Munții Făgărașului
8-9 sierpnia 2009
W góry Fagaraskie przyjechaliśmy 50-osobową grupą z rzeszowskim PTTK-iem. Za sobą mamy już Piatra Craiului, Bucegi, Piatra Mare i Ciucaş. Ostatni w tej wycieczce, dwudniowy trekking rozpoczynamy w miejscowości Sâmbãta de Sus, a dokładnie od parkingu pod monastyrem Brâncoveanu (alt.670m). Pogoda zapowiada się znakomicie i choć jesteśmy już zmęczeni poprzednimi trasami, to perspektywa spędzenia nocy w namiocie na wysokości prawie dwóch tysięcy metrów dodaje nam skrzydeł.
Początkowo szlak poprowadzony jest doliną Sambetei wzdłuż szerokiego potoku. Powietrze gęste jest od woni kwiatów i liści, po plecach ciekną strużki potu a nad naszymi głowami latają roje much. Poza przewodnikiem nikt nie wie jak daleko jeszcze...
Po niecałych trzech godzinach docieramy do Cabana Valea Sambetei (alt.1400m). Schronisko położone jest tuż ponad górną granicą lasu i jest dobrą bazą wypadową w kierunku masywów Moldoveanu lub Dara. Z okolic schroniska zwykle otwiera się piękny widok na Balaceni Colt (alt.2196m) zwany rumuńskim Matternhornem. Choć jeszcze rano świeciło ostre słońce, to kiedy stajemy u drzwi cabany w południowej części nieboskłonu zaczynają kłębić się chmury. Balaceni Colt pozostaje za ich szczelną zasłoną.
Wnętrze schroniska świeci pustkami. Poza nami nie ma tu NIKOGO. Dopiero po jakimś czasie zjawia się gospodarz i otwiera kuchnię. Zostajemy tu na posiłek.
Na zdjęciu powyżej: wnętrze kuchni. Menu (stan na 2009 rok, w nawiasach ceny w lei) oferuje:
omlet(7), zupa fasolowa(8), zupa ziemniaczana(8), mamałyga z serem i śmietaną(10), tłuczone ziemniaki z kiełbasą(10),
frytki(8), surówka z kapusty(5), surówka z ogórków(5), surówka z pomidorów(5), porcja chleba(2),
kawa parzona(5), gorąca czekolada(4), cappucino(4),
piwo duże(8), wódka 100ml(9), rakija 100ml(8) rum 100ml(5), wino 750ml(25), grzane wino(5),
sok(6), herbata(3).
Cabana oferuje kilkadziesiąt miejsc noclegowych; niestety nie dopatrzyliśmy się łóżek. My tym razem nie skorzystamy z jego gościnnych progów bo czas ruszać w góry...
Zabudowania gospodarcze. Tu mieszka kilka osłów, które prawdopodobnie dostarczają zaopatrzenie do cabany. Teraz osły spokojnie pasą się na pobliskiej łączce, czasem również pozując do zdjęć.
Żegnani przez symatycznego kłapoucha ruszamy w kierunku Fereastra Mare a Simbetei (alt.2188). Przed nami około dwóch godzin wędrówki w coraz to trudniejszym terenie.
Szlak wznosi się ostro pod górę. Ciężkie plecaki (namioty, woda i prowiant na dwa dni) wrzynają się w ramiona. Widoków nie ma prawie żadnych, za to jest głęboki cień, bo wędrujemy północnym zboczem o dużym nachyleniu. Jedynym urozmaiceniem są zagony żółtych omiegów.
Na przełęczy Fereastra Mare a Simbetei (alt.2188m). Pogoda się poprawia a widoki roztaczające się w kierunku południowym i wschodnim zapierają dech w piersiach. Na zdjęciu powyżej Vârful Cheia Bindei (alt.2383m)
Na przełęczy Fereastra Mare a Sămbetei - widok na południe wzdłuż Valea Rea, w głębi Muntele Preotesele.
Ruszamy w stronę Gălăşescu Mic. Na zdjęciu powyżej ponad płaską, trawiastą przełęczą Fereastra Mare króluje masyw Dara (alt.2501m)
Na wierzchołku Vârful Gălăşescu Mic (alt.2398m) ukazuje się nam reszta dzisiejszej trasy. Moldoveanu na razie schowany w gęstych chmurach.
Wdrapaliśmy się na Gălăşescu Mare (alt.2471m). W promieniach popołudniowego słońca po raz pierwszy ukazuje się nam Moldoveanu i Viştea Mare (na ostatnim planie).
