Wokół Morskiego Oka
29 maja 2011

W niedzielny, deszczowy poranek wybraliśmy się na wielopokoleniową wycieczkę do Morskiego Oka. Na samym wstępie dokonaliśmy podziału grupy i dzięki temu mogło powstać to zdjęcie.

Za Polaną Włosienica znów spotykamy się w pełnym gronie. Junior podpatruje modną ostatnio technikę nordic walking...

Gdy przy Schronisku zjadamy drugie śniadanie przyłącza się do naszej grupy sympatyczna orzechówka. Podfruwa prawie na wyciągnięcie ręki i przez kilka minut bacznie się nam przygląda. Wykorzystujemy zatem okazję i portretujemy ptaka.

Szara deszczowa aura wielu zniechęca do górskich wycieczek - stąd nad brzegiem nie ma prawie nikogo. Z nami jest wręcz przeciwnie, bo góry w deszczu i mgle są dzikie i puste a kolory na zdjęciach bardziej nasycone. Jest cicho i pięknie...

W zaułku przy kapliczce Matki Bożej od Szczęśliwych Powrotów.

Mati prezentuje jeden z wielkiej kolekcji górskich kijów...

Niskie loty

Po godzinie docieramy do rozstaju szlaków. Tu zapada decyzja o następnym podziale: Seniorzy wędrują dalej brzegiem jeziora, a my we trójkę udajemy się w górę. Tam spowity gęstą mgłą czeka na nas Czarny Staw pod Rysami...

Jeszcze tylko wspólne zdjęcie na Szerokim Piargu...

Mateusz próbuje załapać się na "taksówkę" by oszczędzić nieco podeszwy swoich butów.

Podejście jest strome (kto był, ten wie) ale cóż to dla nas? Już po pół godzinie zdyszani stajemy na progu Czarnego Stawu. Tak jak przewidywaliśmy wszystko przykrywa nieprzenikniona szarość!

Tam za nami jest Czarny Staw :-)

Tatrzańska trzynoga.

Przeprawa przez rwący nurt Czarnostawiańskiej Siklawy.

Jaskółka i Wróbelek.

W dole chmura rzednie i zaczyna pokazywać się tafla Morskiego Oka. Postanawiamy poczekać trochę, a nuż wyjdzie słońce?

Mati swoim wielofunkyjnym narzędziem rozpędza chmury...

Z Mamą nawet na skraju przepaści mogę się czuć bezpiecznie.
Moja Mama to najlepszy Anioł!

Nadszedł czas powrotu. Wcale nam nieśpieszno bo pogoda rzeczywiście poprawia się z każdą chwilą.

Po drodze mijamy często w tych okolicach rosnące limby. Limba jest gatunkiem sosny zasiedlającym jedynie Alpy i niewielkie fragmenty Karpat. Jest bardzo wolno rosnącym drzewm: 30-letni, dziko rosnący okaz mierzy około 130 cm. Ciekawostką jest, że nasiona limb są przysmakiem orzechówek (ten sympatyczny ptak z trzeciego zdjęcia od góry). Orzechówka potrafi w ciagu roku zebrać nawet 25000 nasion! Jednak nie zjada ich od razu, tylko zakopuje w ziemi na zapas. Dzięki temu młode limby pojawiają się daleko od swoich rodziców...

Gdy stajemy nad Mokiem ukazuje się błękit nieba. A jednak!
Jaka szkoda że jesteśmy już na dole...

Słońce wygodnie rozsiadło się na Przełęczy pod Chłopkiem. Pewnie jest tam teraz jedynym gościem...

Kilka chwil później również Czarny Staw Podrysiański opuszczaja mgły. No cóż? Jesteśmy już zbyt daleko żeby zawrócić...

Po przekątnej jeziora rysuje się Schronisko, a toń wody niezmącona najlżejszym powiewem wydaje się taflą lustra.

Delikatne wieczorne światło w połączeniu z koronkowymi strzępami obłoków dodają górskim pejzażom impresjonistycznych smaczków...

Trzech Mięguszowieckich Braci dumnie wznosi czoła ku zachodzącemu słońcu.
Czas brać nogi za pas bo przecież przed nami jeszcze 9 kilometrów asfaltu!

Ostatnie spojrzenie na okolice Czarnego Stawu który dziś nie był nawet szary. Gdzies w białej masie chmury po lewej stronie skrywają się Rysy.

No i doczekaliśmy się: na kilka minut chmura opada odsłaniając wierzchołek Rysów i Wołowej Turni...

W Schronisku już pusto ale nie rozsiadamy się jedynie pzrez chwilę podziwiamy panoramę z Mięguszami.
Parę minut po dziewiętnastej zaczynamy zejście do Palenicy Białczańskiej.

Za zakrętem kilkadziesiąt metrów od schroniska spotyka nas jeszcze jedna niespodzianka: z lasu wychodzą jelenie. Nic a nic nie robią sobie z naszej obecności i spokojnie przechodzą przed nami na drugą stronę drogi. Doliczyliśmy się aż siedmiu sztuk!

Na Polanie Włosienica po raz ostatni tego dnia spoglądamy na Przełęcz pod Chłopkiem a potem dajemy nura w gęsty smrekowy regiel. Światła jest już niewiele a kamienie oślizłe, więc idzie się trudno. Zastanawiamy sie gdzie też przebywają teraz rodzice Dorotki z którymi już od kilku godzin nie mamy żadnego kontaktu. Oj, żebyśmy tylko zdążyli się znaleźć i dojść do parkingu zanim pochłonie nas czarna noc.

Odnajdujemy się mniej więcej w połowie drogi. Mrok gęstnieje z każdą chwilą...

Kwadrans przed dziewiątą mijamy Wodogrzmoty Mickiewicza. Do naszego auta (jednego z kilku ostatnich które do tej pory czekają na swoich właścicieli) docieramy o pół do dziesiątej zmęczeni i szczęśliwi.

Podziel się z innymi swoją opinią...