Nudnie/cudnie* było...
* - niepotrzebne skreślić

Znajomi wrócili niedawno z weekendowego pobytu w górach.
-Jak było?! Opowiadaj! - ponaglam koleżankę.
-E tam! Co tu opowiadać! Nic nadzwyczajnego - w jej głosie pobrzmiewa rozczarowanie i lekka irytacja - całkiem zwyczajnie. Nudno było.
I po co pytałam?

Są ludzie wiecznie goniący za czymś szczególnym i niezwykłym, ludzie nieustannie nie usatysfakcjonowani tym co ich spotyka, ludzie przekonani, że ciągle coś ich omija, że najlepsze albo mają już za sobą albo jest poza nimi… (Moja koleżanka to właśnie ten ludź). Kiedy jest słoneczna pogoda to według nich jest niemiłosiernie jasno, oślepia ich blask, bolą ich oczy z nadmiaru światła. Oni wyznają zasadę, że nigdy nie jest tak źle, żeby gorzej być nie mogło. Czyli im gorzej – tym lepiej. Zawsze jest jakiś powód do narzekania a narzekanie oznacza dla nich wyrafinowany smak bo jakieś tam byle co ich nie zadawala. Ich gusta są subtelne i wymagające i mało co/kto jest w stanie sprostać ich wymaganiom. Zupa też smaczna nie jest bo albo jest za słona albo niedosolona. Kiedy zaproponujesz im aby sami sobie posolili to wtedy pojawia się problem solniczki - ma za duże albo za małe dziurki. Wszystko jest nie takie jakie być powinno. Towarzystwo takich osób może być, pomimo początkowo odczuwanej uciążliwości, bardzo rozwojowe. Dzięki mojej koleżance zaczęłam doceniać przeciętność i zwyczajność, oczarowała mnie codzienność i normalność, rozsmakowałam się w ulotnej chwili. Lubię tych wszystkich przeciętnych i szarych ludzi, którzy potrafią dostrzec urok chwili która trwa. To od nich uczę się bycia w teraźniejszości. Właściwie to lubię to wszystko czego ona nie lubi. Kiedy więc pojawiała się konieczność wspólnej rozmowy męczyłam się zwykle okrutnie nie umiejąc odnaleźć się w jej przeżywaniu świata. Jednak pewnego razu, niejako wbrew sobie, postawiłam sobie za zadanie poważnie potraktować jej słowa, zupełnie tak jakbym wierzyła w każde jej oceniające zdanie. Po wspólnie spędzonym wieczorze wiedziałam jedno: to czego oczekujemy od życia to nas spotyka. Podświadomie kreujemy rzeczywistość i naginamy ją tym sposobem do naszych potrzeb.
I wtedy nic dziwnego, że spotykają nas co rusz takie dziwne niespodzianki.

- No a wy? Co robiliście w niedzielę - pyta mąż koleżanki wchodząc do pokoju z tykwami pełnymi aromatycznej yerby.
- Byliśmy na(…) - szybko odpowiadam. Zachęcona jego dalszymi pytaniami opowiadam przez kwadrans o niesamowicie rzeźkim powietrzu, o tym jak odradza się las tętniąc życiem w zmurszałych pniach, o szerokiej gamie odcieni szaro- stalowych chmur, o rodzajach błota na szlaku, i wyładowanych bateriach w czołówce… i o błotnych lawinach, o mrówkach które mnie dotkliwie pogryzły kiedy je fotografowałam, o przemoczonych do suchej nitki skarpetach, o tym jak spałam w okularach przeciwsłonecznych… o tym jak znakomicie się bawiliśmy … jak było nam dobrze…
- My też byliśmy na (…), ale trochę wcześniej - informuje mnie mąż koleżanki - pokażę Ci zdjęcia.

Mówiąc otwiera nowiuteńki laptop a w nim album z fotografiami. Na zdjęciach widać lazurowe niebo a pojedyncze obłoki są jak wisienki na torcie. Przy tak cudnej pogodzie powietrze było przejrzyste i widać było nie tylko ostre jak żyleta Tatry ale również wszystkie okoliczne pasma górskie. Wiosenne promienie słońca grzały tak mocno, że na większości zdjęć widać ich zaledwie w podkoszulkach. A wokół śnieżno i biało.
- Nic szczególnego?- odwracam się w kierunku koleżanki z pytaniem w oczach.
Z opresji wydobywa mnie dźwięk komórki. Mam pretekst ;-) Żegnam się i wychodzę.