Przełęcz pomiędzy Gălăşescu Mare a Vârful Galbenele - widok z zachodnich zboczy Gălăşescu. Na lewo od tej przełęczy w obniżeniu nad Lacul Gălăşescu rozbijemy nasz dzisiejszy obóz. Saua Gălăşescu będzie też miejscem gdzie za kilkanaście godzin będę oczekiwał na wschód słońca.
Powyżej: Vârful Galbenele, zaś na zdjęciu poniżej: okolice Lacul Gălăşescu.
Pośpiesznie, bo w cieniu błyskawicznie robi się zimno rozbijamy nasze namioty. Gdy mój namiot już jest gotowy rozwieszam w pobliżu biało-czerwoną flagę. Większośc grupy gromadzi się nad wodą by wspólnie pośpiewać, ja zaś kładę się wcześniej spać, bo w planach mam wyjście na wschód słońca. Proponowałem udział w tej eskapadzie kilku innym osobom, lecz nikt nie wyraził entuzjazmu. W ostatniej prawie chwili akces zgłosiła Magda i jej brat. Pójdziemy zatem we trójkę.
Według moich obliczeń słońce powinno pojawić się na nieboskłonie około godziny 4.30. Na przełęcz nie jest daleko, ale w obcym terenie w zupełnych ciemnościach na pewno nie będzie łatwo, zatem na dojście przeznaczam całą godzinę. Mam nadzieję, że to wystarczy. Budzik nastawiam na 3.00
Dzwoni budzik. Szybko wciągam na siebie wszystkie bluzy i polary jakie mam i idę budzić moich kompanów. Okazuje się jednak, że zgezygnowali. Trudno, pójdę sam. Zakładam czołówkę i ruszam w górę. Nade mną gwiazdy iskrzą niczym zmrożony śnieg. Zimno jak diabli! Wspinam się po śliskim trawiastym zboczu. Kiedy pokonuję mniej więcej połowę dzielącego mnie od przełęczy dystansu, pojawia się mgła a gwiazdy nikną. Czyżby chmury? Jak to tak? Nie będzie nic widać?
Mimo wszystko idę dalej. Okazuje się, że na przełęczy staję już o 3.45. Pozostaje jeszcze prawie godzina do świtu. Czekam. Po kilkunastu minutach światło latarki zaczyna szybko przygasać. Okazuje się, że akumulatory są prawie wyczerpane. Gaszę latarkę by zachować resztki energii na oświetlanie aparatu przy fotografowaniu. Zapada nieprzenikniona ciemność. W skalnych szczelinach wyje wicher a nisko nad horyzontem niczym oko Draculi połyskuje gwiazda poranna. Zimno daje się we znaki, więc chowam się pod skalnym nawisem i czekam.
Po pół godzinie niebo na wschodzie zaczyna blednąć, a chmury jak ręką odjął ustępują i na niebie rozbłyska Wielka Niedźwiedzica. W dole wesoło mrugają światła podgórskich miasteczek.
Minęła już godzina, niebo wciąż blednie i blednie, a słońca jak nie było tak nie ma :-(
Godzina 4.55 - słońce już jest. Niestety dość szczelnie przykrywają go chmury. Ot, taki to był niezbyt ciekawy wschód słońca. Zwijam manele i zsuwam się ku obozowisku.
Korzystając z okazji i mnóstwa wolnego czasu który pozostał do tzw. pobudki, ustawiam statyw i fotografuję 180° panoramę w kierunku zachodnim. Potem kiedy będziemy szli grupą może nie być już czasu na takie ekstrawagancje.
Tak wygladało nasze obozowisko z góry. Chyba tylko ja jeden mogłem je w ten sposób zobaczyć.
O ósmej wyruszamy w dalszą drogę w stronę Vârful Hârtopul Ursului (alt.2461m). Ostanie spojrzenie do tyłu na gościnne okolice Lacul Gălăşescu.
Na stokach Vârful Hârtopul Ursului spotkamy pasterza bez owiec. Stoi obok szlaku przypatrując się nam w milczeniu. Ktoś podaje mu połowę chleba. Bierze. Dziękuje. Uśmiecha się. Nadal patrzy nieobecnym wzrokiem. Pobrzękiwanie owczych dzwonków dobiega z gęstej chmury otulającej szczelnie wierzchołek Ursului. Chwilę później spotykamy pasterskiego owczarka.
Górna część doliny Valea Rea. W okolicach schronu Vistea Mare spotykamy dwójkę biwakujących tam gdynian. W prawym, dolnym rogu zdjęcia widać fragment Iezerul Triunghiular.
