Wokół mełnickich piramid

Mełnik - najmniejsze z bułgarskich miasteczek liczy zaledwie 250 mieszkańców. Wizytę w nim zostawiliśmy sobie, dość nieroztropnie, na ostatni dzień naszego pobytu w Bułgarii. Ściągnęły nas tu wcale nie wyśmienite wina, z których słynie Mełnik, ani unikalne zabytki z przełomu XVIII i XIX w., lecz niezwykłe formy skalne jego okolic.

Bansko - Mełnik

czyli droga przez mękę

Niewiele brakowało a wcale byśmy tu nie dotarli. Zaczęło się całkiem niewinnie za to całkiem w naszym stylu. Otóż nabywszy drogą kupna (w sklepie PODRÓŻNIK) rzekomo najaktualniejszą mapę Bułgarii, po wnikliwym przestudiowaniu najdogodniejszej drogi dojazdu do miasteczka z Pirynu zdecydowaliśmy się podróżować bezimienną drogą, według mapy najkrótszą i najciekawszą trasą. I ZAISTE tak było. Była najkrótsza i najdłuższa zarazem. 117 km (drogami nr 19 i 198 byłoby 110 km; nasza najnowsza mapa pokazywała, że obrana przez nas trasa jest trzy razy krótsza) jechaliśmy 7 godzin z czego połowę w tempie 5 do 10 km/godzinę… a co przeżyliśmy, a co widzieliśmy!!!
-Fajnie, że mamy terenówkę (tę renówkę) - skwitował to na koniec Marek.

Droga ta oznaczona była na mapie jako droga powiatowa! O zgrozo! Nawet w zapomnianych przez Boga i ludzi odległych zakamarkach Rumunii nie jechaliśmy taaaaaaakimi drogami.

Początkowo zapowiadała się całkiem nieźle. Drogę nr 19 opuściliśmy w miejscowości Dobriniste kierując sie w prawo w stronę schroniska Goce Delchev. Wprawdzie po nocnej burzy na drodze leżało mnóstwo szlamu, drobnych kamieni, sterty drobnych gałązek i liści ale był asfalt. Po przejechaniu jakichś 35 km byliśmy przekonani, że najgorsze mamy już za sobą. Ale przecież powszechnie wiadomo, że nigdy nie jest tak źle aby gorzej być nie mogło. A skoro może to… czasem bywa. Było! Po kolejnych kilometrach każdy następny był bardziej ekstremalny: skalne zbocze zsunęło się na drogę zostawiając zaledwie wąski przesmyk drogi nad przepaścią. Co gorsza zbocze zsuwało się nadal. Ale mając w pamięci to, co było już za nami za nic nie chcieliśmy wracać tą samą drogą. Woda wypłukała w drodze tak głębokie doły, że każdą napotkaną kałużę badałam z wszystkich stron kijkiem trekingowym (ma miarkę w centymetrach) a potem pilotowałam (leżąc na drodze) kiedy i ile centymetrów ma Marek skręcić w lewo lub w prawo a potem znów w lewo… na wprost nie dało się jechać.

Kiedy już wydawało się nam, że dojeżdżamy do Breznitsy wcale lepiej nie było. Zamiast dołów wypełnionych gliniastą mazią i mętną wodą pojawiły się twarde, o zmiennej szerokości i zaskakującej zmienności pasma podłużnych bruzd. Na jednej utknęliśmy. Z opresji uratował nas pobożny muzułmanin. który zmierzał na motorowerze z lasu do brzezińskiego meczetu na piątkowe modły (chyba). Cudem dojechaliśmy do centrum Breznitsy jednak nie zatrzymaliśmy się w miasteczku, bo jej ulicami w kierunku meczetu żwawo sunęły tłumy kobiet i mężczyzn. Ja, sponiewierana podróżą, wyglądałam jak nieboskie stworzenie i żywiłam poważne obawy o swój los. Marek zaś niepokoił się pustym zbiornikiem paliwa. Do Banichan dojechaliśmy na resztkach gazu a potem oparach benzyny. Na stacji benzynowej patrzyli na nas jak na przybyszów z kosmosu (Marek w luźnej rozmowie z pracownikami stacji powiedział skąd przyjechaliśmy).

Po zatankowaniu obu zbiorników znów pochyliliśmy się nad mapami. O nie!!! Nasza dalsza trasa prowadziła drogą powiatową!!! Marek zaprotestował, prawie odmówił dalszej jazdy KAŻDĄ POWIATOWĄ DROGĄ!!! No ale przecież gorzej niż było już być nie mogło!!! Tym razem byłam tego absolutnie pewna. No bo niby zawsze może być gorzej niż jest, ale tym razem gorzej znaczyło tylko to, że… droga skończy się nad przepaścią. Ostrożnie i niepewnie podjęliśmy dalszą podróż w kierunku Mełnika.
Droga była niepokojąco… doskonała. Świeżo położony asfalt był równy jak blat stołu… Zbyt piękne aby mogło być prawdziwe… ech! Te mapy!!!! Trasa 198 od Gocedelchev aż do Vranya (dalej do Chuchuligova) zachwyciła nas również niesamowitymi widokami.
Jadąc w pobliżu granicy trzech państw (Macedonii, Grecji i Bułgarii) znów uciekaliśmy przed burzą. Ołowiane chmury na styku z płowym horyzontem przerażały nas tak mocno, że przemykaliśmy w pośpiechu aż do czasu kiedy uroda okolicy znów rzuciła nas na kolana.
A co tam! Niech nas zleje!
Nie zlało. Zmuszając Marka do częstych postojów obfotografowałam pejzaże z dalekim Pirynem w tle, naszabrowałam słodkich, dzikich fig, którymi zajadaliśmy się jeszcze w Polsce i cieszyłam nade wszystko, że pomimo niesprzyjających okoliczności jedziemy jednak do Mełnika. Wkrótce i Marek podzielał moją radość. Melnickie skałki przeszły nasze oczekiwania.
Było coś wzruszającego w ukwieconych balkonach nader skromnie wyglądających domów w mijanych po drodze wioskach.

