- Mama poszła na Górę Śliską - poinformowała Justyna Karola, rodowitego Zakopiańczyka.
- Górę Śliską? - zdziwił się - Nie znam takiej…
- Bo to na Słowacji - dodała szybko.
- Acha… - Karol nadal nie był przekonany jednak pewność, z jaką mówiła Justysia, zbiła go z pantałyku.
Magura Spiska - Góra Śliska
odsłona pierwsza (22 maja 2012)

Pasmo Magury Spiskiej widoczne jest z wielu miejsc w górach. Przypomina rozległy płaskowyż , bez wyraźnie zaznaczonych szczytów. Mnie pociąga w nim obietnica widoków na Tatry, w których sąsiedztwie się znajduje. Wertujemy przewodniki a w szczególności „Góry Słowacji”- Barbary Zygmańskiej, która pisze w nim interesująco i barwnie o rozległych panoramach, czyli o tym, czego szukam w górach. Pomału kiełkuje w nas potrzeba wybrania się w to magiczne miejsce. Aż nadarza się po temu okazja.

To był taki bardzo szczególny dzień. Właściwie ze wszystkich tych szczególnych najszczególniejszy. Więc szczególnie zależało nam na tym, aby tę wspomnianą szczególność docenić, wyeksponować i uczcić. Uznaliśmy, że fajnie będzie jak zrobimy to w jakimś dotychczas nie poznanym miejscu. I właśnie w tym celu wybraliśmy się na Magurę Spiską. Tak rozpoczęła się nasza przygoda z Pogórzem Spiskim.

Wędrówkę zachodnim pasmem Magury Spiskiej zaczynamy na Przełęczy Przysłop. Krętym niebieskim szlakiem, który biegnie grzbietem, zmierzamy do szczytu Priehrstie ( 1209m n.p.m.) a następnie na Magurkę (1193m), Slodiczowski Wierch (1167m) i Smreczyny (1157m). Stąd schodzimy do Bachledowej Doliny.

Na pierwszej polanie z widokiem na Hawrań i Płaczliwą Skałę Marek otwiera szampana. Skoro mamy świętować, uczcić ważne dla nas wydarzenia to szampan jest konieczny - (kieliszki do szampana już nie?). Kieliszki zostały w samochodzie :-( Gapa ze mnie. Ciekawe o czym jeszcze zapomniałam?

Po godzinnym pikniku wchodzimy na szlak. Na początku trasy i na jej końcu mamy najpiękniejsze widoki, ponieważ tu znajdują się rozległe, bezleśne polany. Zarówno wierzchołek Magurki jak i Slodiczowskiego Wierchu są całkowicie zalesione. Po wschodniej stronie Magurki położone są wprawdzie duże polany, z których podziwiać można szerokie widoki, jednak my idziemy cały czas szlakiem zatem są nam dostępne jedynie uroki lasu, a te zaskakują nas niemal co krok.

Skupiamy więc swoją uwagę na szczegółach i… omijaniu błotnistych ostępów, których na trasie mamy całkiem sporo. Momentami mam nawet silne wrażenie, że przemierzamy Bieszczady a nie to małe pasemko jakim jest Magura Spiska. Wrażenie to spotęgowane zostaje spotkaniem grupy drwali, których mijamy mniej więcej w połowie drogi, gdzieś w okolicach Slodiczowskiego Wierchu. Mają w dłoniach siekiery, w ustach ledwo tlące się pety i wyglądają co najmniej groźnie. Kiedy ich mijamy uśmiechają się do nas serdecznie odwzajemniając pozdrowienie.

Droga miejscami jest całkowicie rozjechana ciężkim sprzętem drwali, trudno poruszać się głębokimi koleinami, wypełnionymi gęstym błotem albo wodą. Majowa zieleń, bogata w szeroka gamę odcieni, odurza nas świeżym zapachem. Podnoszę wzrok w niebo i ledwo tłumię okrzyk zachwytu. Na gałęzi dostrzegam wyraźną sylwetkę wielkiego, zapewne drapieżnego ptaka. Ten już dawno nas zauważył i uważnie się nam przygląda. Trwamy tak w bezruchu i w zachwycie dłuższą chwile. Powoli i ostrożnie podnoszę aparat do góry licząc na serię udanych zdjęć i niemal równocześnie ptaszysko bezszelestnie zrywa się do lotu. „To na pewno nie jest jastrząb” - wyrokuje Marek.

