Droga miejscami jest całkowicie rozjechana ciężkim sprzętem drwali, trudno poruszać się głębokimi koleinami, wypełnionymi gęstym błotem albo wodą. Majowa zieleń, bogata w szeroka gamę odcieni, odurza nas świeżym zapachem. Podnoszę wzrok w niebo i ledwo tłumię okrzyk zachwytu. Na gałęzi dostrzegam wyraźną sylwetkę wielkiego, zapewne drapieżnego ptaka. Ten już dawno nas zauważył i uważnie się nam przygląda. Trwamy tak w bezruchu i w zachwycie dłuższą chwile. Powoli i ostrożnie podnoszę aparat do góry licząc na serię udanych zdjęć i niemal równocześnie ptaszysko bezszelestnie zrywa się do lotu. „To na pewno nie jest jastrząb” - wyrokuje Marek.
Ptak miał mocny, zakrzywiony ku dołowi dziób, ciemne upierzenie z niewielką ilością białych oczek w okolicach skrzydeł i ogona, brunatny grzbiet , nieco jaśniejszy kark i głowę, zaokrąglony ogon i wreszcie widoczne na końcach skrzydeł, długie palczaste lotki. Długo jeszcze krążył nad nami zataczając szerokie kręgi aż zniknął z naszego pola widzenia oddalając się w kierunku Tatr Bialskich. „A może to był orzeł?” - zastanawiamy się z nadzieją, że tak. Jednak krótkie są nasze dywagacje ornitologiczne ponieważ przybywa na szlaku błota i coraz więcej uwagi musimy przeznaczać na planowanie drogi ;-) Nauczeni doświadczeniem wyglądamy daleko przed siebie chcąc przewidzieć, czy za pięćdziesiąt metrów prawa strona też będzie lepsza od lewej. Czasem po prostu grzęźniemy w błotku. Głębokość koleiny łatwo ocenić z uwagi na przejrzystość wypełniającej ją wody. Z konieczności patrzymy teraz wyłącznie w dół. W nagrodę widzimy ślady pozostawione przez lochę dzika, liczne ćmy, ważki, motyle i najróżniejsze chrząszcze.
Las świergoli i treleli ale wolimy pilnować butów niż rozglądać się za ptakami. Po spotkaniu z domniemanym orłem trudno nas jeszcze zadziwić ;-) – żartujemy chcąc zrekompensować sobie rozczarowanie wywołane brakiem oczekiwanych widoków na Tatry. I wtedy właśnie doświadczamy kolejnego cudu. Najpierw zauważamy wijące się w kałuży czarne, duże kijanki a chwilę później prześliczną traszkę górską, a za nią następną. Ten wątpliwej trwałości akwen tętni życiem. Kiedy Marek zanurza w głębokiej kałuży dłoń, kijanki, interpretując to jako zagrożenie, przemieszczają się we wszystkich kierunkach. „Zmąciłeś mi wodę”- żalę się. Tymczasem Marek na otwartej dłoni trzyma traszkę. Zwierzątko jest spokojne ale jestem pewna, że taka nieoczekiwana zmiana miejsca się mu nie podoba. Na moje żądanie Marek kładzie ją na skraju kałuży ale nadal w miejscu umożliwiającym mi jej fotografowanie. Traszka wciąż jest spokojna. Szybko jednak wykonuje zwrot i znika w mętnej wodzie. Obserwujemy ją jeszcze chwilkę i ruszamy przed siebie.
Na szczycie Slodiczowskiego Wierchu zachwycamy się panoramą na Magurę Spiską, Gorce i Pieniny. Na wierzchołku znajduje się żelazny krzyż i skrzyżowanie dwóch szlaków turystycznych. Dzięki wiatrołomom otwarła się przestrzeń a powalone wichurą drzewa tętnią życiem. Niesamowita ilość owadów zasiedla spróchniałe konary. Spośród nich za najciekawszą uznajemy żronkę. Oddaję aparat Markowi, niech teraz on się z nią użera. Owad jest nieprawdopodobnie ruchliwy, czym doprowadza mnie do rozpaczy. Nasza żronka nie ma skrzydeł zatem to samica. Pewnie złożyła gdzieś w pobliżu jaja albo dopiero zamierza to zrobić. Jej larwy pożrą wkrótce larwy i poczwarki pszczół lub trzmieli. Żronka bzyczy cały czas a ja staram się nie zapomnieć, że ten potwór ma żądło a ukąszenie przez nią jest bardzo bolesne. Odruchowo sprawdzam czy nadal mam w plecaku dexaven. Jestem wstrząśnieta! Nie ma! Został w domu. Na drugi wstrząs zdecydowanie nie mam ochoty więc z respektem obserwuję żronkę pocieszając się, że nie może latać. Zdjęcia robi Marek. Ja skupiam się na czerwonych żuczkach, które podejrzanie kręcą głowami. To jedyne znane mi owady, które to potrafią. Wygląda to niesamowicie. Zawsze kiedy patrzę w powiększeniu na owady cieszę się, że są takie maleńkie, bo gdyby miały wielkość na przykład kota to byłyby, według mnie, najbardziej przerażającymi spośród wszystkich zwierząt zasiedlających Ziemię.
Las niespodziewanie kończy się. Schodzimy wzdłuż narciarskiego wyciągu do Bachledowej Doliny mając cały czas przed sobą wytęsknioną panoramę na Tatry Bialskie. Justyny słowa okazują się prorocze! Marek ślizga się po stoku w ostatniej chwili łapie jednak równowagę unikając upadku w błotnistą maź. Prawdziwie śliska to góra. Rozsiadamy się wygodnie na północnym zboczu i wreszcie wylegujemy się w miękkiej trawie. Żronek ani nie widać, ani nie słychać. Badam teren na okoliczność żądlastych alergenów i nie znajdując podejrzanych osobników kładę się obok Marka. Marek wnikliwie studiuje mapę a ja z wielką przyjemnością wpatruję się w miękki krajobraz tatrzański. Miło by było zostać tu na zachód słońca. Tymczasem musimy wrócić na parking, jakieś 10 km. Piechotą? Nie wykluczone, że piechotą. Prawdopodobnie asfaltem. A skoro tak, to lepiej mieć to już za sobą.
Zjadamy niespiesznie obiadokolację w tej malowniczej scenerii i schodzimy do Bachledowej a następnie do Drogi Wolności. Stuku-puku, stuku-puku- stuk! Miarowe uderzenia kijków o asfalt nadają rytm naszym krokom. Idziemy tak sobie i idziemy… stuku- puku, stuku- puku, stuku- puku… Przechodzimy na drugą stronę ulicy wiedzeni pierwotnym instynktem autobusowego podróżnika i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zanim przeczytam rozkład jazdy, nadjeżdża autobus. Wsiadamy? Jedziemy? Wsiadamy i jedziemy. Kierowca za 1 euro od osoby zawozi nas na parking przy Zdziarskiej Przełęczy.
Wracamy z ulgą, że nie musimy człapać asfaltem 10 km więc kiedy przy drodze spostrzegamy machającego nam autostopowicza zabieramy go z radością, że los dał nam szansę na wdzięczność. Podrzucamy go do Tatrzańskiej Jaworzyny, gdzie zostawił swój samochód.
W schronisku na Głodówce otrzymujemy pokój z widokiem na Tatry. Lepiej być nie może.