- Może wybierzemy się kiedyś razem - pyta/proponuje mąż koleżanki.
Przez chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią ale widząc jak szybko zmienia temat rezygnuję z ulgą. To była tylko kurtuazja. I całe szczęście. Bo ja nie chcę iść z nimi nigdzie.

A co będzie jak koleżanka to przeczyta? - odzywa się we mnie lęk przed jawną konfrontacją.

Nic nie będzie ;-) Po pierwsze to nie przeczyta bo nie czyta byle czego. Po drugie jak przeczyta to i tak nie domyśli się, że to o niej. Bo niby dlaczego miałaby się domyśleć? Przecież ona była w bardzo nieszczególnym miejscu, o którym nie warto opowiadać. A ja byłam w miejscu pełnym magi i uroku. Czyli zupełnie gdzieindziej.

I teraz na przekór wszystkim poszukującym niesamowitych wrażeń, nieprzeciętnych miejsc, egzotycznych doświadczeń, na przekór wszystkim niezadowolonym ze stanu posiadania i doświadczania opowiem o naszym popołudniowym wejściu na Małą Babią, które miało miejsce w czasie astronomicznego przedwiośnia, w pochmurny i wietrzny dzień ostatniego dnia mojego zaległego urlopu. Było tak zwyczajnie, że bardziej być nie mogło. Cudnie było.

Naszym celem jest dzisiaj Cyl. Z domu wyruszamy o 12 w południe. Dojeżdżamy do Zawoi Czatoża i zostawiamy samochód na skraju lasu nieopodal ostatnich zabudowań. Na drodze zalega błotnista maź co trochę nas niepokoi. Jak popada to samochód zapadnie się po samą karoserię! W ostatnim domu zauważamy solidny, ciężki traktor. Oznacza o, że mamy gdzie szukać pomocy (jakby co). Żółtym szlakiem wchodzimy w ciemny las i dłuższy czas idziemy wzdłuż głośnego górskiego potoku, który zagłusza szmerem nawet wiosenne świergolenie ptaków. Szlak wkrótce łączy się z czarnym, który wiedzie na Halę Kamińskiego. Czarny jest łagodny i przez to pociąga mnie bardziej. My skręcamy w lewo i przez godzinę mozolnie wspinamy się pomiędzy zwalonymi pniami drzew mając po lewej stronie wytęsknioną Babią Górę. Po około trzech kwadransach dochodzimy do czerwonego szlaku, którym skręciwszy w prawo przez pół godziny podążamy na Jałowiecką Przełęcz po to tylko, aby znowu skręcić w lewo i tym razem już szlakiem zielonym przez prawie dwie godziny, mozolnie wdrapywać się, zapadając raz po raz po pas w białym śniegu, na Małą Babią zwaną właśnie Cylem. Ależ kolorowo!

Rzecz niebywała z tym zapadaniem! Bo Marek się nie zapada i ma ten temat własną teorię aczkolwiek nie popartą żadnymi naukowymi badaniami. Niemniej wygłasza ją niczym najnowsze odkrycie survivalowe. Otóż, jego zdaniem, przed zapadaniem chroni go właściwa wobec ciężaru ciała powierzchnia stopy ( nr 46) oraz rozcapierzone zęby raków. A moja stopa jest o 9 numerów mniejsza i nie uzbrojona w raki i to jeśli nie wszystko na pewno wiele tłumaczy. Ha! Nie przekonują mnie jego argumenty. Bo przecież nieco mniejsza jestem i nawet jakby policzyć ile kg przypada na jeden centymetr kwadratowy stopy…Ech! Do dzisiaj tego nie policzyłam. Musiałabym zdradzić ile ważę a po co? Fakty działają jednak na moją niekorzyść.