Ptak miał mocny, zakrzywiony ku dołowi dziób, ciemne upierzenie z niewielką ilością białych oczek w okolicach skrzydeł i ogona, brunatny grzbiet , nieco jaśniejszy kark i głowę, zaokrąglony ogon i wreszcie widoczne na końcach skrzydeł, długie palczaste lotki. Długo jeszcze krążył nad nami zataczając szerokie kręgi aż zniknął z naszego pola widzenia oddalając się w kierunku Tatr Bialskich. „A może to był orzeł?” - zastanawiamy się z nadzieją, że tak. Jednak krótkie są nasze dywagacje ornitologiczne ponieważ przybywa na szlaku błota i coraz więcej uwagi musimy przeznaczać na planowanie drogi ;-) Nauczeni doświadczeniem wyglądamy daleko przed siebie chcąc przewidzieć, czy za pięćdziesiąt metrów prawa strona też będzie lepsza od lewej. Czasem po prostu grzęźniemy w błotku. Głębokość koleiny łatwo ocenić z uwagi na przejrzystość wypełniającej ją wody. Z konieczności patrzymy teraz wyłącznie w dół. W nagrodę widzimy ślady pozostawione przez lochę dzika, liczne ćmy, ważki, motyle i najróżniejsze chrząszcze.

Las świergoli i treleli ale wolimy pilnować butów niż rozglądać się za ptakami. Po spotkaniu z domniemanym orłem trudno nas jeszcze zadziwić ;-) – żartujemy chcąc zrekompensować sobie rozczarowanie wywołane brakiem oczekiwanych widoków na Tatry. I wtedy właśnie doświadczamy kolejnego cudu. Najpierw zauważamy wijące się w kałuży czarne, duże kijanki a chwilę później prześliczną traszkę górską, a za nią następną. Ten wątpliwej trwałości akwen tętni życiem. Kiedy Marek zanurza w głębokiej kałuży dłoń, kijanki, interpretując to jako zagrożenie, przemieszczają się we wszystkich kierunkach. „Zmąciłeś mi wodę”- żalę się. Tymczasem Marek na otwartej dłoni trzyma traszkę. Zwierzątko jest spokojne ale jestem pewna, że taka nieoczekiwana zmiana miejsca się mu nie podoba. Na moje żądanie Marek kładzie ją na skraju kałuży ale nadal w miejscu umożliwiającym mi jej fotografowanie. Traszka wciąż jest spokojna. Szybko jednak wykonuje zwrot i znika w mętnej wodzie. Obserwujemy ją jeszcze chwilkę i ruszamy przed siebie.

Na szczycie Slodiczowskiego Wierchu zachwycamy się panoramą na Magurę Spiską, Gorce i Pieniny. Na wierzchołku znajduje się żelazny krzyż i skrzyżowanie dwóch szlaków turystycznych. Dzięki wiatrołomom otwarła się przestrzeń a powalone wichurą drzewa tętnią życiem. Niesamowita ilość owadów zasiedla spróchniałe konary. Spośród nich za najciekawszą uznajemy żronkę. Oddaję aparat Markowi, niech teraz on się z nią użera. Owad jest nieprawdopodobnie ruchliwy, czym doprowadza mnie do rozpaczy. Nasza żronka nie ma skrzydeł zatem to samica. Pewnie złożyła gdzieś w pobliżu jaja albo dopiero zamierza to zrobić. Jej larwy pożrą wkrótce larwy i poczwarki pszczół lub trzmieli. Żronka bzyczy cały czas a ja staram się nie zapomnieć, że ten potwór ma żądło a ukąszenie przez nią jest bardzo bolesne. Odruchowo sprawdzam czy nadal mam w plecaku dexaven. Jestem wstrząśnieta! Nie ma! Został w domu. Na drugi wstrząs zdecydowanie nie mam ochoty więc z respektem obserwuję żronkę pocieszając się, że nie może latać. Zdjęcia robi Marek. Ja skupiam się na czerwonych żuczkach, które podejrzanie kręcą głowami. To jedyne znane mi owady, które to potrafią. Wygląda to niesamowicie. Zawsze kiedy patrzę w powiększeniu na owady cieszę się, że są takie maleńkie, bo gdyby miały wielkość na przykład kota to byłyby, według mnie, najbardziej przerażającymi spośród wszystkich zwierząt zasiedlających Ziemię.