Podejście pod Viştea Mare jest bardzo wyczerpujące. Na zdjęciu powyżej szeroka gardziel Valea Vistei i Vârful Hârtopul Ursului.
Portita Vistei.
180° panorama ze wschodnich stoków Viştea Mare.
Stajemy na wierzchołku Viştea Mare (alt.2527m). Od najwyższego szczytu Rumunii dzieli nas jeszcze kwadrans drogi i kilkanaście metrów przewyższenia. Dookoła kłębią się chmury przeganiane porywistymi podmuchami wiatru. Sceneria zmienia się co kilka chwil. Niektórzy z nas zostawiają tu plecaki i na pusto idą na Moldoveanu.
Grzbiet Muntele Picuiata - widok z Viştea Mare.
Moldoveanu zdobyty!
180° panorama z wierzchołka Moldoveanu w kierunku wschodnim. W centrum kadru jezioro Triunghiular.
Portita Vistei - widok z Viştea Mare.
180° panorama z Vârful Viştea Mare w kierunku zachodnim. W centralnej części zdjęcia widać szlak którym za chwilę zmierzać będziemy w stronę Vâful Ucişoara (alt.2390m). Po krótkim odpoczynku kontynuujemy marsz w kieunku Balea Lac, gdzie o dziewiętnastej ma po nas przyjechać autokar. Chyba nikt poza przewodnikiem nie wie ile mamy drogi przed sobą...
Na przełęczy Şaua Orzanelei.
Vârful Târâta - widok od strony zachodniej.
W okolicach przełęczy Şaua Podragului.
Na przełęczy Fereastra Podagrului - w centrum kadru Vârful Târâta (alt.2419m) a za nim Viştea Mare i Moldoveanu.
Prawdę mówiąc kiedy podchodziłem pod Vf. Târâta miałem cichą nadzieję, że niebawem ujrzę (przynajmniej z daleka) cel naszej wędrówki. Okazało się, że zobaczyliśmy tylko Vf.Mircii i Vf.Arpasul Mare (w centrum kadru) oraz Vf.Podragu (po prawej). Od Arpasul Mare dzieliło nas jeszcze sporo drogi. Kika osób było już mocno zmęczonych upałem i monotonią szlaku.
Dopóki tu i ówdzie kłębiły się mgły, a nad przełęczami przetaczały się niskie kłębiaste chmury było na co popatrzeć. Teraz w południowym, wysokim i płaskim oświetleniu góry te po prostu mnie nużą. Rozległe płaszczyzny pokryte jednostajnie zieloną trawą są bardzo monotonne. Kwiatów, których o tej porze roku nie brakuje na leżących niewiele niżej Czerwonych Wierchach tu nie ma prawie wogóle. Jakże daleko Fagaraszom do upstrzonych kosodrzewiną i skałami Tatr czy Pirynu!
Na przełęczy Fereastra Podagrului - widok na południe.
Vârful Podagru został w tyle. W tyle zostało jeszcze kilka osób ale większość jest daleko z przodu.
Nareszcie docieram do jeziora Lacul Podul Giurgiului. Jako jeden z ostatnich. Prawie cała grupa rozłożyła się na jego północnym brzegu i odpoczywa. Niektórzy się posilają, inni opalają. Padam ze zmęczenia. Już nie cieszą mnie żadne widoki. Chcę tylko wiedzieć jak daleko jeszcze?
Zdjęcia robię automatycznie. Po prostu tak już mam, że ZAWSZE dokumentuję. Tak na wszelki wypadek.
Przewodnik na pytanie "jak daleko jeszcze?" odpowiadał, że już całkiem niedaleko, że jeszcze dwie duże góry i zobaczymy Balea Lac. Dziś wiem, że nie chciał nas straszyć, ale tak naprawdę to w tym miejscu była DOPIERO POŁOWA drogi!
Kawałek dalej za niewielkim garbem odkrywam złoża żelazonośne. Widać wszyscy tu biesiadują. Jak dobrze, że nie ma plastikowych konserw!
Wreszcie przewodnikowi udało się poderwać stado i ruszyliśmy cholernie stromym (jak dziś o tym myślę to mi ciary po plerach nieśpiesznie pełzają) zboczem Vârful Mircii. Przewyższenia niby tylko dwieście metrów, ale na dość krótkim dystansie. Na dodatek słońce i plecaki dają się we znaki.
Na wierzchołek Vf. Mircii (alt 2470m) nie wdrapujemy się na szczęście. Szlak zmierzając ku Arpaşu Mare (alt.2468m) trawersuje szczyt od południa.
