Wyścig   na   Luboniu

Luboń Wielki (1022 m n.p.m.) nazywany przez miejscowych Biernatką jest najwyższym szczytem Beskidu Wyspowego. Znajduje się na nim jedyne w tym paśmie górskim maleńkie i bardzo oryginalne schronisko zbudowane w 1931r. Stoi tam również radiowo-telewizyjna stacja nadawcza, bacówka, punkt meteorologiczny, ławki i stoły dla turystów. Wyjście na Luboń wybraliśmy z bardzo prozaicznego powodu. Otóż wolny czas mamy tego dnia zaledwie do godziny 14, wtedy przychodzą do nas ważni i oczekiwani przez nas goście zatem najpóźniej o 13 musimy być już w aucie i wracać do domu.

Obliczyliśmy czas co do minuty, zatem o 8 rozpoczynamy marsz z Rabki Zarytego na Luboń Wielki. Decydujemy się wejść najtrudniejszym ale też najciekawszym szlakiem żółtym czyli Percią Borkowskiego. W przewodniku wyczytaliśmy, że szlak prowadzi przez kilkunastohektarowy rezerwat przyrody i gwarantuje mocniejsze wrażenia: wspinaczkę po skałach. Mamy zatem przed sobą 5 kilometrów szlaku, 550 metrów przewyższenia i (według informatora) 2 godziny marszu. Początkowo szlak wiedzie przez łąki na skraju lasu i dopiero po dwóch kwadransach wkracza w jodłowo-bukową gestwinę. Jest bardzo urozmaicony i dostarcza wielu wrażeń. Mamy nadzieję na ciekawe zdjęcia ale znajdujące się na horyzoncie Tatry są ledwo widoczne, i nasz aparat nie radzi sobie z tak trudnymi warunkami oświetleniowymi. Wspomagane okularami przeciwsłonecznymi oczy ledwo je rozróżniają na tle bladoniebieskich, nisko zawieszonych chmur. Już jest pięknie, a krajobraz tego dnia jeszcze wiele razy nas zachwyci i żałować będziemy, że nie zabraliśmy ani "czterdziestki", ani statywu. Poczucie straty jest tak dojmujące, że obiecujemy sobie wrócić tu latem, kiedy układ słońca na horyzoncie będzie bardziej sprzyjający dla fotografowania. Na szczęście tego dnia spotyka nas wiele innych atrakcji, które rekompensują tę stratę. W lesie jest mnóstwo ptaków a w szczególności dzięciołów.

Nam szczególnie spodobało się gołoborze, największe w Beskidzie Wyspowym oraz pionowe urwiska. W grupie skał nazwanych Dziurawymi Turniami znajduje się 13 jaskiń i skalnych szczelin. Jaskinie są dostępne dla turystów jednak my rezygnujemy z ich zwiedzania z uwagi na porę roku a także ograniczony czas przeznaczony na wędrówkę. Kilkakrotnie zatrzymujemy się aby nasycić oczy rozległą panoramą Tatr za naszymi plecami. Podejście na sam szczyt sprawia nam najwięcej trudności ponieważ wiedzie ono przez stary bukowy las i jest dość strome. Podłoże jest „ruchome”, więc raz po raz zsuwamy się po dywanie z liści i sypkiego śniegu. Kiedy wchodzimy już na ostatni odcinek szlaku, spostrzegamy lazurowe niebo nad nami. Przyspieszamy kroku aby nadrobić opóźnienia spowodowane ślizganiem się na liściach.

Ze szczytu Lubonia rozpościera się rozległy widok na północ i zachód. Tu widoczność jest zdecydowanie korzystniejsza więc Marek fotografuje okolicę, a ja z zachwytem przyglądam się budynkowi schroniska, które robi na mnie silne wrażenie. Przypomina mi wieżę. Podobno na piętrze znajduje się jedna wielka sala której wszystkie cztery ściany wyposażone są w szerokie okna. Choć kocham drzewa, to jednak tym razem żałuję, że porastają szczyt Lubonia. A bukowy las jest tu naprawdę imponujący. Obawiam się, że może nawet stanowić zagrożenie dla gołoborza. Opadające liście zatrzymują się pomiędzy głazami, gniją tam i z czasem tworzą żyzne podłoże dla nasion. Byłoby wielką szkodą, gdyby to malownicze miejsce wchłonął las.

Po kilku minutach zachwycania się otoczeniem wchodzimy do środka schroniska. Ku naszemu zaskoczeniu jest tam spora grupa ludzi. Szybko dowiadujemy się, że wczoraj świętowali tu „andrzejki”. Sala na piętrze całkowicie jest przez nich zajęta więc omija nas okazja zwiedzenia jej. Zjadamy z apetytem przeniesione ze sobą kanapki i schroniskowy żurek. Na deser Marek dzieli krówkami oraz imbirowymi cukierkami, które znajduje w plecaku i właściwie to wcale nie chce się nam ruszać dalej. Najchętniej zostałabym tam na dłużej. Spoglądamy jednak na zegarek i staje się oczywiste, że musimy się zbierać do powrotu.

Na zejście wybieramy szlak niebieski, wzdłuż Rolskiego Potoku, który początkowo wiedzie razem z szeroką i wygodną drogą dojazdową. Droga tak nam się podoba że gubimy szlak i musimy wracać się kilkaset metrów uważnie szukając oznaczeń. Okazuje się potem, że dużo wyżej przegapiliśmy skręt w lewo, wąską ścieżkę w las. Od tego momentu cały czas idziemy już gęstym lasem, jest stromo i ślisko. Cieszę się z naszego zagapienia bo dzięki temu jeszcze raz zobaczyliśmy panoramę Tatr i Gorców. Znów żal mi, że mamy słońce na wprost i trudno zdjęciem ukazać urok tego miejsca. Szlak ten ma ponad trzy kilometry i pokonujemy go w ciągu godziny.

Bardzo żałuję, że zostawiłam w aucie kijki bo zarówno w trakcie wchodzenia jak i schodzenia bardzo ułatwiłyby mi swobodne poruszanie się. Tymczasem ślizgamy się raz po raz i nie zawsze jest to poślizg kontrolowany. Podczas jednego z nich zauważamy na śnieżnym dywanie dziwnego owada - śniegojada. Marek obdarza go sesją fotograficzną a ja w tym czasie podejmuje dalszą wędrówkę. Po jakimś czasie zatrzymuję się i wypatruję Marka, który przepadł jak kamień w wodę. Potem okazało się, że w pobliżu szlaku znalazł piękną kapliczkę, którą przeoczyłam zasuwając pośpiesznie w dół. Pod koniec szlaku znów wyłania się przed nami rozległa panorama Tatr. I znów trudne warunki oświetleniowe zmuszają nas do zrezygnowania ze zdjęć.

Punktualnie o 13 wsiadamy do auta i odjeżdżamy. Mamy godzinę drogi do domu i tyle samo do przyjścia gości. Rozpoczynamy wyścig z czasem. Odruchowo spoglądam w lusterko i widzę wyjęte spod ciepłej czapki kłębowisko włosów.
-A może goście się troszkę… spóźnią… - marzę.
Nie spóźniają się. Jesteśmy w Makowie Podhalańskim gdy dzwoni telefon. Nasi goście już są i stoją przed domem. I niestety muszą tak stać jeszcze pół godziny. Stoją też włosy na mojej głowie.

Dorota 2010-11-28


Podziel się z innymi swoją opinią...