Las niespodziewanie kończy się. Schodzimy wzdłuż narciarskiego wyciągu do Bachledowej Doliny mając cały czas przed sobą wytęsknioną panoramę na Tatry Bialskie. Justyny słowa okazują się prorocze! Marek ślizga się po stoku w ostatniej chwili łapie jednak równowagę unikając upadku w błotnistą maź. Prawdziwie śliska to góra. Rozsiadamy się wygodnie na północnym zboczu i wreszcie wylegujemy się w miękkiej trawie. Żronek ani nie widać, ani nie słychać. Badam teren na okoliczność żądlastych alergenów i nie znajdując podejrzanych osobników kładę się obok Marka. Marek wnikliwie studiuje mapę a ja z wielką przyjemnością wpatruję się w miękki krajobraz tatrzański. Miło by było zostać tu na zachód słońca. Tymczasem musimy wrócić na parking, jakieś 10 km. Piechotą? Nie wykluczone, że piechotą. Prawdopodobnie asfaltem. A skoro tak, to lepiej mieć to już za sobą.

Zjadamy niespiesznie obiadokolację w tej malowniczej scenerii i schodzimy do Bachledowej a następnie do Drogi Wolności. Stuku-puku, stuku-puku- stuk! Miarowe uderzenia kijków o asfalt nadają rytm naszym krokom. Idziemy tak sobie i idziemy… stuku- puku, stuku- puku, stuku- puku… Przechodzimy na drugą stronę ulicy wiedzeni pierwotnym instynktem autobusowego podróżnika i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zanim przeczytam rozkład jazdy, nadjeżdża autobus. Wsiadamy? Jedziemy? Wsiadamy i jedziemy. Kierowca za 1 euro od osoby zawozi nas na parking przy Zdziarskiej Przełęczy.

Wracamy z ulgą, że nie musimy człapać asfaltem 10 km więc kiedy przy drodze spostrzegamy machającego nam autostopowicza zabieramy go z radością, że los dał nam szansę na wdzięczność. Podrzucamy go do Tatrzańskiej Jaworzyny, gdzie zostawił swój samochód.

W schronisku na Głodówce otrzymujemy pokój z widokiem na Tatry. Lepiej być nie może.

odsłona druga (7 stycznia 2012)
Przeł. Łapszanka

Moglibyśmy pójść w Tatry ale nie idziemy. Pooglądamy je z daleka. Marek zdobył już doświadczenie w jeździe po górskich serpentynach także zimową porą zatem z nonszalancką lekkością stromym podjazdem z Łapszy Wyżnych wjeżdża na przełęcz. 943 m n.p.m. tuż przed Tatrami to i nic dziwnego, że widzimy je w całym dostojeństwie i majestacie. Najpierw z chmury wyłaniają się Tatry Bialskie a po chwili strome turnie i granie Tatr Wysokich. Marek rozkłada mapę i informuje mnie, że jadąc dalej dotrzemy do Jurgowa. Zapowiada się ciekawie ale nie mamy łańcuchów a droga zdaje się stawiać takie warunki. Nie mamy żadnych sztywnych planów więc niby czemu nie… ale z drugiej strony… Wahamy się. Wychodzę z auta aby sfotografować szeroką panoramę górską i natychmiast wpadam w poślizg (niekontrolowany). Wprawdzie wciąż zachowuję pozycję wertykalną ale zawdzięczam to wyłącznie zaspie śnieżnej, w którą się zapadłam. Mam na stopach sandały. Pstrykam zdjęcie jak automat i szybko gramolę się z powrotem do auta. „Tam nie jedziemy” - oznajmiam kategorycznie. „Tam nie jedziemy” - uspokaja mnie Marek.

Zdejmuję sandały i zakładam Buty Adekwatne. Te są odporne na wszelki ślizgi więc czując mocno grunt pod stopami wracam na zaśnieżoną łąkę i oglądam przez zoom Hawrań i Płaczliwą Skałę, Giewont i Czerwone Wierchy, Ganek, Wysoką i Rysy, Lodowy, Gerlach, Mięguszowieckie Szczyty a nawet Mnicha. Na pierwszym planie Magura Spiska a w dole słowacka wieś Osturnia.