Marek śmiało posuwa się do przodu a ja co chwilkę zapadam się i od tego bolą mnie już stawy biodrowe. Na szlaku mija mnie kobieta mniej więcej tej samej co i ja postury. Patrzę na nią uważnie. Kobieta się nie zapada. Natychmiast ruszam za nią stawiając dokładnie stopę w ślad za odciskiem jej buta. Trochę ją prześladuję ale ona nic sobie z tego nie robi. Po chwili mijam zdumionego Marka i gnam przed siebie ze słodką tajemnicą. Teraz stopę stawiam w pobliżu starych zapadnięć, które są oblodzone i przez to twardsze.

Jestem na szczycie kwadrans przed Markiem. Mam zatem sporo czasu na wykonanie zdjęć, z czego z radością korzystam. Pejzaże są prawie monochromatyczne, dominują w nich szarości i beże. Czerwone owoce zeszłorocznych żurawin wystające gdzieniegdzie spod brudnego śniegu natychmiast zwracają moją uwagę. Schylam się po nie i jak długa ślizgiem zjeżdżam w kierunku Słowacji. Żurawiny mają kwaśno- słodkawo-cierpki smak. Kiedy na szczycie pojawia się Marek po żurawinach zostaje tylko wspomnienie. Rozglądamy się po okolicy i widząc tylko szarą zasłonę chmur zdaje się na objaśnienia Marka gdzie co by było gdyby pogoda była mniej zawiesista.

Z Małej Babiej, po krótkim „podziwianiu okolicy”, schodzimy na Przełęcz Brona. Zajmuje nam to zaledwie kwadrans. Po tej stronie śnieg jest nieco płytszy ale ja już się nie zapadam, już mam własny sposób na omijanie przeszkód. Babia Góra z przełęczy Brona wciąż prezentuje się imponująco. Mając przed oczami bardzo strome zejście zakładam raki, które Marek zapakował przezornie do swojego plecaka. Okazały się bardzo pomocne. Stromy stok byłby dla mnie niemożliwy do przejścia bez raków. Już zapomniałam jak ostre jest to zejście/podejście. Wschód słońca na Babiej, o którym marzymy już od dawna, opracowujemy logistycznie w trakcie ostrożnego zejścia. Przy schronisku na Markowych Szczawinach jesteśmy w pół godziny i mamy już rozwiązanie. Na szczyt Babiej Góry wejdziemy przed zachodem słońca w najkrótszą noc i na szczycie opatuleni w śpiwory przeczekamy noc aż do świtu, aż do wschodu słońca.

- A wolno tak? - pytam Marka - w końcu to park…- targają mną niepewności.

Schronisko w nowej szacie widzę po raz pierwszy. Mam mieszane uczucia. Nie czuje się w nim zbyt dobrze. Sprawia na mnie wrażenie surrealistyczno-modernistycznego chłodu. Jest jednak schludne, co doceniam. Tam częstujemy się gorącym żurkiem z kiełbasą, jajkiem i ziemniakami. Przy sąsiednim stoliku siedzi samotny zwyczajny mężczyzna. Właśnie kończy zjadać nazwyczajniejszą w świecie kwaśnicę. Uśmiecha się do nas. Na pewno do nas, bo poza nami nikogo na jadalni nie ma. Odwzajemniam uśmiech i oddaje się boskiej konsumpcji. Kiedy odnosimy talerze słyszę jak w kuchni pracownicy wymieniają jego nazwisko i komentują jego himalajskie wyprawy.

Wracamy. Przed nami około półtoragodzinne zejście lasem w gęstniejącej ciemności. Przy aucie jesteśmy kiedy wokół panuje absolutna ciemność. W świetle latarki Marek zrywa pędy świeżej jeżyny dla Mateuszowych Liściaków i Patyczaka. Wracamy do domu. Uff! Co za pęd! Niemal z zegarkiem w ręku!

Auto się nie zapadło, stoi jak je postawiliśmy na skraju lasu. Marek cieszy się bo na świeżo wypucowanej karoserii zatrzymały się błociane bryzgi. Nad nami świecą miliony gwiazd. Mój organizm odurzony endorfiną (jakby nie było pochodna morfiny) dryfuje w drodze powrotnej między spełnieniem a marzeniem. Dobrze mi. Dobrze mi tak!

Dorota 2011-03-25

Podziel się z innymi swoją opinią...