Spacer po mieście

Do Mełnika dotarliśmy późnym popołudniem. Po zakwaterowaniu się w pensjonacie i szybkiej toalecie natychmiast wybraliśmy się zwiedzić miasteczko. Urzekły nas kilkusetletnie platany i klimatyczne knajpki. Jeden z platanów liczy sobie 800 lat a kilka młodszych szacuje się na 500-letnie. Kupiliśmy w miejscowej piwniczce kilka butelek oryginalnego, melnickiego wina po czym wybraliśmy się nawet na spacer wzdłuż wyschniętego koryta potoku w kierunku granic miasta nie po raz pierwszy ulegając czarowi melnickich piramyd. Wkrótce dotarliśmy poza obręb zabudowań na ścieżkę wiodącą w kierunku Rożeńskiego Monastyru Narodzenia Matki Bożej. Niestety było już za późno na dalszą wędrówkę.

Wino, pite na chłodnym, kamiennym tarasie pośród kwitnących oleandrów, smakowało nam wybornie. Około północy zaczął siąpić drobny deszcz. Z lekkim niepokojem ułożyliśmy się do snu lecz podjęliśmy mocne postanowienie, że bez względu na pogodę idziemy jutro z bliska przyjrzeć się piaszczystym piramidom. Te niezwykłe formy skalne powstały w wyniku działalności płynącej wody, która wyrzeźbiła strome kaniony, wąskie iglice, monumentalne piramidy i grzyby skalne.

Wokół mełnickich piramid

Poranek przywitał nas lepkim od wilgoci powietrzem i szarym niebem. Trudno… szkoda… przykro, że tak… ale idziemy. Maszerując wąwozem pomiędzy piaszczystymi, wymyślnymi formami skalnymi szybko zapominamy o brzydkiej pogodzie. Ukazujące się nam co chwilkę nowe pejzaże wynagradzają nam nieprzyjemną wilgoć. Nim dotarliśmy na szczyt wzniesienia, z którego widoki są oszałamiające, słońce rozchyliło zasłonę chmur na dobre. Dziękowaliśmy sobie nawzajem za wczorajszą determinację w dotarciu do Mełnika. Marek szybko oznajmia mi, że jest to dla niego najpiękniejsze miejsce w całej Bułgarii. Pośród piramid fruwają niezliczone ilości motyli, najpiękniejszy jest zdecydowanie paź królowej, za którym uganiałam się w Bucegach. Tu, bez trudu, pozwala się sfotografować.

Właściwie droga zachęca do dalszej wędrówki ale musimy odmówić sobie tej przyjemności. Chcąc zwiedzić jeszcze Monastyr Rożeński musimy wrócić szybko do Mełnika. Zwlekamy z opuszczeniem tego urokliwego miejsca ale wreszcie zwycięża rozsądek, schodzimy szybko do miasteczka, gdzie u przemiłej Bułgarki o imieniu Ivanka kupujemy podarunki dla najbliższych: obrusy, gliniane naczynia bogato zdobione według bułgarskiej tradycji, trachun (coś podobnego do masła orzechowego ale zrobione z nasion sosny; sprzedawca proponuje abyśmy ów specjał zmieszali w proporcji 1:1 z miodem i używali do smarowania pieczywa) - miejscowy specjał, i żegnamy gościnny Mełnik.

Rożeński monastyr

Jadąc do Rożena także zatrzymujemy się dość często bo niełatwo zignorować widok przepięknych skalnych formacji. Kiedy dojeżdżamy do centrum z nieba leje się już żar. Monastyr Rożeński jest największym monastyrem w Pirynie, jego początki sięgają roku 890. Inne fragmenty budowli datowane są na XIII wiek. Niektóre z XVI- wiecznych fresków dochowały się do dziś. Pierwsze pisemne źródła o istnieniu klasztoru pochodzącą z 1551roku, jest to krótka notatka na śpiewniku, który obecnie znajduje się w bibliotece Wielkiej Ławry na Górze Athos (górzysty półwysep w Grecji nazywany od stuleci Ogrodem Bogurodzicy lub sercem prawosławnego chrześcijaństwa. To republika dwóch tysięcy mnichów. Kobiety nie mają tu wstępu [dotyczy to również zwierząt] zaś męska część turystów chcąc dostać się na Athos, musi uzyskać zgodę przedstawicieli największych klasztorów. Ciekawostka jest to, że w ciągu doby zaledwie 10 osób nie wyznających prawosławia może przebywać na Athos. Ponadto obowiązuje całkowity zakaz posiadania sprzętu fotograficznego). Wewnątrz monastyru nie wolno fotografować, szanujemy zarówno decyzję władz jak i świętość tego miejsca więc bez bólu godzimy na ten fakt. Są jednak tacy, którzy po kryjomu usiłują coś sfotografować i wtedy doświadczam jak bardzo może przeszkadzać to w skupieniu modlących się tam osób.

W przyklasztornej furcie znajduje się sklep z pamiątkami. Kupujemy ikonę i przewodnik po Bułgarii w domu okazuje się nie wiadomo czemu, że w wersji francuskojęzycznej. Mam wielki niedosyt tego miejsca, oboje chętnie zostalibyśmy tu jeszcze co najmniej na kilka godzin. Ale to ostatni dzień naszego pobytu w Bułgarii, właśnie wyjeżdżamy i przed nami długa droga.

2012-08-09
Podziel się z innymi swoją opinią...