Podczas kiedy ja oglądałam w zbliżeniu szczyty Tatr Marek obczaił trasę potencjalnej rowerowej wycieczki, którą możemy odbyć wiosną: Trybsz-Pawlikowski Wierch-Łapszanka-Osturnia-Kacwin, z Tatrami w tle. Ok! Teraz zjeżdżamy w dół skąd przyjechaliśmy. W końcu jak OBJAZDÓWKA to objeżdżamy wszystko co spotykamy na drodze.

odsłona trzecia (7 stycznia 2012)
Brzmi jakoś tak z hiszpańska ;-)
Grandeus

Wzniesienie w północnej części Magury Spiskiej znajduje się na polskim Spiszu, w miejscowości Łapsze Wyżne. Wygląda niepozornie - 802 m n.p.m. przez jego wierzchołek biegnie czerwony szlak turystyczny z Dursztyna. Zostawiamy auto na parkingu nieopodal kościoła i wchodzimy na wzniesienie. Zajmuje nam to około pół godziny. Taka sobie niewielka górka a to co z niej widzimy wprawia nas w osłupienie. Poza oczywistą panorama Tatr, Magury Spiskiej i Pasma Kurasiówki na południu widzimy Babia Górę i Pilsko na zachodzie a na północy Gorce, zaś na wschodzie Pieniny. Poza widokiem z Babiej Góry nigdzie dotąd nie spotkałam tak rozległej panoramy na aż tak wiele pasm górskich.

Gdyby nie silny wiatr zapewne spędzilibyśmy tu resztę dnia. Wschody i zachody słońca muszą być w tym miejscu niesamowite. A burze - tym bardziej! I jak łatwo tu się znaleźć! Tymczasem hula mroźny wiatr więc po zjedzeniu śniadania (drugiego) ewakuujemy się w bardziej zaciszne miejsce. W drodze powrotnej zajadamy się słodziutkimi owocami tarniny. Owoców jest bardzo dużo ponieważ cały południowy stok Grandeusa porastają krzaki tarniny więc bez skrupułów, że zabraknie jedzenia dla ptaków, pakujemy ciemne, prawie czarne śliwki do torebki po pieczywie. Po kilku minutach grzeję się już w ciepłym aucie.

Mogliśmy pójść tego dnia w Tatry. Nie poszliśmy. Jesteśmy tu i dobrze nam z tym. Bo dobrze być sobą. Pakuję śliwki do środkowej, rzadko przeze mnie używanej, kieszeni plecaka. Kiedy chcę zamknąć zamek wsuwa się w niego papierowy zwitek. Ciekawe co wyprałam- zastanawiam się w myślach i delikatnie rozkładam sklejone brzegi kartki. Druk trochę wypłowiał. Nic dziwnego, swoje przeszedł od 2008 roku. Pamiętam kiedy włożyłam kartkę do plecaka. Zawarte w niej treści są dla mnie wciąż aktualne, wciąż stanowią wartość, o którą warto zabiegać. Czytam i robię rachunek sumienia.

„Żyj teraz

zwracaj uwagą bardziej na teraźniejszość, niż przeszłość i przyszłość.

Żyj tutaj

zajmij się tym, co jest obecne, a nie tym, czego nie ma.

Przestań sobie wyobrażać

doświadczaj tego, co rzeczywiste.

Przestań niepotrzebnie myśleć

zamiast tego patrz i smakuj.

Wyrażaj siebie

nie manipuluj, nie tłumacz, nie uzasadniaj, nie osądzaj.

Poddaj się przeżywaniu nieprzyjemności i bólu,

tak jak poddajesz się przeżywaniu przyjemności.
Nie ograniczaj swojej świadomości.

Nie akceptuj żadnego powinieneś

z wyjątkiem tego, co naprawdę Twoje.

Weź pełną odpowiedzialność

za swoje czyny, uczucia i myśli.

Poddaj się temu jaki jesteś.

Nie udawaj kogoś innego.

Bądź sobą

i pozwól być sobą innym.”

Dekalog Gestalt

Tego dnia widzimy jeszcze Tatry spod zamku w Niedzicy i z Przełęczy Snozka.

Podziel się z innymi swoją opinią...