje prawdziwe uczucia i myśli, odzyskuję wewnętrzną wolność, które dają mi potem siłę na codzienność i doświadczanie jej w całym swym pięknie. Bo przecież ta nasza codzienność pęcznieje od piękna i dobra. Dzień po dniu daruję miłość moim dzieciom właśnie w tych prostych, banalnych czynnościach: pyszny obiad, czyste ubrania, pocałunek, uśmiech, bajka przeczytana po południu, jazda na sankach a przede wszystkim uważna i mądra obecność z milionem drobiazgów.

    Nawet nie wiem kiedy nastaje wieczór. Dzielimy się wrażeniami i posiadanymi pysznościami. Skończyły się „krzyżówki zwierciadlane” a śniegu już nie przybywa. Czy uda nam się jutro wejść na Przełęcz Krzyżne? Zbyszek troszkę żałuje, że tak szybko się poddał i nie wszedł na Karb ale my i tak jesteśmy z niego dumni.

    Trzeciego dnia naszego pobytu w Tatrach wita nas słoneczny poranek. Fotografujemy się pod drzwiami schroniska w najdziwniejszych pozach. Ha! To wspaniałe mieć w sobie zdolność do zabawy!- myślę z szacunkiem o moich kompanach. „Oceniasz!”- drze się na mnie mój wewnętrzny krytyk. „No to co?!”- odpowiadam mu. –„Nie jestem doskonała. A poza tym pozytywne oceny są przyjemne"- usprawiedliwiam się.

    Z tą świadomością lekko mi i dobrze mi. Nasza grupa i tym razem dzieli się na podzespoły. Jedni szybko mkną przed siebie, inni (Zbyszek, Marek i ja) wolno zmierzają do celu. Cele też mamy istotnie różne. Nie dochodzimy do przełęczy, zatrzymujemy się niespełna kwadrans przed szczytem. Schodzący z góry, choć z uśmiechami na twarzy to jednak lekko zawiedzeni informują nas, że widoków „nima”. Nagradzamy ich trud wygrzebanymi spod śniegu owocami żurawiny. Są lekko gorzkie i jednocześnie mocno słodkie i niebywale czerwone. Czerwony Staw Pańszczycki nie był czerwony. Pleurocapsa aurantica (jak przystało na sinicę) nadała mu nomen omen siny kolor. Wracamy. Najpierw do schroniska aby wzmocnić się gorącym posiłkiem a potem, znów w ciemnościach nocy, do Zakopanego a potem każdy w swoją stronę, do siebie. A potem… Potem?

    W drodze powrotnej, jak na prawdziwego dżentelmena i zawodowego kierowcę wszystkiego co jeździ (za wyjątkiem amfibii) przystało, Zbyszek proponuje, że poprowadzi moje auto. Całą drogę z nieba leją się strugi deszczu, szosą płynie istna rzeka. Kiedy jesteśmy już na miejscu Zbyszek bardzo mnie prosi abym bez zwłoki następnego dnia pojechała do mechanika. No to jadę, a ten aż oniemiał z wrażenia. Mam założone dwie letnie opony a dwie zimowe na dodatek na opak, bo zamiast odprowadzać wodę to ją ściągają pod auto.

    Kiedy czekam aż specjalista zmieni mi koła, słucham niejako z przymusu muzyki w radiu. No… niby wiem, że mi słuchać nie wolno, bo właściciel warsztatu nie zapłacił za moje słuchanie, ale jak tu nie słuchać? W radiu puścili stary (i to jak!) przebój śpiewany przez Anitę Lipnicką. Biorę to sobie za znak z nieba. Tego nieba, z którego teraz dżdży, siąpi i leje.

    „Ona ma siłę
    Nie wiesz jak wielką
    Umierała długo
    Teraz rodzi się lekko”

    Podoba mi się ta... wróżba. Z wyjścia w góry zostały mi jeszcze cukierki „Nim2”. Do dzisiaj kojarzą mi się z największą słodyczą.

    Dorota 2011-07-17

    Podziel się z innymi swoją opinią...