180° panorama z wierzchołka Arpaşu Mare w kierunku południowym. W centrum kadru Vârful Buda.
Wreszcie zaczyna robić się ciekawie. Między Arpaşu Mare a Arpaşu Mic szlak kluczy pomiędzy sterczącymi z grani niewielkimi skałkami. Pięknie tu, ale nie cieszy mnie to wcale a wcale. Zmęczenie góruje ponad wszystkim. Mam dosyć!
Grań jest owszem eksponowana ale niezbyt trudna. Na horyzoncie Arpaşu Mic (alt.2461m).
Jezioro Lacul Buda położone na wysokości 2066 m n.p.m. - widok ze szczytu Arpaşu Mic.
Na zachodzie przybywa chmur. Przed nami nad przełęczą Fereastra Zmeilor pokazuje się postrzępiona grzywa Vârful Fantana (alt.2375m).
Valea Arpăşelului.
Rozpoczynamy przejście przez najtrudniejszy dziś fragment szlaku. Miejsce to zwie się "La trei pasi de moarte" (trzy kroki od śmierci).
Odcinek ten jest ubezpieczony stalowymi linami i łańcuchami. Nie zawsze są one pewnie zamocowane, zatem przed użyciem należy wstrząsnąć :-)
"Trzy kroki od śmierci" widziane z daleka wydają się przesadzone. Z bliska jednak sprawa wygląda nieco inaczej: skała jest miejscami mocno wyślizgana, a o wystające kamienie łatwo zahaczyc plecakiem i upaść. Może zatem coś w tej nazwie jest?
Dopiero w tych okolicach pojawiają się inne niż trawa rośliny. Wtedy bardzo dziwiłem się temu. Dziś wiem, że winne tego stanu rzeczy są owce.
Fragment grani "Trzy kroki..." - lina miejscami jest poprzecierana, więc rękawiczki w tych warunkach są bardzo wskazane!
W okolicach przełęczy Portița Arpaşului - na horyzoncie charakterystyczny wierzchołek Vârful Muşeteica.
Minęła juz dziesiąta godzina marszu. Mam tych Fogaraszy wyżej uszu!
3/4 grupy, na czele z przewodnikiem pomknęło hen do przodu. My, pozostali wleczemy się za nimi w coraz to większej odległości. Zdjęcia robię już coraz rzadziej, bo prostu mi się już nic nie chce, zaś w myślach układam sobie plan zemsty na organizatorach.
Ukazuje się nam kolejny szczyt: Vf. Iezerul Caprei (alt.2417m). Oby tylko nie poprowadzono tam szlaku. Niech to się wreszcie skończy!
Wdrapaliśmy się na kolejne wzniesienie: to Vf. Capra. Na szczęście szlak trawersuje wierzchołek, zaś przed nami otwiera się...
...niesamowity widok na Trasę Transfogaraską! Dwa lata później miałem przyjemność podróżować tą drogą samochodem. Przeżycie niezapomniane. Dla frajdy prowadzenia auta po tej drodze warto tu przyjechać.
W promieniach zachodzącego słońca pejzaże górskie mają w sobie coś mistycznego. Najchętniej zostałbym tu do zachodu słońca, ale przecież jestem częścią GRUPY. Przyrzekam sobie: nigdy więcej takich "zbiorówek"!
Zaciskam zęby i mijając granatową toń jeziora Caprei resztkami sił wlokę się na kolejną przełęcz. Diabli tylko wiedzą jak daleko jeszcze :-(
Hurrra! Jesteśmy uratowani. Stoimy na OSTATNIEJ przełęczy (Şaua Caprei alt.2249m). Teraz jeszcze tylko dwieście metrów w dół i będzie można usiąść.
WOW!
Jakie odlotowe schronisko!
Jest godzina 19.30 kiedy wraz z pięcioma innymi osobami jako ostatni docieramy do autokaru. Tu czeka nas niespodzianka: większość czekających jest oburzona naszym (prawie godzinnym w stosunku do liderów) spóźnieniem i nie kryje swego niezadowolenia.
No cóż? Na sam koniec wycieczki prysła solidarność i miła atmosfera która nas w górach łączyła.
W schronisku Balea Cascada które nie tylko z zewnątrz wygląda jak hotel górski, zostajemy na nocleg a rankiem wyjeżdzamy do Polski. Teraz już wiem, że po górach najlepiej wędrować we dwie lub cztery osoby.
tu warto zajrzeć:

Podziel się z innymi swoją opinią...